sobota, 20 sierpnia 2011

Południe-północ w sześciu odcinkach

Relacja z krótkiego wyjazdu z sakwami. Nietypowo - wyjechaliśmy prosto z domu, z Nowej Iwicznej, i tak samo wróciliśmy. Ta formuła bardzo nam się spodobała. Poczekaliśmy na okno pogodowe i ruszyliśmy przed siebie, na południe, właściwie bez konkretnego celu, czyli tak, jak najbardziej lubimy... Po trzech dniach dotarliśmy do Stalowej Woli, gdzie ugościł nas Hiubi, kolega od rajdów przygodowych oraz jego żona Ewa. Ale po kolei - oddaję głos Sahibowi, który miał na tym wyjeździe kronikarską wenę.


Pierwszego dnia dotarliśmy za Warkę, w okolice Brzózy.

"Kwaśne jabłka ze zdziczałej jabłoni, dziurawe asfalty donikąd, wsie kryte eternitem. Rowerzysta w gumofilcach, kostki słomy i zapach gnojówki, ale przede wszystkim plaga komarów, gdy tylko zatrzymywaliśmy się gdzieś w lesie. Na deser czarne jeżyny i kawa Anatol, a na niebie ołowiane chmury."


Drugiego dnia dojechaliśmy w okolice Solca nad Wisłą. Po drodze z zaciekawieniem rejestrowaliśmy, jak zmnieniają się uprawy. Sady stały się większe, pojawiły się plantacje malin i porzeczek.

"A jednak można jeszcze spotkać czarne WSK-i na polskiej wsi. Ich młodzi właściciele jak zwykle z obłędem w oczach. Daszek przystanku w Pionkach w sam raz, aby schronić przed letnią ulewą dwójkę rowerzystów z ich rowerami. Zapachy lata? Świeżo położony asfalt, tym razem tzw. unijny... Bez obawy można po nim jechać - nie oblepi roweru jak ten z dawnych czasów. No i kulinarnie: restauracja przy krajówce w Lipsku. Porcja ogórkowej podana na talerzu wielkości wazy! Dałem radę, i to z chlebem. Jak zwykle licznik nabił więcej niż planowaliśmy."

Na każdym wyjeździe przychodzi taki moment, że jedzenie staje się głównym tematem rozmów i przemyśleń. Tym razem osiągnęliśmy ten stan już drugiego dnia. Po noclegu w krzakach zjechaliśmy do bardzo urokliwego Solca...


"Promocyjne połączenie między Polską cywilizowaną, a tą 'opóźnioną' - 5 złotych od rowerzysty. Magiczna granica rzeki [Wisły] i przekracza się linię pośpiechu i nijakości, cofając się do strefy, gdzie czas płynie dużo wolniej. Rzędy słupów telegraficznych, pomiędzy którymi będą pięły się ku słońcu łodygi chmielu. Rumiana twarz babci w Popowie. Dwóch staruszków na ławce przed drewnianym domkiem.


Stare, murowane, bogato zdobione domki z początku zeszłego wieku - ślady żydowskiej przeszłości Radomyśla. Szczerze zdziwieni miejscowi smakosze tanich trunków pod GS-em. Naprawdę nie mogą zrozumieć, po co ludzie tak się męczą w słoneczny dzień na rowerze. Kolejne kilkadziesiąt kilometrów prowadzi nas lewym brzegiem Wisły - tym razem aż do Stalowej Woli."



Ewa, żona Hiubiego, zapytała nas, jaki właściwie jest cel naszej wycieczki. Cel? No właśnie jesteśmy u celu! Stalową Wolę zwykle widujemy przejazdem. Tym razem przejechaliśmy się spokojnie ulicami, zajrzeliśmy do sklepu. Przez chwilę poczuliśmy praskie dejavu w Rozwadowie (zdziwienie Sahiba - w monopolu tylko tanie wina!?). Ogólnie Stalówka bardzo mi się podoba. Otoczona lasami, ulice przestronne, nowe ścieżki rowerowe, czysto, zresztą zerknijcie na fotkę. Jeśli macie skojarzenia z posępnym, przemysłowym miastem, to chyba warto przyjechać tu na wycieczkę ;) Po nocy spędzonej na gościnnym łóżku (!) w towarzystwie dwóch sierściuchów, ruszyliśmy z powrotem do domu... (Swoją drogą - nieczęsto zdarza się gospodarz, który rozumie, że goście spędziwszy kilka dni pod gołym niebem mogą mieć problem ze spaniem w pomieszczeniu. Na różnych rajdowo-przygodowo-górskich opowieściach upłynął nam bardzo miło wieczór.)


