Szlak ma teoretycznie około 240 km, w praktyce 250 km lub więcej. Około 80% trasy wiedzie w terenie, czasem niełatwym. Piachy, wydmy, bagienka, zarośla, korzenie - wszystko to w pewnym stopniu można spotkać na KP. Ale, żeby nie być niesprawiedliwym, muszę przyznać, że część odcinków zaskakuje pozytywnie - szybkie szutry, twarde single-tracki. Dodatkową atrakcją jest nawigacja. Wiele znaków z czasem zanikło, drzewa wycięto, drogi zaorano. GPS-owy track miał pomóc w tych miejscach. A raczej tracki, bo po zapytaniu na forum OGR dostałam ich kilka (każdy był nieco inny). Oraz sporo wskazówek na temat konkretnych, problematycznych miejsc. Dziękuję!
Pierwszy raz chyba zdarzyło mi się, że bardzo, ale to bardzo, odczuwam potrzebę podzielenia się wrażeniami, tymczasem jest ich tyle, że zupełnie nie wiem, od czego zacząć. KP rozpatrywałam do tej pory w kategorii wyczynu, była dla mnie osobistym Everestem (no dobra, Blankiem). Inspiracją był przejazd Bartka w 2010 roku. W 2011 roku zaszczepiłam pomysł Monice. Ciągle jednak brakowało nam wolnego weekendu, choć myślę, że po prostu pomysł musiał dojrzeć. Dopiero jesienią zaczęłyśmy powoli objeżdżać szlak koło nas. Chęć przejechania rosła, jednocześnie pojawiało się mnóstwo wątpliwości, czy w ogóle damy radę. Ostatni tydzień przed umówioną datą podskakiwałam jak wiewiórka i nie mogłam spać. Oczami wyobraźni widziałam nas na szlaku i bardzo za tym tęskniłam. Prognozy pogody zmieniały się co chwilę, emocje rosły. W końcu - decyzja zapadła - jedziemy!

Mazowiecki Park Krajobrazowy. Znane nam „ceglanka” i bunkry. Mienia - ukochany singiel Moniki. Wszystko dzieje się bardzo szybko. Co jakiś czas liczymy - ile godzin, ile kilometrów. Przekładam mapy w mapniku, każde zagięcie mapy to odhaczenie pewnego kawałka. Jedziemy jak w transie.
Koło Anina jesteśmy w porze śniadaniowej. Bartek przyłącza się na parę kilometrów, pokazuje przejazd przez Rembertów oraz pilnuje naszych rowerów pod sklepem. Przed nami słynne Horowe Bagno. Legenda tego szlaku, nie bez powodu.
(„Biedni Czytelnicy” - powiedział Sahib, jak mu przeczytałam dotąd).
Skoro opis Horowego Bagna byłby zbyt nudny, to może przenieśmy się od razu do Radzymina, zagłębia tirówek. Szczerze - dość okropne miejsce. Mijamy gościa w kaloszach, który rozlicza się z korpulentną niewiastą. Kalosze??? (Może był wcześniej na Horowym Bagnie?). Inna lala w stringach paraduje wzdłuż pobocza, obok wolno jedzie samochód, blokując ruch... Byle dalej stąd!
W Nieporęcie popas, pierwszy dłuższy, taki ze zdejmowaniem skarpetek i trzepaniem z piachu. Mała rzecz, a cieszy. Lasy, lasy, lasy. Ścięte gałęzie, piach, bagienko i badziewie. Byle do wału i do mostu.
Zaborów to koniec puszczy. Tu zaczyna się przyciąganie domu. Szerokie szutry przez pola, mijamy Błonia, jakieś piękne różowo-fioletowe klomby w dawnym PGR-ze. Umawiamy się w Czubinie przy pomniku z Sahibem, którego ma przywieźć Jacek, syn Moniki. Na miejscu - obopólna konsternacja. Pomnik miał być jednym z naszych punktów kontrolnych (których łącznie jest 12). Tymczasem - pomnika brak! Ostały się jeno barierki i dziura w ziemi...
Prujemy (we trójkę z Sahibem) szosami do Brwinowa, zmrok znienacka nas zaskakuje gdzieś tam w pół obrotu korbą, więc lampki się zapalają, a ja, nie mając czołówki, staram się zapamiętać jak najwięcej mapy na zapas. W Podkowie trudno oprzeć się pomysłowi Sahiba, by zajrzeć do naszej ulubionej Werandy. Co prawda o tej porze nie ma już legendarnego tortu bezowego, ale ostały się dwa gatunki serników - domowy i Medyceuszy.

Popówek, mostek, małe pomyłki. A potem wiata w Granicy - kolejny punkt kontrolny, a tam ognisko, trzech kolesi, lekko już w czubie (a co my mamy w czubie? endorfiny? otępiały ból w nogach? adrenalinę? nie wiadomo). Zagajam rozmowę, na wesoło, no - musimy policzyć, ile nóg ma wiata. A po co? Ano, takie tu małe zawody mamy... Troszkę tam świecę po stole zastawionym trunkiem, przy ogólnej wesołości, nóg jest siedem, co mnie całkiem zadowala i spadamy do lasu.

Wiedziałam, że w tej relacji zapomnę o wielu sprawach. Na przykład o wielkiej rybie, która skakała w Narwi, o wiewiórce nad Mienią i o strasznym stadzie nocnych warchlaków, które spowodowało chwilowy HRmax. O tym, że czasem musiałyśmy trochę podyskutować, czy lepsza jest mapa czy GPS. O tym, jak bagno nas prawie wtaplało, co nas bolało, a co nie, o pomarańczach, które przez 150 km miałam przed oczami (aż sobie kupiłam i miałam w ręku), o tym, jak banany dojrzewają świetnie w kieszeni koszulki, co jest na pewno zasługą specjalnych włókien, z których wydziergano koszulkę. O tym jak słońce wschodzi, przypieka, a potem znika za lasem. Pięknie było, epicko i przygodowo, nie ma co. Cieszę się!
Polecam ten szlak gorąco - wszystkim, którzy lubią przygodę!
Nasz przejazd:
dystans: około 250 km (wg licznika Moniki i GPS, wg mojego licznika 267..., ale on głupi jest i kłamie)
czas brutto: 20.45 h
czas netto: 17.22 h
start 5.10, meta 1:55
Link do naszego tracka
Link do zawodów na trasie Krwawej Pętli
Link do forum Otwockiej Grupy Rowerowej
Link do forum Alleypiasta