(Postanowiłam odkurzyć trochę ten blog - miałam to zrobić już w zeszłe wakacje, ale nie wyszło. Tym razem jest okazja i motywacja.)
Kilka osób dopytuje się, jak jeździ się po Szwecji rowerem?
W Szwecji spędziliśmy z Sahibem na rowerach, jeżdżąc z sakwami i śpiąc w namiocie:
- 2,5 tygodnia w zeszłym roku, około 700 km, prom Gdańsk-Nynäshamn (Polferries), region: Södermanland, do jeziora Hjälmaren;
- 3 tygodnie w tym roku, około 900 km, prom Gdynia-Karlskrona (Stenaline), regiony: Blekinge, Olandia, Smalandia.
Ograniczę się więc w tym opisie do południowej i dobrze dostępnej z Polski części Szwecji.
sobota, 12 sierpnia 2017
czwartek, 14 kwietnia 2016
Krzysztof Suchowierski „Rowerem przez mrozy Jakucji” - recenzja książki
Krzyśka Suchowierskiego poznałam po jego pierwszej polarnej wyprawie podczas slajdowiska w warszawskim Południku Zero w 2014 roku. Polarnych wypraw jest ostatnio na pęczki, ta jednak była jedyna w swoim rodzaju. A to dlatego, że środkiem lokomocji były na niej... rowery! Temperatury dochodzące do -55°C, 3700 km przez rzadko zaludnioną Jakucję - brzmi abstrakcyjnie? Pewnie nawet dla tych, którzy startowali w śnieżnych edycjach Nocnej Masakry, albo lubią sobie pojeździć w słoneczny zimowy dzień przy -10°.
Przed wyprawą wiele osób odradzało Krzyśkowi pomysł. Mimo wszystko udało mu się znaleźć sponsorów, kupić sprzęt i dołączyć do dwóch Rosjan, Ioanna i Igora, z którymi umówiony był na Syberii. Walcząc z mrozem, któremu ulegają nie tylko ludzkie ciała, ale także sprzęt, ostatecznie pokonali zamierzony dystans z Neriungri do Czerskiego, częściowo po dostępnej tylko zimą drodze - zimniku Arktika. Pozasportowym celem ekspedycji było odwiedzenie lokalnych muzeów, a także upamiętnienie miejsc po zsyłkach i łagrach, których nie brakowało na tym terenie...
Mając w pamięci zdjęcia i opowieści ze spotkania z Krzysztofem, z ciekawością sięgnęłam po książkę, która właśnie debiutuje na rynku. Wydana jest bardzo starannie przez wydawnictwo Inne Spacery, kojarzone z książkami o tematyce sportowej. Kolorowa obwoluta, wklejki ze zdjęciami, a co ważne przy książkach podróżniczych - z poręczną, szczegółową mapą, na której zaznaczone są miejscowości, przez które przejeżdżała ekipa. Jedyne, do czego bym się przyczepiła (jako kartograf z wykształcenia), to brak na mapie siatki geograficznej - przydałoby się chociaż koło podbiegunowe, a także brak podziałki liniowej. Jakucję zwykle widujemy gdzieś w kąciku mapy całej Rosji, przez co nie zdajemy sobie sprawy, jak duże to terytorium. Dobrym pomysłem byłoby ewentualnie zamieszczenie na mapie konturu Polski w skali mapy - rozwiązanie stosowane z powodzeniem w atlasach szkolnych.
Książka oparta jest na dziennikach, które Krzysztof spisywał podczas wyprawy. Od razu uprzedzę - nie jest to wielka literatura, ale też nie ma takich ambicji. Krzysztof zresztą na spotkaniu autorskim żartował z własnych umiejętności polonistycznych. Nie znajdziecie tu długich zdań, niesamowitych metafor i opisów. Zdania są proste, właśnie w stylu dziennika, a przekaz maksymalnie konkretny. Z rzadka Krzysztof dzieli się refleksjami natury ogólnej czy filozoficznej i chyba dobrze, bo czy jest to cel literatury podróżniczej? Wielką zaletą jest skromność Autora, jego dystans do samego siebie i popełnianych błędów, pokora wobec własnej niewiedzy i braku doświadczenia, a także szczerość, z którą opisuje także te „ciemne” strony podróżowania, jak zwątpienie, nerwy i zniechęcenie. Przyznaję, że właśnie te fragmenty najbardziej mnie poruszyły.
„Ioann mówi, że ta podróż na północ nas zmieni. Ale ja uważam, że człowieka jest bardzo trudno zmienić. Że przejechanie na rowerze paru tysięcy kilometrów w uciążliwym mrozie człowieka nie zmieni. Może co najwyżej wnieść niewielką drobinę, dzięki której człowiek stanie się lepszym, A to już coś.”
Byłam w Rosji dwukrotnie i za każdym razem zadziwiał mnie ten kraj - nie tylko bezkresne przestrzenie i cudowna przyroda, ale też ludzie - tym serdeczniejsi, im dalej było od cywilizacji. Relacja Krzysztofa potwierdza tę tendencję. To właśnie dzięki ludzkiej dobroci w dużej mierze wyprawa zakończyła się sukcesem. Miejscowi dzielili się jedzeniem, zapraszali na nocleg w cieple, użyczali telefonów, pomagali w kontaktach. Człowieczeństwo w pełni objawia się w tak ekstremalnych warunkach jak jakucka zima, i to jest bardzo dobra informacja, bo tu w cywilizacji zdarza się w nie wątpić...
