Dziś długa opowieść, choć Harpagan rowerowy to tylko 12 godzin jazdy. Ale za to jakiej! Za ilustrację i najlepsze podsumowanie niech posłuży poniższe zdjęcie Marcina Nalazka. A tych, co lubią literki, zapraszam do lektury :)

Nie mogę rzec, że ta zabawa zaczęła się niewinnie. Zaczęła się złośliwą, mokrą pogodą, która nie dawała o sobie zapomnieć dzięki odpowiedniej architekturze sali gimnastycznej, na której spaliśmy. Tak, tak, ten piękny półokrągły daszek rezonował niczym bęben, gdy mżawki, kapuśniaki i nocne ulewy próbowały swych sił. W środku nocy wrócił z pieszej trasy
Paweł i powiedział, że warunki są przechlapane - dosłownie.
Na starcie boli mnie brzuch, nie mam dobrego światła, pada deszcz, nie widzę dobrze mapy. Nienawidzę deszczu i godziny 6.30! Byle tylko dojechać do pierwszego punktu! Ba, ale do którego?
Pk19 wydaje się na wyciągnięcie ręki, po chwili zasuwam pustymi ulicami, przez kałuże i boczne uliczki w stronę Nadleśnictwa. Z racji konszachtów z leśnikami takie miejsce dobrze mi się kojarzy. Z boku wyłania się spora grupa, jadąca na skróty. Próbuję utrzymać ich tempo, kalkulując, że może to miejscowi, obeznani z felernym terenem Bażantarni. Moje przypuszczenia potwierdziły wyniki - pierwsi na tym punkcie byli właśnie Elblążanie, a Monika dotarła tam prawie godzinę po mnie.
Po omacku na wyczucie próbuję utrzymać się na koszmarnym, rozjeżdżonym błocie. Cały czas pada, ale w kurtce jechać nie sposób. Do punktu dojeżdżam jak po sznurku. Zjeżdżam też wartko, choć zupełnie nieświadomie trafiam na szosę do Milejewa, zamiast do Kamiennika. Ech, ten kompas, gdyby mógł mówić, to by Wam opowiedział, co ja wyprawiam w lesie. W każdym razie stoję skonfudowana na poboczu, a pewien miły, wąsaty rowerzysta podśmiewa się ze mnie. Dobra, plan pierwotny idzie w diabły. Jadę na pk17, a z pk12 rozprawię się później.
To klasyczna sytuacja, gdy pozorna porażka zaowocowała korzyścią.
Na
pk17 namierzam się bardzo, bardzo starannie. Po przejściu kilku cieków wodnych ląduję w młodniku... Zwarcie jest w nim tak gęste, że nie mieszczą się rogi. Po krótkiej szamotaninie wracam na drogę, która prowadzi prosto do punktu. Tu - wielka niespodzianka! Pierwszy raz w historii moich zabaw w orientację zdarza się, że jestem pierwszym zawodnikiem na punkcie!
Podbudowane morale dobrze wpływa na łydkę. W wiosce gawędzę z miejscowym o dalszej marszrucie, wbijam się między zagony. "Hola, hola, to nasze pola!" - wykrzykuje w swoim chrapliwym języku całe stado byków, od których odgradza mnie jeno wątły drut pastucha elektrycznego. Byki gnają wzdłuż tej wyobrażeniowej, bardziej mentalnej linii, towarzysząc mi wiernie aż do końca swego areału.
Tu mały lapsus - czytam opis punktu "Kwietnik, szczyt górki" i zastanawiam się, cóż to za oryginalny leśnik wśród puszcz swoich założył klomb? Zagadka się wyjaśnia, Kwietnik jest nazwą pobliskiej wioski, a na pagórku wokół
pk12 tylko szumi buczyna.
Droga do
pk18 dłuży się, a od Rogowa jest już niemożebnie przeorana. Rower tańczy i chce stawać okoniem, a wszystko to w proteście przeciw złemu zaopatrzeniu w opony. Jakieś klocki, fantazyjne wypustki, głębszy bieżnik byłyby nie od rzeczy...
Po wchłonięciu dawki piękna natury w postaci wodospadu w cudownym zaczarowanym lesie, stawiam na wariant autorski. Do pk13 pojadę na skróty (choć już mistrz Tolkien napisał o skrótach, co trzeba). Droga zaraz się kończy. Prowadzę rower żwirowniami, polami, pastwiskami. Trafiam na labirynt elektrycznych pastuchów. Gdzieś tam po prawej stoją dwa byki - duży i mały. Po lewej galopuje krowa. Pośrodku, wpadając co i raz w miękki placek lawiruję z rowerem, aż wreszcie wśród ujadania psów docieram zaklęśnięciem terenu do wioskowej drogi. Wychylam się zza zaparkowanej ciężarówki, słyszę jak miejscowi dyskutują ze swoim sołtysem... Zanim poczęstują mnie radami dotyczącymi miejscowej topografii, uciekam czym prędzej - z Aniołowa do Leszczyny. Mapa nie dotrzymuje obietnic, utwardzona droga to kupa zarośli. Przedzieram się do wioski, która bezimienność swoją zawdzięcza położeniu na skraju mapy - a ja za ten skraj, hej!, niczym starożytny odkrywca! Tylko centymetr, ale jakie emocje!