"W środku Lasów Janowskich znakarz szlaków z sakwą wygryzioną przez wioskowego psa [dobra rada - nie woźcie kiełbasy w sakwie!]. Ślady dawnej świetności wąskotorówki do wywozu drewna nagle zakrywa chmura kurzu z rozpędzonego samochodu z dłużycami. Koszmarnie dziurawa droga asfaltowa przez las z kiczowatą kapliczką, ozdobioną bukietami plastikowych kwiatów. W stronę Kraśnika pracowite podjazdy i karkołomne zjazdy do kolejnych wąwozów. Lessowy garb w dolinie Wyżnicy poprzecinany koleinami dróg, wciśnięty pomiędzy plantacje malin i aronii. Spomiędzy rzędów dochodzą rozmowy Ukrainek. Stawka na skupie to 2 złote za kilo - ciekawe, czy dostają chociaż 1 zł..."

Teren noclegowo niezbyt przyjazny, ale znaleźliśmy kawałek nieużyku. Wokół namiotu kręcił się rogacz, głośno porykując. Nikt nie lubi intruzów na swoim terytorium. Rankiem znowu ruszyliśmy na północ. Kazimierz podczas długiego weekendu był miejscem strasznym, z którego uciekliśmy czym prędzej.


"Stroma, kręta droga z polnych kamieni wijąca się dnem wąwozu. Sejmik bociani na łąkach pod Kazimierzem. Gdzieś pod Zakładami Azotowymi przeciekający daszek nastawni Azoty-Puławy daje wystarczający azyl na przeczekanie letniej burzy. Komary tego lata są wszędzie, nawet w kawiarni w środku Puław. Na jednym z domów w Wilkowie na świeżym tynku ściany frontowej pozioma linia i napis 'POWÓDŹ 2010'. Ktoś musiał stanąć na drabinie, aby upamiętnić to wydarzenie..."

Ostatniego dnia poczuliśmy "przyciąganie domu". Spod Dęblina zostało nam już tylko 120 km. Droga, nudna, szosowa, nużąca, bolący tyłek, mimo to satysfakcja - udało się dojechać!


"Upiorna pobudka: problemy żołądkowe + komary + deszcz. Na otarcie łez kilka garści kurek. Wieprz w okolicach Dęblina to całkiem malownicza rzeka. Szosa z płyt betonowych pomiędzy Wilgą a Sobieniami - obowiązkowy masaż pośladków dla każdego turysty rowerowego. Most na Wiśle w Górze Kalwarii - łamigłówka rowerowa. Po sześciu dniach w siodełku nastąpiło przewartościowanie terenu do wycieczek rowerowych realizowanych od drzwi domu. Turystyka sakwowa ma jedną niezaprzeczalną zaletę - mało bagażu, a więc mało sprzątania po powrocie!"

Zdjęcia nieco słabsze niż zwykle, bo robione telefonem. Takie amatorskie kino drogi. Dziękujemy za uwagę :)

poniedziałek, 25 lipca 2011

Nie zawsze jest wesoło

Dziś, będąc w naszym serwisie rowerowym, dostaliśmy bardzo smutną wiadomość. Po długiej walce z chorobą odszedł Eryk - serwisant/mechanik/handlowiec w jednej osobie. Miał zaledwie 25 lat.

Już jako nastolatek dorabiał w sklepie, w którym kupowaliśmy nasze pierwsze górale. Był nieodłączną częścią tego miejsca. Składał nam rowery, nie raz doradzał w wyborze części. W naszej pamięci zostanie jako chłopak z wielką pasją, niezwykle pozytywny, zaangażowany, pomocny i życzliwy.

Nie potrafię napisać nic mądrego, jest mi po prostu cholernie smutno.

niedziela, 24 lipca 2011

Rower a gry planszowe

Po niewyobrażalnie długiej, 3-tygodniowej (!) przerwie od roweru wracam nie tylko na siodełko, ale i na bloga.