Dla nas, rowerzystów, to lektura podwójnie ciekawa, a to za sprawą szczegółowo omówionego ekwipunku (lista na końcu książki), patentów na mrozy (np. owijanie siodełek futerkiem z renifera!), problemów z rowerem, które pojawiają się poniżej -30°C. Przy tej temperaturze, jak twierdzi Krzysztof, jazda nie różni się już zbytnio od letniej przejażdżki... Cóż, mogłabym się spierać o próg termicznego komfortu na rowerze. Jednak dopiero poniżej -30°C zaczynają się ponoć prawdziwe schody - brak przełożenia napędu, pękające obręcze, niemożność wymiany dętki, plastik i guma tracące właściwości, do których jesteśmy przyzwyczajeni.
Polecam lekturę, tylko ubierzcie się ciepło i zaparzcie herbatkę - opisy prawdziwego Mrozu są mocno sugestywne. ;)
link do strony wydawnictwa
PS. W tym roku Krzysztof odbył kolejną wyprawę na Kołymę, tym razem z sankami. Tej wyprawie poświęcone było spotkanie w Południku Zero w miniony poniedziałek.
Przed wyprawą wiele osób odradzało Krzyśkowi pomysł. Mimo wszystko udało mu się znaleźć sponsorów, kupić sprzęt i dołączyć do dwóch Rosjan, Ioanna i Igora, z którymi umówiony był na Syberii. Walcząc z mrozem, któremu ulegają nie tylko ludzkie ciała, ale także sprzęt, ostatecznie pokonali zamierzony dystans z Neriungri do Czerskiego, częściowo po dostępnej tylko zimą drodze - zimniku Arktika. Pozasportowym celem ekspedycji było odwiedzenie lokalnych muzeów, a także upamiętnienie miejsc po zsyłkach i łagrach, których nie brakowało na tym terenie...
Mając w pamięci zdjęcia i opowieści ze spotkania z Krzysztofem, z ciekawością sięgnęłam po książkę, która właśnie debiutuje na rynku. Wydana jest bardzo starannie przez wydawnictwo Inne Spacery, kojarzone z książkami o tematyce sportowej. Kolorowa obwoluta, wklejki ze zdjęciami, a co ważne przy książkach podróżniczych - z poręczną, szczegółową mapą, na której zaznaczone są miejscowości, przez które przejeżdżała ekipa. Jedyne, do czego bym się przyczepiła (jako kartograf z wykształcenia), to brak na mapie siatki geograficznej - przydałoby się chociaż koło podbiegunowe, a także brak podziałki liniowej. Jakucję zwykle widujemy gdzieś w kąciku mapy całej Rosji, przez co nie zdajemy sobie sprawy, jak duże to terytorium. Dobrym pomysłem byłoby ewentualnie zamieszczenie na mapie konturu Polski w skali mapy - rozwiązanie stosowane z powodzeniem w atlasach szkolnych.
Książka oparta jest na dziennikach, które Krzysztof spisywał podczas wyprawy. Od razu uprzedzę - nie jest to wielka literatura, ale też nie ma takich ambicji. Krzysztof zresztą na spotkaniu autorskim żartował z własnych umiejętności polonistycznych. Nie znajdziecie tu długich zdań, niesamowitych metafor i opisów. Zdania są proste, właśnie w stylu dziennika, a przekaz maksymalnie konkretny. Z rzadka Krzysztof dzieli się refleksjami natury ogólnej czy filozoficznej i chyba dobrze, bo czy jest to cel literatury podróżniczej? Wielką zaletą jest skromność Autora, jego dystans do samego siebie i popełnianych błędów, pokora wobec własnej niewiedzy i braku doświadczenia, a także szczerość, z którą opisuje także te „ciemne” strony podróżowania, jak zwątpienie, nerwy i zniechęcenie. Przyznaję, że właśnie te fragmenty najbardziej mnie poruszyły.
„Ioann mówi, że ta podróż na północ nas zmieni. Ale ja uważam, że człowieka jest bardzo trudno zmienić. Że przejechanie na rowerze paru tysięcy kilometrów w uciążliwym mrozie człowieka nie zmieni. Może co najwyżej wnieść niewielką drobinę, dzięki której człowiek stanie się lepszym, A to już coś.”
Byłam w Rosji dwukrotnie i za każdym razem zadziwiał mnie ten kraj - nie tylko bezkresne przestrzenie i cudowna przyroda, ale też ludzie - tym serdeczniejsi, im dalej było od cywilizacji. Relacja Krzysztofa potwierdza tę tendencję. To właśnie dzięki ludzkiej dobroci w dużej mierze wyprawa zakończyła się sukcesem. Miejscowi dzielili się jedzeniem, zapraszali na nocleg w cieple, użyczali telefonów, pomagali w kontaktach. Człowieczeństwo w pełni objawia się w tak ekstremalnych warunkach jak jakucka zima, i to jest bardzo dobra informacja, bo tu w cywilizacji zdarza się w nie wątpić...