Przy
pk13 znajduję Monikę. Tak się cieszę! Teraz będzie asfalt, pogaduszki, wspólna jazda aż do pk14, a może dalej. Już nie pada, dalej wciągam beznadziejne jedzenie, od którego nie mam w ogóle siły. A Monika wyraźnie ciągnie do przodu. Kocie łby, ale potem już asfalt, długi zjazd do
pk14. Tu się rozdzielamy, ale kto wie, może dane nam będzie jeszcze się spotkać, kiedyś, gdzieś. Przelot w kryzysowym tempie do
pk2. Wyciągam chałwę i sezamki, sekretną broń. Do
pk10 dojazd bez historii, no bo błoto to już nie liczy się jako "historia".
Za Fromborkiem szlak okazuje się fikcją, odbija z asfaltu dopiero w Narusie. A dalej jest ciężko, opony nijak nie mogą wgryźć się w pozostawione przez poprzedników błotniste trajektorie. Rozmowa z przygodnie spotkanym zawodnikiem jadącym w stronę opaczną daje mi do myślenia. W wyborze ścieżki utwierdza dwóch drwali. Piękny zjazd, istne cudo - wprost na
pk20 "Święty Kamień".
Torami, plażą, torami, plażą, tak jakoś gna mnie do Tolkmicka, sennego miasteczka. U progów miasteczka, gdzie kończy się błoto, a zaczyna cywilizacja, stoją cztery kobiety, miejscowe, z rowerami. "Bo to widzicie właśnie jest sport!" - komentuje jedna. O rety, sport? To skakanie z rowerem od kałuży do kałuży?
W Kadynach gubię się wśród ścieżek, tablic przyrodniczych i klasztorów, lecz skromna strzałeczka "Wieża widokowa" wyjaśnia wszystko. Przy
pk16 otrzymuję pomoc przy zsunięciu się ze skarpy wraz z rowerem od jednego sympatycznego uczestnika pieszej trasy. Pozdrawiam!
Po chwili wspinam się i wspinam asfaltem niczym na alpejskie przełęcze. Końca nie widać. Mam dość. To już końcówka, jeszcze tylko jeden, jeden pk! i będę mogła zalec w ciepłym, suchym śpiworku...
Godzinę później - błotnisty jar, strome ściany. Próbuję wyjść na górę, ciągnąc za sobą rower. Wbijam buty w błoto, jedną ręką łapię za rachitycznego buczka. Drugą ciągnę rower, jak jakieś zwłoki. Zaczyna się ściemniać, a nie mam nawet porządnego światła. Dookoła jary i rzeczki wezbrane po ulewach. Gdzieś w tym cholernym lesie musi być jakaś droga! Co ja tu robię? Nawet nie wiem, gdzie dokładnie jestem. Mapa nie pozostawia żadnych złudzeń - raczej się tego nie dowiem. Od tej walki z materią gleby i roślinności po raz pierwszy od prawie jedenastu godzin rozgrzewają mi się stopy.
Droga! Jest! Hura! Prowadzi na zachód - dobra, byle gdzie, byle do jakiejś szosy. Do końca limitu tylko 50 minut, a do mety szmat drogi. Nagle z naprzeciwka pojawia się para... jak jakieś anioły - zawodnik i zawodniczka, okazuje się, że jesteśmy tylko 200 m od tego ostatniego punktu, który przysporzył mi tyle zgryzot. W towarzystwie Elwiry i Jarka (jak się później okazało - znajomych Darlina, jaki ten świat mały) ryzykuję i jadę po
pk15 na "polankę nad potokiem Kamienica". Brzmi to bardzo romantycznie, ale romantyczne nie jest. A potem już tylko mroczki przed oczami, gdy staram się trzymać za nimi na szosie do Elbląga. Mijają minuty i kilometry. Minuty szybciej, kilometry wolniej.
Ale Jarek zna Elbląg, potrafi przechytrzyć czas i na mecie mamy jeszcze 7 minut zapasu! A tam stoję w ciemności, w rozmiękłej trawie boiska i próbuję dojść do siebie, podczas gdy zewsząd otaczają mnie ludzie równie ubłoceni, ujechani, jeszcze rozentuzjazmowani mapą - jedyne w swoim rodzaju odczucie.
To już koniec przygodowej części. Wynik okazał się niezły. Przypadkowo obrana kolejność punktów, złe warunki glebowo-atmosferyczne (nie wierzcie prognozom) i słabe przygotowanie logistyczne muszę przeciwstawić
sporej dawce szczęścia, który tego dnia przybrał postać przygodnie spotkanych miejscowych oraz licznych zawodników. Gdyby nie oni, pewnie ciągle jeszcze wgryzałabym się w glebę w tym czy innym jarze...
Dla ciekawych kolejność punktów w skrócie:
19-17-12-18-13-14-2-10-20-16-15-meta, łącznie 170 kmZdjęcie: Marcin Nalazek, K.S.A.T.
Strona zawodów