Miałam jako dziecko grę planszową pt. "Wakacyjna wyprawa". Była to jedna z tych zabawek, które kształtują gust, aspiracje i wyobrażenia o świecie na długie lata. Dziewczynka i chłopiec wspólnie podróżowali po planszy, robiąc różne fajne rzeczy. Na przykład - wiewiórka pokazuje Ci skrót przez las - posuwasz się 5 pól do przodu. Przewrócił Ci się kajak - suszysz się i czekasz dwie kolejki. I tak dalej w ten deseń.

Dlaczego dziś sobie o tym przypomniałam? Pojechaliśmy z Sahibem po południu (bo do południa spaliśmy) na taki ni to trening, i na stawy zajrzeć, i na ciastko. No i było jak w tej grze:

- zbyt długo delektujesz się kawą i ciastkiem - tracisz dwie kolejki,
- kurki w lesie znajdziesz - tracisz kolejkę,
- wymyślasz nowe skróty przez bagna (o których doskonale wiesz, że tam są!) - tracisz trzy kolejki,

wracasz do domu w mokrych butach i w dodatku załapujesz się na deszcz. Chyba trzeba będzie zacząć wstawać z kurami, ech...

piątek, 17 czerwca 2011

Z mapą w kieszeni

Za chwilę wyjeżdżam na Bike Orient, ale mam jeszcze chwilkę, by podzielić się ostatnimi przemyśleniami o nawigacji. Ostatnio zdarzyła mi się wycieczka z mapą w kieszeni, podczas gdy Monika nawigowała ze swoją mapą w mapniku. W dodatku miałyśmy zupełnie inne mapy :)

Takie ćwiczenie nawigacyjne można porównać do pamięciówki. Nie mając mapy non-stop przed oczami, zapamiętuje się dużo więcej. Umysł skuteczniej koncentruje się nad mapą podczas tych krótkich momentów, gdy wyciąga się ją z kieszeni.

Warto tu wspomnieć, że zawodnicy orientacji sportowej często odbywają treningi pamięciowe, polegające na pokonywaniu zapamiętanej trasy z pamięci. Na zawodach są w stanie zapamiętać nawet kilka przelotów między punktami! Efekt? Podczas biegu czy jazdy mogą utrzymywać większą prędkość, koncentrować się na pokonywaniu przeszkód w terenie. Nie muszą co chwilę zerkać na mapę, by upewniać się, czy są na dobrej drodze.

Jadąc na wycieczkę możemy sami robić sobie treningi pamięci. Bezcenny jest oczywiście cierpliwy towarzysz, który nasze wtrącenia do nawigacji (lub zupełne pomylenie trasy) potraktuje z dystansem ;) Czego wszystkim Czytelnikom życzę.

piątek, 3 czerwca 2011

WaypointRace 2011 - relacja

Medialna, smutna prawda dotycząca zawodów jest taka: im więcej przygód, błądzenia i awarii sprzętu, tym ciekawsza relacja. A im szybciej się jedzie, tym bardziej trzeba kombinować pisząc relację, żeby w ogóle było o czym pisać ;)

WaypointRace po raz czwarty odbył się w Pruszkowie. To impreza która wypączkowała z WaypointGame, terenowo-nawigacyjnej gry. W stosunku do poprzednich lat pojawiły się ciekawe urozmaicenia, które ubarwiły trasę: fragment przedwojennej mapy, bonusowy punkt, którego zdobycie obcina 30 minut z wyniku, odcinek specjalny.

Ubarwiły? Ano tak, bo trasa o tej porze roku ma 3 kolory: zielony, piaskowy i asfaltowy.

Po nieprzespanej nocy docieram na start i odbieram kartę chipową (kolejna nowość, profeska jak na Harpaganie) Jako dobry znak odczytuję fakt, że pakiet startowy wydaje mi Wojtek Wanat, którego poznałam na biegowych imprezach na orientację. Wokół kłębi się rekordowy tłum - 495 zawodników, w tym całe grupki z kategorii Family. Konkurencja w kategorii kobiecej mocna, co cieszy, gdyż zapewnia ciekawą rywalizację i zmusza do nieobijania się.