Dla nas, rowerzystów, to lektura podwójnie ciekawa, a to za sprawą szczegółowo omówionego ekwipunku (lista na końcu książki), patentów na mrozy (np. owijanie siodełek futerkiem z renifera!), problemów z rowerem, które pojawiają się poniżej -30°C. Przy tej temperaturze, jak twierdzi Krzysztof, jazda nie różni się już zbytnio od letniej przejażdżki... Cóż, mogłabym się spierać o próg termicznego komfortu na rowerze. Jednak dopiero poniżej -30°C zaczynają się ponoć prawdziwe schody - brak przełożenia napędu, pękające obręcze, niemożność wymiany dętki, plastik i guma tracące właściwości, do których jesteśmy przyzwyczajeni.
Polecam lekturę, tylko ubierzcie się ciepło i zaparzcie herbatkę - opisy prawdziwego Mrozu są mocno sugestywne. ;)
link do strony wydawnictwa
PS. W tym roku Krzysztof odbył kolejną wyprawę na Kołymę, tym razem z sankami. Tej wyprawie poświęcone było spotkanie w Południku Zero w miniony poniedziałek.
środa, 13 maja 2015
Majówka
Krótka, ale za to intensywna. W dobrym tego słowa znaczeniu - to znaczy: towarzyska (odwiedziliśmy dawno nie widzianego kolegę Pawła w Wisznicach), krajoznawcza, sportowa.
Gdzie leżą Wisznice? Pod wschodnią granicą, około 20 km od Bugu, nieco na północ od Poleskiego Parku Narodowego, nad rzeczką Zielawą. Okolica ma w sobie coś magnetycznego, zwłaszcza wiosną, gdy zieleń aż kole w oczy, a płaska przestrzeń rozwija się jak dywan. Nie ma tu może spektakularnych puszcz, gór ani bagien... ale dla chcącego - nic trudnego. Były zatem warianty po chaszczach, lasy ciągnące się godzinami za sprawą piachów po piasty (dobra, trochę przesadziłam) i dzikie zwierzęta.
Wokół Wisznic można natknąć się na pozostałości po mozaice narodów, która drzewiej zamieszkiwała te ziemie. Z obiektów turystycznych zaliczyliśmy dawną drewnianą cerkiew w Ortelu Królewskim - prawdziwe cacko, klimatyczny mizar w Studziance, muzeum Józefa Ignacego Kraszewskiego w Romanówce, Kodeń (pierogi!) i monastyr w Jabłecznej, o którego uroku decyduje tak położenie wśród starorzeczy Bugu, jak i kapiące od złota dachy. Nie mogę pominąć na tej liście rezerwatu Warzewo i najwyższej w okolicy Góry Grabowskiej, która do połowy została już przekopana w celu pozyskania piasku.
Wróciliśmy z majówki w towarzystwie czterech sympatycznych straszyków australijskich, których hodowlą zajmuje się Paweł w wolnym czasie, tj. kiedy nie biega.
Gdzie leżą Wisznice? Pod wschodnią granicą, około 20 km od Bugu, nieco na północ od Poleskiego Parku Narodowego, nad rzeczką Zielawą. Okolica ma w sobie coś magnetycznego, zwłaszcza wiosną, gdy zieleń aż kole w oczy, a płaska przestrzeń rozwija się jak dywan. Nie ma tu może spektakularnych puszcz, gór ani bagien... ale dla chcącego - nic trudnego. Były zatem warianty po chaszczach, lasy ciągnące się godzinami za sprawą piachów po piasty (dobra, trochę przesadziłam) i dzikie zwierzęta.
Wokół Wisznic można natknąć się na pozostałości po mozaice narodów, która drzewiej zamieszkiwała te ziemie. Z obiektów turystycznych zaliczyliśmy dawną drewnianą cerkiew w Ortelu Królewskim - prawdziwe cacko, klimatyczny mizar w Studziance, muzeum Józefa Ignacego Kraszewskiego w Romanówce, Kodeń (pierogi!) i monastyr w Jabłecznej, o którego uroku decyduje tak położenie wśród starorzeczy Bugu, jak i kapiące od złota dachy. Nie mogę pominąć na tej liście rezerwatu Warzewo i najwyższej w okolicy Góry Grabowskiej, która do połowy została już przekopana w celu pozyskania piasku.
Wróciliśmy z majówki w towarzystwie czterech sympatycznych straszyków australijskich, których hodowlą zajmuje się Paweł w wolnym czasie, tj. kiedy nie biega.
czwartek, 23 kwietnia 2015
Jak się rozgrzać w zimny dzień
Ostatnio miałam iść na rower z Moniką i jej mężem Piotrkiem przy +5°C i mocnym wietrze. Zanim wyjechałam na spotkanie z nimi, Sahib wmusił we mnie gigantyczną porcję ciepłej jajecznicy z porami, pieczarkami i rzodkiewkami oraz herbatę z kardamonem.
Lekki strój i wio!
