sobota, 12 sierpnia 2017

Szwecja rowerem - wrażenia po 2 wyjazdach

(Postanowiłam odkurzyć trochę ten blog - miałam to zrobić już w zeszłe wakacje, ale nie wyszło. Tym razem jest okazja i motywacja.)

Kilka osób dopytuje się, jak jeździ się po Szwecji rowerem?

W Szwecji spędziliśmy z Sahibem na rowerach, jeżdżąc z sakwami i śpiąc w namiocie:
- 2,5 tygodnia w zeszłym roku, około 700 km, prom Gdańsk-Nynäshamn (Polferries), region: Södermanland, do jeziora Hjälmaren;
- 3 tygodnie w tym roku, około 900 km, prom Gdynia-Karlskrona (Stenaline), regiony: Blekinge, Olandia, Smalandia.


Ograniczę się więc w tym opisie do południowej i dobrze dostępnej z Polski części Szwecji.


Nietypowe, ale skuteczne biuro informacji turystycznej
WRAŻENIA OGÓLNE
 1. Po Szwecji jeździ się świetnie. Przede wszystkim kultura jazdy jest o wiele wyższa niż u nas. Kierowca, widząc rowerzystę zbliżającego się do skrzyżowania, co najmniej zwalnia, a najczęściej w ogóle się zatrzymuje. Wyjątek: regiony bardzo turystyczne i snobistyczne, gdzie matołki przepalają swoje sportowe kabriolety. Zdarzają się też pędzące ciężarówki na głównych drogach, które podczas wyprzedzania zapominają o ogonie... Mimo tych wyjątków dla rowerzysty z Polski Szwecja to raj.

2. Są świetnie poprowadzone szlaki rowerowe, wiele z nich ma po kilkaset kilometrów lub więcej. Oznaczone na rozjazdach tabliczkami, a specjalne mapy rowerowe (Cykelkartan - o nich napiszę osobno) prowadzą po tych szlakach jak po nitce. Szlaki poprowadzone są po drogach co najmniej szutrowych lub dobrze ubitych, a także po bocznych asfaltach - to jest dobre info dla jadących z sakwami. Z racji geologii rzadko zdarza się piach.

3. Sieć ścieżek rowerowych w miastach jest przeważnie dobra lub bardzo dobra - przejazd przez miasto nie stanowi żadnego problemu, a rowerzysta praktycznie nie musi się zatrzymywać, chyba że na czerwonym świetle. Ścieżki w miastach też są oznakowane strzałeczkami.

Jezioro w Smalandii
4. Szwecja ma - w porównaniu z Polską - niską gęstość zaludnienia, nawet na południu. Przeważnie jeździ się więc po terenie leśnym lub wiejskim, wsród jezior i pagórków. Przewyższenia w regionach, które odwiedziliśmy, nie są wielkie - to głównie polodowcowe formy o wysokościach do 50 m, jednak gdy przez cały dzień jedzie się góra-dół, góra-dół, to wiadomo, że dają się we znaki. Największe podjady zaliczyliśmy koło Nynashamn, z kolei Olandia jest prawie zupełnie płaska, za to wietrzna! Przyjemnym kompromisem jest jazda po Blekinge.

5. Latem dzień jest dłuższy niż u nas, w lipcu naprawdę ciemno robi się dopiero koło 23.00, więc ani razu nie mieliśmy potrzeby jechać z mocnym oświetleniem.

W SKRÓCIE O TYCH REGIONACH:

- Södermanland: dużo wielkich jezior, trochę lasów, olbrzymie farmy oraz liczne stare dwory i pałace - to bogata ziemiańska kraina. Czuć bliskość stolicy (zabytki i liczne domy letniskowe). Niektóre rezydencje są udostępnione do zwiedzania (bilety przeważnie dość drogie), można też spędzać czas w doskonale utrzymanych parkach w ich sąsiedztwie.

Blekinge
- Blekinge: archipelag oraz fragment lądu koło Karlskrony, urokliwe wyspy - część ma połączenie z lądem, na inne można tylko dopłynąć (także z rowerem, ceny nie są wysokie). Karlskrona to miasto marynarki wojennej, w okolicy jest też kilka poligonów - niedostępnych jedynie przez kilka dni w roku podczas ćwiczeń. Sama Karlskrona jest śliczna, położona na wyspach i warto popłynąć nawet na krótką wycieczkę tylko do tego miasta (można też na miejscu wypożyczyć rower). Setki żaglówek, kajaki, motorówki dopełniają obrazu. Liczne miejsca obserwacji ptaków na przelotach, stacja ornitologiczna.