Postanowiłam wprowadzić do swoich startów kilka innowacji - na przykład po odebraniu mapy spokojnie ją sobie obejrzeć i obmyślić w samotności wariant oraz jechać na pierwszy punkt nie dając ponieść się rowerowej fali, swoim własnym tempem. Pierwsze się udało, drugie nie za bardzo...

Po jakimś czasie orientuję się, że jadę za samym Bronkiem czyli Pawłem Brudło (!) przez jakieś łąki. Ale licznik wskazuje niepokojące cyfry. "Jesteśmy za daleko!" - krzyczę. Po chwili, chcąc nie chcąc, wskakuję za nim w strasznie wysokie pokrzywy (tzn. dla mnie wysokie, dla Pawła ledwo do kolan). Wokół, po rowach i zagajnikach, kręcą się tłumy rowerzystów. W końcu mam punkt (pk2).

Nie ma czasu na spokojną jazdę. Dotarłszy do szosy krakowskiej jestem świadkiem sceny, gdy jeden z zawodników zatrzymuje ruch - cała nasza grupka sprawnie przejeżdża. Bezcenne! Kolejny punkt (pk3) jest na wyciągnięcie ręki. Mój sposób dotarcia tam został później skomentowany przez Monikę: "Ha ha, niektóre matołki przechodziły przez ogrodzenie, a przecież obok była ścieżka". Zaletą leśnych wybojów jest banan, którego ktoś zgubił - po chwili wchłaniam go wprost do tkanek. Przy okazji dziękuję anonimowemu ofiarodawcy za cenną porcję kalorii oraz składników odżywczych, których kolarzom zawsze brakuje.

Przelot do Władysławowa bardzo szybki, na trasie kilka razy miga mi to tu, to tam, Gośka, legenda polskiego AR. W dodatku chytrze się uśmiecha, wyprzedzając mnie! No to krucho ze mną, myślę. W dodatku w lesie, w którym jestem prawie codziennie, nie mogę znaleźć dwóch okazałych dębów (pk4)! Skąd ten Adam wytrzasnął takie miejsce? [już wiemy skąd - ze zdjęć Panoramio]

Przelot na kolejne dwa punkty (pk5 i pk6) robię na pamięć. Nudno, ale za to bardzo szybko. Niektórzy wybierają ciekawe warianty i chłodzą emocje w wodzie.

Pk7 to takie bagienko w środku lasu. Kiedyś byliśmy tam z Sahibem na spacerze. My w ogóle w dziwne miejsca chodzimy na spacery. Gdyby komuś się podobała okolica, to polecam przy okazji widły rzek Tarczynki i Jeziorki. Jest to miejsce o wielkim potencjale, jeśli chodzi o urok i dzikość.

Przelot na pk8 jest mokrawy, mżawkowy i nudnawy, lecz niesie cenne informacje - wyjeżdżając z pk7 widzę konkurencję w całej rozciągłości. A więc najpierw Gośkę, a potem Monikę i Agnieszkę. Szosą do Tarczyna strasznie się wlokę, dogania mnie Piotrek Buciak, który po drodze zaliczył jeszcze pk13. Po chwili jego odblaskowa kurteczka znika w oddali, a ja wlokę się dalej bez zmian, potem wchodzę w jakieś krzaki, zupełnie niepotrzebnie. Punkt w sumie nietrudny, tylko koncentracja nawala.

Powoli muszę myśleć o powrocie - robi się późno. Tak jak przewidywałam na początku, całej trasy nie zrobię. Postanawiam odpuścić pk9, który na mapie wygląda bagiennie, poza tym z pk12 na pk10 wiedzie piękny asfalcik. Zdobywam te punkty bez historii, może poza tym, że prawie wpadam na dwóch panów, którzy niosą stół, a koło pk10 wbijam się w druciany płot - to z wrażenia na widok Kondziego.