Polecam tę metodę (całkiem eko, nie?), było cieplutko.
Lekki strój i wio!
Polecam tę metodę (całkiem eko, nie?), było cieplutko.
czwartek, 26 czerwca 2014
Na jagody
Jagody, bzyczenie komarów, zapach autanu... Urok lata w pełni!
Na jagody oczywiście rowerem - 20 minut jazdy od domu.
Rower coraz częściej służy mi do przemieszczania się, sport odbywa się przy okazji. Życie bez samochodu bywa ciekawsze, choć czasem trudniejsze.
Jagód, swoją drogą, bardzo niewiele. Wyglądają na wyczesane grzebieniami. Pewnie poszukam lepszego miejsca gdzieś dalej. Tymczasem lecę piec sernik z jagodami. ;)
(Właściwie to nie chciało mi się iść po ser i zrobiłam jak zwykle gryczany biszkopt.)
Na jagody oczywiście rowerem - 20 minut jazdy od domu.
Rower coraz częściej służy mi do przemieszczania się, sport odbywa się przy okazji. Życie bez samochodu bywa ciekawsze, choć czasem trudniejsze.
Jagód, swoją drogą, bardzo niewiele. Wyglądają na wyczesane grzebieniami. Pewnie poszukam lepszego miejsca gdzieś dalej. Tymczasem lecę piec sernik z jagodami. ;)
(Właściwie to nie chciało mi się iść po ser i zrobiłam jak zwykle gryczany biszkopt.)
poniedziałek, 9 czerwca 2014
Podwarszawskie china town
Jaka gmina, takie china town. Nasze mieści się w Wólce Kosowskiej - przy Szosie Krakowskiej, ok. 10 km na południe za Jankami. To olbrzymie centrum handlowe zdominowane przez Azjatów. Leży na szlaku wielu naszych popularnych wycieczek: z Piaseczna do Lasu Młochowskiego, do Radziejowic, Petrykozów, Grodziska Mazowieckiego itd.
Wólka Kosowska bywa też samodzielnym celem naszych przejażdżek, a to ze względu na liczne sklepy spożywcze z żywnością orientalną. Ceny są niższe niż w tego typu obiektach w Warszawie, a wybór ogromny. Najczęściej kupujemy tam papier ryżowy do sajgonek (500 g = ponad 70 płatów = 7 zł), makaron ryżowy, różne ziarna i przyprawy. Zdarza się też nabyć bataty, szpinak, kolendrę (pęczek = 1,5 zł) albo świeżutkie, niepaczkowane tofu prosto ze skrzynki (kostka = 3 zł).
Bariera językowa, jak wiadomo, w handlu nie stanowi wielkiej przeszkody. Zresztą sprzedawcy nieźle opanowali liczebniki. Standardy sanitarne są nieco inne niż te, do których przywykliśmy, w bocznych uliczkach walają się śmieci, no i w tygodniu jest to bardzo ruchliwe miejsce. Mimo tych mankamentów polecam zakupy żywnościowe w Wólce.
Zabierzcie tylko odpowiednio duże sakwy. ;)
Wólka Kosowska bywa też samodzielnym celem naszych przejażdżek, a to ze względu na liczne sklepy spożywcze z żywnością orientalną. Ceny są niższe niż w tego typu obiektach w Warszawie, a wybór ogromny. Najczęściej kupujemy tam papier ryżowy do sajgonek (500 g = ponad 70 płatów = 7 zł), makaron ryżowy, różne ziarna i przyprawy. Zdarza się też nabyć bataty, szpinak, kolendrę (pęczek = 1,5 zł) albo świeżutkie, niepaczkowane tofu prosto ze skrzynki (kostka = 3 zł).
Bariera językowa, jak wiadomo, w handlu nie stanowi wielkiej przeszkody. Zresztą sprzedawcy nieźle opanowali liczebniki. Standardy sanitarne są nieco inne niż te, do których przywykliśmy, w bocznych uliczkach walają się śmieci, no i w tygodniu jest to bardzo ruchliwe miejsce. Mimo tych mankamentów polecam zakupy żywnościowe w Wólce.
Zabierzcie tylko odpowiednio duże sakwy. ;)
czwartek, 29 maja 2014
Bez mapy, bez GPS
Lubię włóczyć się po okolicy. Kiedy jeżdżę sama, nie muszę się spieszyć, oglądać na wcześniejsze plany. Czasem skręcam wtedy w drogi zwykle omijane, jakieś polne miedze, w które nigdy się nie zapuszczaliśmy. W ten sposób odkrywam nowe połączenia znanych miejsc. Ostatnio znalazłam nowy, duży staw, obok którego przejeżdżaliśmy setki razy.
Lubię spotkać gdzieś w polu pracującego człowieka. W pełnym słońcu zatrzymać się i zapytać o drogę. Każdy ma teraz GPS i mapy w komórce (ja nie mam). Podobno coraz mniej osób pyta o drogę. A to taki sympatyczny zwyczaj.
GPS nie powie Wam, czy droga jest zarośnięta, czy błota dużo, czy się przejedzie rowerem i czy w tym gospodarstwie na horyzoncie nie mają zwyczaju puszczania luzem psów.*
* Zwyczaj, którego bardzo nie lubię...