- Olandia: długa (137 km), płaska, wąska wyspa, słynna z drewnianych wiatraków, ekologicznych warzyw i jedynych w Szwecji piaszczystych plaż - koszmarnie oblężonych w sezonie. Nawet szwedzka rodzina królewska ma tu swoją rezydencję. Wiosną i jesienią zjeżdżają tu z kolei ornitolodzy na ptasie przeloty. Mi się wyspa bardzo podobała - słońce, wiatr i w zasadzie, poza skanalizowanym w paru miejscach ruchem turystycznym, jest po prostu pusto i miło. Jest plaża dla nudystów, średniowieczne grodziska, festiwal reggae i olbrzymi sklep z wełną i wyrobami wełnianymi - jednym słowem każdy coś na Olandii dla siebie znajdzie. Zapomniałabym o licznych galeriach sztuki, pchlich targach itp. - warto zajrzeć w takie miejsca i pogadać z artystami. Poznaliśmy niezwykłego niepełnosprawnego malarza i starszą garncarkę (jest chyba takie słowo?), z którą pogadaliśmy o ceramice. Ceny kempingów niestety dużo wyższe niż na lądzie!

- Smalandia: las, las i jeszcze raz las - a pod spodem pagórki. ;) A także Glasriket - podupadający rejon hut szkła.

POGODA
Typowa rowerowa opalenizna
Zarówno na poprzednim, jak i na tegorocznym wyjeździe trafiły nam się upały - oba wyjazdy w podobnym terminie, w lipcu. Słońce pali mocno, na rowerze zwłaszcza (na co dzień nie używam kremów z filtrem, ale tam polecam). Olandia w ogóle słynie z największej liczby dni słonecznych w roku w Szwecji - stąd te walące z całego kraju tłumy żądne opalenizny. Upał oznacza w tym przypadku temperatury około 25 stopni. Deszcze mieliśmy sporadycznie. Prognozę pogody warto sprawdzać na bieżąco w internecie (jeśli ktoś ma w komórce, my nie mamy) albo w biurach informacji turystycznej lub na kempingach.

NOCLEGI
Olandzkie pastwisko o świcie
I tu jest jeden z tych najfajniejszych aspektów rowerowej włóczęgi, zwłaszcza w wydaniu ekonomicznym - w Szwecji obowiązuje prawo Allemansrätten, wedle którego można legalnie rozbić namiot na dziko na jedną noc (poza terenami zurbanizowanymi, rezerwatami, terenami rolniczymi itp. i w pewnej odległości od domostw). Nocowaliśmy w różnych miejscach - także na pastwisku (z bykami!), na skoszonej łące, w lesie, nad jeziorami, na wiejskim kąpielisku. Nie zawsze mieliśmy niestety dostęp do jakiejś wody, żeby się umyć. Przy szlakach pieszych często stawiane są vindkydd - drewniane schrony od wiatru, niektóre dostępne rowerem, można w nich lub przy nich przenocować. Jeśli ktoś się pojawiał w zasięgu wzroku, to zawsze pytaliśmy, czy nie ma nic przeciw temu, byśmy się w danym miejscu rozbili - reakcje zawsze były pozytywne, a często doradzano nam jeszcze fajniejsze miejsca (np. z dostępem do wody). Uwaga od Sahiba: w dobrym tonie jest, rozbijając się na dziko, robić to jawnie czyli dokładnie odwrotnie niż robimy to w Polsce. Nie tylko na widoku, ale i swobodnie, bez wstydu pytając napotkanych ludzi o zgodę.

