Święto narodowe wypada jakoś uczcić, a my zrobiliśmy to oczywiście rowerowo. My, to znaczy przygodowa ekipa: Monika, jej mąż Piotrek, który konsekwentnie odmawia przebierania się za rowerzystę, ale i tak jeździ najszybciej z nas, no i ja. Wystartowaliśmy spod fabryki Piotrka w
Chynowie, przemierzając krainę przystrojoną nieco zmokłymi flagami, łopoczącymi na istnie listopadowym wietrze, jakby importowanym prosto z islandzkiego interioru. Tylko żółte liście przyklejające się do opon i pojedyncze zapomniane jabłka przypominały, że jesteśmy w krainie sadowników, która ciągnie się hen, aż za Warkę.

Mżawka, chmury jak z kina grozy, zamknięte bary i sklepy nie odstraszyły nas. Wszak napisałam, że jest to przygodowa ekipa - jedna z najbardziej przygodowych, z którymi bywam na rowerze.
Najpierw w samym środku lasu natknęliśmy się na duży zielony termos. Dokładniej w kolorze mięty. Spekulacje nad jego zawartością były dużo ciekawsze niż otwarcie go. Wśród propozycji pojawił się dżinn (nie dżin), herbata, kawa, potwór, schłodzona wódka. Znalezienie termosu sprowokowało dyskusję o drwalach i ich zwyczajach. Ani się obejrzeliśmy, a las się skończył.
Samotny termos stanowił tylko preludium dalszej przygody. Otóż po wyjechaniu z lasu, znaleźliśmy ni mniej, ni więcej, tylko tajemniczą kaplicę! Nie była to jakaś tam mała kapliczka-figurka, tylko solidny murowany budynek, otoczony wiekowymi lipami. Ciekawostką jest, że została postawiona dosłownie w szczerym polu. Nie prowadzi do niej żadna droga, w zasięgu wzroku nie ma domu ani zagrody. Miejsce niesamowite, zresztą popatrzcie na zdjęcie:

Skąd taki budynek pośród pól i sadów, w zupełnie odludnym miejscu? W okolicy były dawniej dwa duże majątki ziemskie -
Rytomoczydła i
Nowa Wieś. Poszperałam w internecie, choć łatwo nie było. Ale opłaciło się, bo znalazłam naprawdę przewrotną historię. Był sobie pewien dziedzic, który dbał o rozgłos. Nie to, żeby był hulaką czy rozrabiaką, chodziło mu raczej o popularność. Nazywał się Tomasz Gąsiorowski i nabył w 1821 r. majątek Nowa Wieś. Kiedy już rozgościł się na dobre w nowej siedzibie, postanowił zaskarbić sobie szacunek okolicy i wyremontować kościół w pobliskich
Boglewicach, kompletną ruinę. Na ten cel urządził wielką kwestę pośród bogatych sąsiadów. Gdy zebrał już wystarczające środki, powziął jednak nowy plan. Postanowił wybudować nowy kościół na terenie własnego majątku, w odludnym miejscu, w przysiółku Franulin (?) koło
Gołębiewa. Jak postanowił, tak zrobił. Nie był to wielki budynek, raczej kaplica niż kościół, jednak krok ten ściągnął na niego zrozumiały gniew całej okolicy! Żeby tego było mało, sprowadził tu wyposażenie kościoła w Boglewicach, który miał remontować. Wkrótce szczęście odwróciło się od niego i jego rodziny i po kilku latach musiał sprzedać całą posiadłość.
Przez okolicę przetoczyło się Powstanie Styczniowe i dziejowe burze. Ale kaplica przetrwała, i choć wewnątrz zrujnowana, do dziś przypomina dziedzica-defraudatora. Gdybym robiła jakiś rajd w okolicy, na pewno postawiłabym obok niej PK :)
Wracając do wycieczki, pogoda robiła się coraz gorsza. Browar w
Warce objechaliśmy od kuchni, spekulując nad możliwościami przejęcia jakiegoś transportu, najlepiej kolejowego. Po zwiedzeniu jeszcze jednej strasznej sakralnej budowli w
Michalczewie* wróciliśmy najkrótszą droga do Chynowa.
PS. Fotki zrobiłam dzięki udostępnieniu mi przez Monikę telefonu. Lokalizacja kaplicy na Google Earth
tutaj.
* Nie będę się rozpisywać, ale bez trudu znajdziecie mnóstwo fotek w internecie. Polecam zwłaszcza młodym architektom - warto!