Lubię spotkać gdzieś w polu pracującego człowieka. W pełnym słońcu zatrzymać się i zapytać o drogę. Każdy ma teraz GPS i mapy w komórce (ja nie mam). Podobno coraz mniej osób pyta o drogę. A to taki sympatyczny zwyczaj.
GPS nie powie Wam, czy droga jest zarośnięta, czy błota dużo, czy się przejedzie rowerem i czy w tym gospodarstwie na horyzoncie nie mają zwyczaju puszczania luzem psów.*
* Zwyczaj, którego bardzo nie lubię...
wtorek, 11 marca 2014
Przeciwko cyfrze
„Tak właśnie rodzi się opętanie cyfrą. Dopada każdą szlachetną dyscyplinę: poezję, muzykę i trud naukowca. Cyfra jest podstępną alfonsicą, która w zamian za miłość naszego życia podsuwa ponętną kurwę - sławę. Ta dziwka czyni z nas wygłodzone widma pożądające jedynego ścierwa - uznania i zaszczytu. Wprawdzie ścierwo-zaszczyt karmi widmo, lecz głodu nie syci. W ten sposób obsuwamy się w wyścig wygłodzonych szczurów. Zatracamy się w durnym złudzeniu, że jesteśmy warci tyle, co wyłudzony od świata zaszczyt. Oto poklask, a poczucie własnej wartości nadyma się. Oto krytyka, a zraniona duma gorliwie szuka imponującej cyfry i kombinuje, jak korzystnie sprzedać miłość naszego życia. No i proszę, handlujemy własnymi duszami, a sztuka przestaje być sięganiem do gwiazd i staje się kupczeniem.”
Wojtek Kurtyka, „Chiński maharadża”, Wyd. Góry Books, Kraków 2013
Książka godna polecenia każdemu, kto zajmuje się sportem, zwłaszcza na pograniczu amatorki i profesjonalizmu. Choć osoba Narratora wzbudza ambiwalentne uczucia (ech, ta koncentracja na sobie!), a tematyka krąży wokół wspinaczki sportowej, czyta się ją z zapartym tchem. O walce z samym sobą, o wyborach między pasją a bliskimi, o biznesie, sławie, wynikach, ambicjach... Rozmawiałam z kilkoma czytelnikami tuż po lekturze i, co ciekawe, każdy odebrał ją zupełnie inaczej. Polecam.
Wojtek Kurtyka, „Chiński maharadża”, Wyd. Góry Books, Kraków 2013
Książka godna polecenia każdemu, kto zajmuje się sportem, zwłaszcza na pograniczu amatorki i profesjonalizmu. Choć osoba Narratora wzbudza ambiwalentne uczucia (ech, ta koncentracja na sobie!), a tematyka krąży wokół wspinaczki sportowej, czyta się ją z zapartym tchem. O walce z samym sobą, o wyborach między pasją a bliskimi, o biznesie, sławie, wynikach, ambicjach... Rozmawiałam z kilkoma czytelnikami tuż po lekturze i, co ciekawe, każdy odebrał ją zupełnie inaczej. Polecam.
niedziela, 22 grudnia 2013
Cudze chwalicie
Nasza okolica nie przestaje mnie zaskakiwać. Podczas wczorajszej przebieżki (!!!! leń się obudził z zimowego snu!) spotkałam i zagadnęłam Panią w kolorowym ludowym stroju, wystającym spod płaszcza. Okazało się, że to artystka z Zespołu Śpiewaczego Tęcza, który działa w sąsiedniej wsi. Muszę kiedyś wybrać się na jakiś koncert, w końcu „cudze chwalicie, swego nie znacie”, a bliska jest mi muzyka ludowa, zarówno w wersji surowej, jak i wszelkie jej jazzujące odmiany. Zespół występuje w strojach wilanowskich, o których - wstyd powiedzieć - usłyszałam pierwszy raz (mimo ponad 20 lat życia spędzonych na Wilanowie).Zdjęcie pochodzi ze strony zespołu.
Czy zdarzają Wam się w czasie treningów jakieś zaskakujące spotkania?
niedziela, 29 września 2013
piątek, 9 listopada 2012
Jak zmotywował mnie Scott Jurek
Jakiś czas temu znajomi prowadzący Centrum Biegowe Ergo zorganizowali spotkanie z legendą amerykańskich ultramaratonów, Scottem Jurkiem. Gość na spotkaniu wydał mi się przesympatyczny i autentyczny. Wczoraj wpadła w moje ręce jego książka „Jedz i biegaj” - pożyczył mi ją kolega, który przypadkowo ma takie same inicjały jak Scott. Pewnie prawie cały świat biegowy właśnie ją czyta, więc nie będę pisać szczegółowych recenzji. Jedno mogę powiedzieć - jeśli połykam książkę w jeden wieczór, to znaczy, że nie może być zła! Wciągnęłam się, pomimo że nie utożsamiam się ze światem biegaczy (tym bardziej długodystansowych) w tak wielkim stopniu, w jakim sama bym chciała. Jedyną być może płaszczyzną porozumienia ze Scottem mógłby być dla mnie świat jedzenia, ale do tego jeszcze wrócę.