Przelot do pk11 ma lekki posmak zakazanego owocu, choć w tym roku można jechać nawet szosą katowicką. Sam punkt ukryty jest w młodniku, który oczywiście kiedyś był łąką (jak głosi opis). W zasadzie każde miejsce było kiedyś czymś innym, więc opisy punktów mogłyby nie być aż takie sztywniackie. Na przykład zamiast "drzewo-pomnik przyrody" można by napisać na przykład "siewka dębu", a zamiast "ambona" może "paśnik"? Zawodnicy w końcu też ludzie i lubią żarty :)

Oglądam kilka razy obraz satelitarny, na którym oznaczono bonus. Wychodzi mi, że jeśli go zrobię, to mogę nie złapać któregoś z podstawowych punktów. To się nie opłaca. Zakazanego owocu ciąg dalszy - swoją drogą pobocze katowickiej do jazdy całkiem, całkiem. Już wiem, dlaczego nasi piaseczyńscy kolarze trenują tutaj zimą.

Pk13 to kolejny punkt bez historii. Wyprzedzam tu niezwykle liczną grupę, która prawdopodobnie realizuje trasę Fan. Po zaliczeniu ostatniego punktu czyli pk1 zachciało mi się jeszcze żarcików. Przejazd przez Komorów robię nie najkrótszą, ale najciekawszą drogą. Skonsternowany zawodnik, który jedzie za mną, pyta w końcu zaniepokojony: "Ale ty jesteś stąd?"

Meta wita nas atmosferą kolarskiego święta, którą możecie poczuć oglądając fotki. Poza dekoracją największe emocje wzbudziła oczywiście tombola - pomimo olbrzymiej liczby nagród nie wylosowałam nic, ale nie ma co narzekać, bo nie mając może aż tyle szczęścia do losowania, nogami zapracowałam na całkiem przyjemną i sutą nagrodę w kategorii PRO kobiet :)

Strona WaypointRace
Mapa
Ładną fotkę, na której pozujemy z Robertem Bobińskim strzelił nam Adam Wojciechowski, budowniczy trasy.

środa, 1 czerwca 2011

WaypointRace a parytet

Tytuł nieco przewrotny, jako że żadnego parytetu ani na tych, ani na innych zawodach nie ma :) Ale uwaga, będzie troszkę matematyki. Moją uwagę po Waypointrace zwrócił bowiem wysoki odsetek kobiet, które ukończyły trasę PRO.

W zeszłym roku zrobiłam z ciekawości zestawienie wszystkich pucharowych zawodów (PPM), żeby sprawdzić, w których startowało najwięcej kobiet. O dziwo, przodował Grassor z ponad 19% odsetkiem pań, z tym że ze względu na ogólnie niewielką liczbę startujących (łącznie 31 osób, w tym 6 kobiet) nie można chyba traktować tej liczby zbyt poważnie.

Natomiast imprezy o wysokiej frekwencji charakteryzował następujący odsetek zawodniczek:

Harpagan 39 - 7,2%
Waypointrace - 8,9%
Odyseja Jesienna - 14,3%
Harpagan 40 - 11%

(Średnia ze wszystkich zawodów to nieco ponad 10%.)

W tym roku zaskoczył mnie bardzo pozytywnie Waypointrace. Otóż okazało się, że kobiety na trasie PRO stanowiły 22% wszystkich zawodników. A więc ponad dwa razy więcej niż rok temu!

Z czego może to wynikać? Wydaje mi się, że wpłynął na to sposób podziału zawodników na trasy FAN i PRO. Jako nowość wprowadzono wybór trasy w trakcie trwania wyścigu, a nie przy zgłoszeniach. Kto zdobył 1-6 waypointów, automatycznie klasyfikowany był jako zawodnik trasy FAN, kto zgarnął więcej - jako PRO.

Być może w poprzednich latach mniej kobiet zgłaszało się na dystans PRO (>100 km), ponieważ nie wierzyły w swoje siły i umiejętności nawigacyjne? Wolały z góry wybrać dystans FAN (60 km), który wydawał się bardziej przyjazny. Tym razem mogły na trasie zdecydować o zdobyciu kilku waypointów więcej, gdy orientowały się, że sił wystarczy, a limit czasu spokojnie im na to pozwoli. Brawo dziewczyny!

Gratuluję Organizatorom tego pomysłu, uważam go za bardzo trafiony.

Fot. Organizatorzy Waypointrace

wtorek, 31 maja 2011

Nawigacja na własnym podwórku


Zanim podzielę się wrażeniami z WaypointRace, krótka refleksja na temat nawigowania w znanym terenie. Obejrzałam sobie przejazd zwycięzców WaypointRace i naszła mnie refleksja - czy aby na pewno w znanym terenie łatwiej jechać na orientację?