Vindkydd
Co parę nocy staraliśmy się znaleźć jakiś tańszy kemping. Najtańszy kosztował 100 kr (około 45 zł, płaci się za namiot), najdroższy dwa razy tyle. Ceny kempingów na Olandii są sporo wyższe - i choć znaleźliśmy mały prywatny w cenie 120 kr, to bywają i takie po 350 kr (nadal to cena za namiot!).
Uwaga. Wiele szwedzkich kempingów, zwłaszcza tych większych i lepiej wyposażonych, zrzeszonych jest w organizacji Camping Key Europe. Żeby z nich skorzystać, trzeba wykupić specjalną kartę (cena 16 euro). Można ją nabyć w recepcjach kempingów. W tym roku, aby uniknąć tego niepotrzebnego z naszego punktu widzenia kosztu i podbramkowych sytuacji, przed wyjazdem zaznaczyłam sobie na mapie wszystkie kempingi z tej sieci, spisałam też ceny, żeby w razie czego wiedzieć, czego się spodziewać. Udało nam się obejść bez karty CKE (rok temu byliśmy zmuszeni niestety kupić) i ominąć drogie miejsca.

Co znajdziecie na kempingu? Toalety, prysznic, zwykle dodatkowo płatny. Miejsce do zmywania, czasem kuchenka elektryczna (można oszczędzić trochę swojego paliwa). Na tych większych bywa darmowe wi-fi, pralnia (przykładowa cena prania z suszeniem 80 kr). Na kempingach zdarzają się też drewniane domki do wynajęcia (cena około 500 kr).

Bywa i tak...!
Polecam mniejsze kempingi, gorzej wyposażone, bez stałej recepcji - za to atmosfera jest tam o wiele sympatyczniejsza i mniej anonimowa. Rok temu trafiliśmy na przemiły kemping nad jeziorem Hjälmaren, obsługiwany chyba społecznie przez gromadę emerytów. Pani pełniąca funkcję skarbnika wysuszyła nasze pranie w swoim kamperze (akurat padało), poczęstowała nas pysznymi, świeżo upieczonymi kanelbulle, w ogóle wszyscy byli niesamowicie mili i pomocni i traktowali nas niemalże jak dzieci (w sumie nic dziwnego - byliśmy tam najmłodszymi osobami). Mam nadzieję, że dotarła do nich pocztówka, którą wysłałam po powrocie do Polski. ;)

Tutaj małe wtrącenie na temat taniego nocowania z namiotem w Polsce. Zwykle kończy się na spaniu w krzakach (teoretycznie nielegalne). Właścicielom agroturystyk "nie opłaca się" udzielać takiego noclegu. Kempingów mamy jak na lekarstwo (i tylko w regionach turystycznych), pól namiotowych praktycznie brak. Jest to jeszcze nisza do zagospodarowania.

Na koniec wspomnę o warmshorers.org - sama jeszcze nie korzystałam z tego serwisu, ale już tyle osób mi go polecało, że chyba w końcu się zapiszę. Polecali go także spotkani w Szwecji rowerzyści-sakwiarze.

SERWISOWANIE ROWERU

Ani razu nie mieliśmy żadnych poważniejszych awarii, nawet nie trzeba było pompować kół. Oczywiście podstawowe narzędzia mieliśmy ze sobą. Jednak rower jest tak powszechnym środkiem lokomocji w Szwecji, że w większych miastach znajdują się serwisy, a części można kupić chociażby w Intersporcie. Szwedzi są bardzo mili - i gdyby jakaś awaria zdarzyła mi się na zadupiu, to po prostu próbowałabym znaleźć w okolicy kogoś z narzędziami chętnego do pomocy. Uśmiechajcie się do ludzi - uśmiech czyni cuda!

PIENIĄDZE
Prawie wszędzie można zapłacić kartą, ale warto mieć też gotówkę chociażby na kawę w miłym miejscu albo te skromniejsze kempingi. Euro można wymienić tylko w większych miastach, np. w Karlskronie i Kalmarze, w banku o nazwie Forex. Nie ma czegoś takiego jak kantory.

JEDZENIE
Metoda kija i marchewki w praktyce
Kupowaliśmy głównie w supermarketach: ICA, Coop, Netto, Tempo. Ceny około 1,5-3 razy wyższe niż w Polsce, zależy za co. Ciekawostka: olej kokosowy extra virgin kosztuje tyle, co u nas. Banany około 25 kr/kg. Drożdżówki około 8 kr/szt. Szwedzkie sery od około 90 kr/kg. Czekolada 18 kr/200 g. Warto pamiętać, że z racji niższego niż u nas zaludnienia i zmonopolizowania rynku przez supermarkety, jedzenia nie kupi się - jak u nas - w każdej miejscowości. Zwykle raz dziennie trafialiśmy na jakiś sklep, przeważnie mieliśmy zapas jedzenia na 1 dzień. Dodatkowo zbieraliśmy jagody, maliny, poziomki, pół-dzikie czereśnie, grzyby. Na Olandii rośnie jakiś gatunek czerwonej porzeczki (mam nadzieję, że nie chroniony, bo trochę poskubałam...).