Tymczasem dziś (czyżby po lekturze?) przełamałam opór materii i wyszłam pobiegać pierwszy raz w „tym” sezonie. „Tym” czyli jak zwykle w moim anarchistycznym i spontanicznym kalendarzu treningowym obejmującym zimniejszą porę roku. Temperatury idealne. Zatem...
... SEZON BIEGOWY OGŁASZAM ZA ROZPOCZĘTY!
Przynajmniej we własnej głowie. Chciałabym po tej pierwszej przebieżce być mniej zmęczona. Ale cóż, co kto sieje, to i zbiera. Jak się głupio robi półroczne przerwy w bieganiu, to trudno chyba oczekiwać cudów? Czuję dziś solidarność z tymi wszystkimi, co pierwszy raz wytoczyli się z domu i łapiąc zadyszkę przebiegli pierwszy kilometr w życiu... (dobra, u mnie było ich kilka więcej, nie miałam też bawełnianego dresu, ale czy to ważne? zmęczyłam się!).
Wracając do Scotta i jego książki. Scott jest weganinem, ja od wielu lat jestem wegetarianką, a więc różni mnie spożywanie jajek i nabiału. W książce przeplatają się historie biegowe i przepisy. I do tych przepisów się przyczepię. Zawierają mnóstwo składników, całe długie listy. Już to może odrzucić kulinarnego laika, zwłaszcza mięsożercę. Poza tym część z tych składników można u nas w Polsce dostać tylko w wyspecjalizowanych sklepach, np. z żywnością orientalną albo w dużych supermarketach. O niektórych z nich nigdy nie słyszałam i podejrzewam, że dostępne są tyko na rynku amerykańskim. Wielka szkoda, bo w ten sposób, zamiast zachęcić do tego rodzaju diety, autor leje wodę na młyn tych, którzy twierdzą, że dieta wegańska (i wegetariańska) jest droga, skomplikowana i czasochłonna. A czy musi taka być? Jasne, że nie. Nie chcę tu rozwijać specjalnie tego tematu, nie jest to blog o żywieniu i dietach, nie chcę też wywoływać męczącej i do niczego nie prowadzącej dyskusji. Chciałabym tylko zaznaczyć, że żyjemy w przyjaznej strefie klimatycznej, w której udaje się mnóstwo roślin, duża część naszego rolnictwa to jeszcze ciągle „eko”, mamy lasy, w których możemy rozejrzeć się - za darmo - za wieloma roślinami jadalnymi. Zamiast kombinować z drogimi, egzotycznymi orzechami i olejami możemy spożywać orzechy włoskie i olej lniany. Zamiast syropu z agawy stosować swojskie miody. Szkoda, że redaktorzy wydania polskiego nie spróbowali we współpracy z autorem choć trochę dostosować tej kulinarnej treści do lokalnego rynku. Nie mam nic przeciwko glonom albo miso, sama od czasu do czasu je kupuję, bo mają dla mnie niezaprzeczalne walory smakowe. Jednak nie są to produkty, na których moglibyśmy oprzeć dietę.
Scott pisze też o podstawach diety, które mogą być uniwersalne, dla każdego, także dla osób jedzących mięso. Chociażby o tym, że warto zdawać sobie sprawę z pochodzenia żywności, którą jemy, żeby słuchać organizmu, żeby wybierać produkty jak najmniej przetworzone, że niektóre produkty pomagają w chorobach i regeneracji organizmu. I pod tym podpisuję się oczywiście obiema rękami.
A w następnym wpisie zabieram Was do Rumunii!
Tymczasem dziś (czyżby po lekturze?) przełamałam opór materii i wyszłam pobiegać pierwszy raz w „tym” sezonie. „Tym” czyli jak zwykle w moim anarchistycznym i spontanicznym kalendarzu treningowym obejmującym zimniejszą porę roku. Temperatury idealne. Zatem...
... SEZON BIEGOWY OGŁASZAM ZA ROZPOCZĘTY!
Przynajmniej we własnej głowie. Chciałabym po tej pierwszej przebieżce być mniej zmęczona. Ale cóż, co kto sieje, to i zbiera. Jak się głupio robi półroczne przerwy w bieganiu, to trudno chyba oczekiwać cudów? Czuję dziś solidarność z tymi wszystkimi, co pierwszy raz wytoczyli się z domu i łapiąc zadyszkę przebiegli pierwszy kilometr w życiu... (dobra, u mnie było ich kilka więcej, nie miałam też bawełnianego dresu, ale czy to ważne? zmęczyłam się!).