Przyznaję, że znałam kilka miejsc, w których stały waypointy. Mimo to mam wrażenie, że właśnie ta znajomość terenu czasem przeszkadzała mi wybierać optymalne warianty, a im lepiej znałam dane miejsce, tym dłużej szukałam lampionu ;)

Mam swoje ulubione ścieżki. Kiedy zamieszkaliśmy z Sahibem pod Piasecznem 10 lat temu, ochoczo zabraliśmy się za poznawanie okolicy. Prawie każdy weekend spędzaliśmy na rowerze, a to jadąc do Magdalenki, a to do Zalesia, a to do Złotokłosu. Zaopatrzeni w topograficzne pięćdziesiątki mieliśmy wielkie ambicje omijać wszelkie asfalty, jeździć tylko bocznymi, najlepiej leśnymi dróżkami.

Ale drogi, jak to drogi. Zmieniają się. Tu wiosną pojawi się bagienko, tu gruz wywalą, a jeszcze inną miedzę zagrodzą płotami. A czasem drogi nie było w ogóle i lądowaliśmy pośród pól marchewki. Po jakimś czasie mieliśmy już swoje ulubione, sprawdzone trasy, którymi jeździliśmy - już bez map (a raczej z mentalną mapą okolicy w głowie).

Kiedy zobaczyłam mapę WatpointRace, ucieszyłam się, że znowu zobaczę kilka takich "zapomnianych miejsc". Na przykład dolinę Jeziorki, którą kiedyś z uporem maniaków przedzieraliśmy się przez chaszcze i bagna. Jednak nie jest to trasa, którą wybierałabym na co dzień (zwłaszcza gdy chcę gdzieś szybko dojechać). Wybierając wariant podczas WaypointRace decydowałam się na drogi, których stan w miarę aktualnie znam. Widzę, że Łukasz i spółka nawigowali czasem śmielej, a czasem bardziej asekurancko (ale może po asfalcie szybciej?), w każdym razie zupełnie inaczej! W wielu miejscach skrócili trasę wybierając dróżki, za którymi po prostu nie przepadam.

Oczywiście orientowanie się w znanym terenie ma szereg zalet - nie trzeba tak często patrzeć na mapę, niektóre przeloty można zrobić z pamięci, w razie nawet niewielkiego zagubienia się bardzo łatwo dojechać w miejsce, które się już zna itd.

Wydaje mi się, że gdyby teren był mi zupełnie nieznany, to potrafiłabym częściej zagrać va-bank, więcej zaryzykować. Byłoby na pewno bardziej przygodowo (może nawet z przeprawami przez rzeczki) i być może wiele przelotów zrobiłabym po optymalnej, zamierzonej przez Budowniczego trasie. :)

Fot. Adam Wojciechowski/Waypointrace

PS. Zdjęcie zainspirowało mnie do zmiany koloru tła ;)

środa, 18 maja 2011

Najmniejsze góry w Polsce?

Suwalszczyzna to jeden z moich ulubionych regionów w Polsce. Jest mi bliska od dziecka - w Suwałkach mieszka mój Wujek. Maj+ Suwalszczyzna + rower oznaczają absolutną pełnię szczęścia! Tym razem spędziłam kilka dni w Żytkiejmach, które położone są tuż pod rosyjską granicą. Chciałam zobaczyć coś innego niż Suwalski Park Krajobrazowy, w którym byłam już nie raz.

Błądząc wzrokiem po mapie trafiłam na intrygujący napis "Góry Sudawskie". Góry? Nie wyglądały zbyt imponująco, zajmując zaledwie parę km kwadratowych, ale skoro "góry", to koniecznie muszę tam pojechać!

Po długim przelocie przez Łysogórę, Maudę, Rogożajny i Mariankę, skierowałam koła na północ, do wsi Maszutkinie. Nazwy na Suwlaszczyźnie niezmiennie mnie fascynują. Wkrótce dojechałam do Ejszeryszek, a przede mną były jeszcze Skombobole!