MAPY
Bogactwo...!
Lubię jeździć z papierową mapą. Mapy z serii Cykelkartan 1:90000 nie są tanie - arkusz kosztuje około 180 kr, jednak jeździ się z nimi tak doskonale, że nie zastanawiałam się ani chwili nad zakupem. Papier jest wodoodporny, znosi wielokrotne zaginanie w mapniku. Mapy są aktualne, dokładne i przygotowane pod kątem rowerzystów - sieć szlaków rowerowych najbardziej rzuca się w oczy. Doskonale szuka się z nimi miejsc do spania na dziko. Poza tym w punktach informacji turystycznej często można dostać bardzo dobre darmowe mapki - miasta lub okolicy. Czasem specjalne dla rowerzystów.

JĘZYK
W sumie to takie oczywiste, że chyba nie warto o tym pisać - absolutnie wszędzie da się dogadać po angielsku. Dosłownie kilka razy zdarzyło mi się, że ktoś nie znał angielskiego - raz był to rolnik, którego poprosiłam o wodę (dogadaliśmy się na migi, a woda po szwedzku to vatten), raz dziewczyna wykładająca towar w supermarkecie (poprosiła kogoś innego o pomoc). Zaskakuje doskonała znajomość angielskiego wśród starszego pokolenia - czasem wywiązują się dość długie pogawędki na nieoczywiste tematy! Na kempingach zdarzają się napisy tylko po szwedzku i niemiecku - ale szwedzki nie jest trudny i można się wielu rzeczy domyślić.

PROMY A ROWER
Płyniemy przez Kalmarsund
Duże promy samochodowe bez problemu zabierają rowery. W Polferries gratis, w Stenaline płaci się niedużą kwotę. Czasem rowery jadą po prostu na pokładzie samochodowym, przymocowane z boku (sakwy można na czas rejsu odpiąć lub zostawić), czasem są podwieszone na specjalnej przyczepce (wtedy sakwy trzeba zabrać). Najmniejszą jednostką pływającą, którą podróżowaliśmy z rowerami był wodolot z Karlskrony na wyspę Sturkö. Na Olandię w ogóle można dostać się z rowerem tylko promem - na 6-kilometrowym moście z łączącym wyspę z lądem obowiązuje zakaz jazdy rowerem. Prom odbija z portu w Kalmarze, blisko starówki (50 kr/osoborower). Druga opcja do prom Oskarshamn-Byxelkrok (150 kr). Tym promem wracaliśmy na stały ląd - przy pięknej pogodzie przeprawa przez Kalmarsund to prawdziwa przyjemność!

I JESZCZE TRZY RZECZY WARTE NAŚLADOWANIA...
Szwedzi szanują cudzą prywatność, spokój, terytorium. Cisza nocna na kempingu jest święta. Jeśli rozbiłeś się w fajnym, publicznym miejscu nad jeziorem, to nikomu nie przyjdzie do głowy robić tam imprezę - byłeś pierwszy, twoje prawo (dwa razy mieliśmy taką sytuację - reakcją była pogawędka i wycofanie się tej drugiej strony).
Szwedzi zbierają psie kupy i w ogóle mało śmiecą.
Nie ma w Szwecji tego całego pierdolniku dzikich tablic reklamowych, billboardów na prywatnych posesjach i na płotach - po prostu jest ładnie. O architekturze to już nawet nie wspominam. Jak oni dają radę w domkach bez kolumienek i dachów bez tysiąca załamań? Sama się zastanawiam. ;)

Uff, wydaje mi się, że napisałam chyba wszystko. Jeśli coś pominęłam, to pytajcie w komentarzach. Gorąco polecam Wam eksplorowanie Szwecji na własną rękę. Może się gdzieś spotkamy na poboczu drogi lub na biwaku nad jeziorem - bo ja na pewno tam wrócę!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za odwiedziny i komentarz. :)