Wracając do Scotta i jego książki. Scott jest weganinem, ja od wielu lat jestem wegetarianką, a więc różni mnie spożywanie jajek i nabiału. W książce przeplatają się historie biegowe i przepisy. I do tych przepisów się przyczepię. Zawierają mnóstwo składników, całe długie listy. Już to może odrzucić kulinarnego laika, zwłaszcza mięsożercę. Poza tym część z tych składników można u nas w Polsce dostać tylko w wyspecjalizowanych sklepach, np. z żywnością orientalną albo w dużych supermarketach. O niektórych z nich nigdy nie słyszałam i podejrzewam, że dostępne są tyko na rynku amerykańskim. Wielka szkoda, bo w ten sposób, zamiast zachęcić do tego rodzaju diety, autor leje wodę na młyn tych, którzy twierdzą, że dieta wegańska (i wegetariańska) jest droga, skomplikowana i czasochłonna. A czy musi taka być? Jasne, że nie. Nie chcę tu rozwijać specjalnie tego tematu, nie jest to blog o żywieniu i dietach, nie chcę też wywoływać męczącej i do niczego nie prowadzącej dyskusji. Chciałabym tylko zaznaczyć, że żyjemy w przyjaznej strefie klimatycznej, w której udaje się mnóstwo roślin, duża część naszego rolnictwa to jeszcze ciągle „eko”, mamy lasy, w których możemy rozejrzeć się - za darmo - za wieloma roślinami jadalnymi. Zamiast kombinować z drogimi, egzotycznymi orzechami i olejami możemy spożywać orzechy włoskie i olej lniany. Zamiast syropu z agawy stosować swojskie miody. Szkoda, że redaktorzy wydania polskiego nie spróbowali we współpracy z autorem choć trochę dostosować tej kulinarnej treści do lokalnego rynku. Nie mam nic przeciwko glonom albo miso, sama od czasu do czasu je kupuję, bo mają dla mnie niezaprzeczalne walory smakowe. Jednak nie są to produkty, na których moglibyśmy oprzeć dietę.Scott pisze też o podstawach diety, które mogą być uniwersalne, dla każdego, także dla osób jedzących mięso. Chociażby o tym, że warto zdawać sobie sprawę z pochodzenia żywności, którą jemy, żeby słuchać organizmu, żeby wybierać produkty jak najmniej przetworzone, że niektóre produkty pomagają w chorobach i regeneracji organizmu. I pod tym podpisuję się oczywiście obiema rękami.
A w następnym wpisie zabieram Was do Rumunii!
środa, 3 października 2012
Pogórze Przemyskie - nareszcie zdjęcia
Na wstępie chciałabym podziękować wszystkim tym, którzy jeszcze zaglądają na mojego bloga, pomimo miesięcznej, lecz nie do końca zawinionej przerwy. Ze zdjęciami jest słabo - cały czas leżą na moim biurku dwie karty, do których nie mam szansy się dobrać. Potrafi to zrobić Sahib (a konkretnie jego laptop), który jest od kilku tygodni w lesie. Straciłam już nadzieję na te fotki.
Cóż... pozostaje mi zadowolić się kilkoma ujęciami z kamerki. Mam nadzieję, że podpisy wynagrodzą tragiczną jakość tych zdjęć i choć trochę pokażą klimat przygody i Pogórza Przemyskiego. Klimat, a nawet pogodę. :)
Chciałam umieścić bezpośrednio galerię Picasy tutaj, ale ta opcja u mnie nie działa, mimo wielokrotnych prób (ktoś wie, jak to zrobić?). Technologia, zamiast pomagać, powoduje niekiedy stratę czasu i nerwów... Dlatego zamieszczam linka i zapraszam do oglądania. Domyślna szybkość przeglądania to 3 sekundy na zdjęcie, ale można ją zmienić.
Z rowerowym pozdrowieniem!
„To on, to on! Wszystko przez niego!" ;)
Cóż... pozostaje mi zadowolić się kilkoma ujęciami z kamerki. Mam nadzieję, że podpisy wynagrodzą tragiczną jakość tych zdjęć i choć trochę pokażą klimat przygody i Pogórza Przemyskiego. Klimat, a nawet pogodę. :)
Chciałam umieścić bezpośrednio galerię Picasy tutaj, ale ta opcja u mnie nie działa, mimo wielokrotnych prób (ktoś wie, jak to zrobić?). Technologia, zamiast pomagać, powoduje niekiedy stratę czasu i nerwów... Dlatego zamieszczam linka i zapraszam do oglądania. Domyślna szybkość przeglądania to 3 sekundy na zdjęcie, ale można ją zmienić.
Z rowerowym pozdrowieniem!
„To on, to on! Wszystko przez niego!" ;)
poniedziałek, 20 sierpnia 2012
Pogórze Przemyskie - rowerowa włóczęga
W tym roku wyjazd blisko i na krótko. Tak się złożyło. Nie mam jednak poczucia, że to gorzej niż jakieś egzotyczne wyprawy, na które jeździ wielu znajomych. Po prostu inaczej. Wydaje mi się, że z podróżami bywa tak, że znajduje się w nich to, co się samemu przyniesie. I jeśli komuś dopisuje apetyt na życie i ciekawość świata, to nawet w lesie koło domu odkrywa magiczny świat.A Pogórze Przemyskie? Czy jest magiczne? Gdyby nie było, to nie jechałabym tam już czwarty raz (tak!). Ograniczone wielkim zakrętem Sanu, między Przemyślem a Bieszczadami, niższe niż one, ale miejscami nie mniej dzikie. Ba, dzikie nawet bardziej - bez tłumów turystów, z zarośniętymi szlakami i wsiami, w których trudno o zwykły spożywczak. Strome podjazdy, dziurawe szutrówki, zwierzyna, a do tego fantastyczna dolina Sanu, spięta kładkami i małymi promami jak klamerkami do prania.