Góry Sudawskie okazały się ciągiem zalesionych moren. Najwyższe wzniesienie to Góra Prusaka - według różnych źródeł jej wysokość waha się od 230 do 250 m n.p.m. Szlak zielony, którym jechałam, okazał się w wielu miejscach dość... pieszy. Mimo to nie żałowałam. W Podsudawskiem minęłam pozostałości starego parku i przeprawiłam się przez rzeczkę. W innym miejscu szlak prowadził prosto w odwiedziny do bobrów.

Wydostawszy się z lasu, przejechawszy koło rozrzuconych po morenach kilku zagród, trafiłam wreszcie na nowiutki asfalt, który otacza obecnie Jezioro Wiżajny. Cóż to była za jazda! Góra-dół-góra-dół, prędkość, słońce i piękne widoki.

Niestety nie miałam aparatu i nie zrobiłam żadnego zdjęcia. Nie pozostaje Wam więc nic innego, tylko będąc w okolicy samemu zbłądzić w te najmniejsze, lecz dzikością nie ustępujące Bieszczadom góry. Polecam - warto!

Informacje praktyczne:

Najlepiej w Góry Sudawskie dostać się z Wiżajn, Roweli lub Rutki-Tartak. To zaledwie parę km. Sporo niedużych wniesień, drogi to przeważnie twarde szutry. Sklepów i ludzi po drodze nie widziałam. Noclegi w okolicy - agroturystyka. W okolicy Wiżajn znajduje się gratka dla zdobywców Korony Województw - Rowelska Góra, najwyższy szczyt woj. podlaskiego (298,1 m n.p.m.).

wtorek, 17 maja 2011

Harpagan i DyMnO w telegraficznym skrócie

harpagan stop lipnica stop szron rano stop jazda z Monika stop fajnie stop piachy ale punkty wchodza stop rozdzielamy sie stop duzo asfaltu stop kryzysy stop bladzenie stop zwariowany finisz stop 176km

dymno stop sadowne stop sloneczko stop cztery mapy nie od parady stop bagno stop samotnie stop bagno stop rzeczka stop bagno stop piasek stop znowu bagno stop bobry stop piasek stop towarzystwo stop glodno stop piasek stop cola stop meta nareszcie stop 112km

Co łączy Harpagana i DyMnO? Oczywiście obie te imprezy zaliczane są zarówno do rankingu Maratonów Pieszych na Orientację (PMnO), jak i Rowerowych (PPM). Na obu wystartowałam na trasie rowerowej. Obu tras nie ukończyłam w całości. Obie miały limit czasowy 12 godzin. Obie udało mi się wygrać (w kategorii kobiet). I na tym kończą się podobieństwa.

Od Harpagana minęło już sporo czasu, mimo to moje wspomnienia są całkiem żywe. Monika zaproponowała wspólną jazdę, ale bez zobowiązań - to znaczy rozdzielamy się, jeśli któraś z nas poczuje taką potrzebę. Ranek przywitał nas urokliwymi widokami. Zmrożone drogi i szron, mgiełka nad mijanym jeziorem - piękny krajobraz aż prosił się o zdjęcia (jednak nie uległyśmy). Wariant nasz zaczynał się na południowym wschodzie i z powodzeniem prowadził na zachód, zataczając wielkie koło wokół bazy w Lipnicy. Trasa przeważnie piaszczysta (i nie sądziłam wówczas, że już miesiąc później bardzo zatęsknię do takiego piasku!). Punkty nie były trudne, a nawigacja szła jak po maśle, bez historii. Po wspólnym zaliczeniu kilku punktów zostawiłam Monikę w lesie i pojechałam sama dalej. Północna część trasy okazała się dużo twardsza, z kolei bardziej pofałdowana. Długi przelot na pk19 okazał się przebłyskiem prędkości. Zaczęły się jednak kryzysy i schyłek jednodniowej formy. Gdzieś tam wśród pól i lasów odpaliłam wiezioną na czarną godzinę butelkę coli - pomogło. Na koniec nieco dłuższe od planowanego szukanie pk9. Intuicja od razu podpowiadała namierzenie się od wschodu (wioska, szosa). Tymczasem nogi same pognały w las. Głowa nie za bardzo ogarniała całość. I tak zakończyło się na bezradnym snuciu w grupce kilku bikerów. W końcu głos rozsądku przebił się ponad to. Ruszyłam na azymut w stronę szosy. Nowy punkt ataku okazał się rewelacyjny. Po 5 minutach miałam pk9! Finisz był wariacki. Szosa, szosa, szosa - nieudana, desperacka próba zdobycia pk7, przeprawa przez niezłą piaskownicę z powrotem do szosy. Groźny powiew limitu (i źle ustawiony licznik) - 6 minut przed wybiciem straszliwej godziny udało się wjechać na metę. A tam było już bardzo przyjemnie. Siedziałam sobie na tartanie boiska, piliśmy colę ze Stasiejem, przyszła też Monika i nigdzie już nie trzeba było się spieszyć ani jechać. Monika w efekcie była druga - po małym kryzysie kupiła chipsy i krakersy, odżyła i nieźle deptała mi po piętach w drugiej części trasy!

Dla ciekawych mój wariant: 5-18-16-10-8-14-20-6-17-19-1-3-13-9.
Strona Harpagana

DyMnO różniło się od Harpagana tak bardzo, jak to tylko możliwe. Płaski teren Mazowsza, na przemian piaszczysty lub bagienny. Woda wypełniała wszystkie niżej położone miejsca, rzeczki i kanały nie trzymały się koryt, zalewając i lasy, i łąki. Komary gdzieś tam sobie brzęczały koło ucha, pachniały bagienne rośliny. Nawet przyjemne to było i od razu skojarzyło mi się z wakacjami. Nie miałam jednak za dużo czasu na wspomnienia i rozmyślania - limit gonił, punkty wchodziły jak po grudzie, bagna stanowiły niezłą łamigłówkę, niczym labirynt. Jechałam od początku sama, tylko z rzadka spotykając kogoś. Czasem to towarzystwo dawało wymierne korzyści - jak na przykład wspólne pokonywanie rowów z wodą. Raz ktoś z naszej grupy stanął tuż obok młodej sarenki ukrytej w krzakach borówki. Pisk był tak przeraźliwy, że wszyscy podskoczyliśmy. Innym razem na drodze znalazłam sarnią nóżkę, nieco obgryzioną. Bobrowe budowle to przeklinałam (w końcu nie raz taka bobrza rodzina zalewa cały las), to z kolei dziękowałam im w duchu za solidność w budowie tam - po kilku z nich przyszło mi się przeprawiać, i to z rowerem pod pachą. Okoliczności w ogóle prowokowały do przyrodniczych, a nawet astronomicznych obserwacji. Do pierwszych należały spotkane zające i rozważania o bagiennych roślinach, długości ich łodyg i stopniu, w jakim utwardzają dno. Astronomia objawiła się z kolei w postaci nieuniknionego zachodu słońca, który zbiegał się z końcem limitu, a więc oznaczał koniec moczenia się, wrzucania roweru na jakieś skarpy i pokonywania ich na kolanach, łamania krzaków i wpadania do bobrowych norek. W domu odkryłam zapomniane siniaki, ugryzienia, a kolejnego dnia nawet kleszcza, który musiał przybyć na gapę gdzieś w plecaku albo przyczepiony do ramy. Buty schły kolejne dwa dni, nie pozwalając zapomnieć o zawodach, a skarpetki zmieniły kolor na nieokreślony i wylądowały w śmietniku. To i tak mała strata w porównaniu do wielu urwanych przerzutek, zaginionych liczników itd. Na trasie jak zawsze miłym akcentem było spotkanie wielu znajomych rowerzystów i pieszych, którzy nieraz podpowiedzieli to i owo. A trasa sama prowokowała, by rewanżować się informacjami, które samemu się zdobyło. Paweł poratował mnie sezamkami, co stanowiło luksusowy przerywnik żywieniowy. Fajne w sumie to DyMnO, choć z jazdą rowerem za mało miało wspólnego. Kto wie, czy za rok roweru nie zostawię w domu, w końcu do wyboru jest też trasa piesza. Nawigacja wymagająca, ale do zrobienia, teren trudny i średnia z jazdy poniżej 10 km/h. Chyba przyjdzie poważnie potraktować siłownię, a zamiast sztangi będę używać roweru.

Dla ciekawych wariant: 24-25-23-10-OS-9-8-7-6-11-17-16-15-14-12-5-3-2-1-X
Strona DyMnO

Fotka z DyMnO: Piotr Siliniewicz