Zaledwie po kilku dniach oderwaliśmy się od codzienności, tak jakby wyjazd trwał nie tydzień, lecz miesiąc. Stale mokry namiot (trafiła nam się najgorsza pogoda w całej Polsce), makaron z groszkiem, najtańszy chleb z dżemem, sakwy całe w błocie, życzliwi ludzie spotykani po drodze, drewniane zabytkowe cerkwie sprzed wieków, arłamowskie łąki pełne kwiatów i ostów, dzikie kwaśne jabłka - przysmak jeleni... I wiele innych smaków i zapachów drogi. To wszystko sprawiło, że teren ten zobaczyliśmy i odczuliśmy zupełnie inaczej niż ścigając się na Adventure Trophy w 2010 roku albo podczas poprzednich wyjazdów pieszych z namiotem.
Wyjazd zaczął się pechowo - po przyjeździe na miejsce okazało się, że mój sakwowy rower nie jest w pełni sprawny, a mi nawet do głowy nie przyszło sprawdzić to przed wyjazdem (przecież w maju działał bezawaryjnie!). Był piątkowy wieczór, sytuacja wydawała się beznadziejna - dzięki pomocy kilku życzliwych osób udało mi się umówić na spotkanie mechanikiem z Leska, Maćkiem Lochmanem, który uczynił cud i przywrócił piastę w tylnym kole może nie do stanu nowości, lecz przynajmniej do działania. Jeśli będziecie w okolicy, to polecam Wam to miejsce - jest to jedyny serwis w Lesku (Bike-Sport), przy głównej drodze, więc znaleźć go nietrudno. Pan Maciek (który sam startuje w maratonach MTB) niezwykle serdeczny, pomysłowy, cierpliwy, za swoją nieocenioną pomoc po godzinach wziął tylko parę złotych. A napęd wytrzymał do końca wyjazdu!
Z powodu pogody sportowy aspekt nie był najważniejszy - zrobiliśmy zaledwie około 290 kilometrów. Trochę zdjęć, trochę filmów, cały zeszyt zapisków, ale to co najważniejsze - w sercu, a tego nie da się zmierzyć. Mżawka, kury mokre mokre po rowach grasują, pani sklepowa robi nam kawę, herbatę. To uczucie szczęścia, gdy po kilku dniach deszczu wychodzi słońce, siądzie się przy drodze czekając na coś, patrzy na niebo, na kwiaty, na owady, a tu ktoś z wioski na rowerze przejedzie, a tu drewno zwożą, a tu ptak wielki przeleci, a tu strumień w dole od deszczówki brunatny. A potem podjazd, że dech zapiera i po pierniczku z marmoladą na górze. Albo wielka mleczna krówka, dwa razy większa niż u nas na nizinach.Zdjęć chwilowo nie ma z przyczyn technicznych (dlatego na razie tylko kilka rysunków z notatnika). Ale mam dla Was dodatek specjalny - pomysłowy poradnik, niezwykle błyskotliwy esej i wiersz kipiący od emocji. Enjoy! ;)
PORADNIK
p.t. JAK ZORGANIZOWAĆ SOBIE EKSTREMALNE WAKACJE W DOMU, A DOKŁADNIE NA BALKONIE
Potrzebne będą: zła pogoda (zimno, mżawka, deszcz), mokre ubrania, mokry rower, najtańszy chleb ze sklepu (może być krojony), serek topiony, mogą być krówki. Wychodzimy z tym wszystkim na balkon i najlepiej w kucki jemy śniadanie. Smacznego!
ESEJ
p.t. JAK POWSTAWAŁA SZTUKA LUDOWA
W dawnych czasach, jak nie było parasoli ani wiejskich świetlic, ani radia, ani książek, nie mówiąc już o telewizji, to jak padał deszcz, mieszkańcy wiosek siedzieli w swoich chałupach i jak już zrobili wszystko, co potrzeba, to z nudów tworzyli sztukę z tego, co mieli pod ręką, no bo co tu robić, jak pada i pada?
WIERSZ
p.t. DESZCZ
Mokną rowery i moknie las,mokrą nasze sny i moknie czas,
ale chatka nie przecieka i woda w kranie -
zjedzmy zatem świąteczne śniadanie!
czwartek, 26 lipca 2012
Radziejowice - wyprawa po średniowieczne buty
Jakiś czas temu zamówiłam buty do uszycia - okazało się, że można je odebrać w Radziejowicach. Super, pomyślałam, przy okazji zrobię sobie fajną wycieczkę i/lub trening. Do Radziejowic czasem jeździliśmy całą ekipą (czyli z Moniką, Piotrkiem i Sahibem) - nie wydawało się daleko. 30 km w jedną stronę z Piaseczna?
No cóż, albo coś mi się pomieszało, albo jechałam naokoło. Wyszło 50 km tam i 45 z powrotem, a jeśli dodać do tego niezbyt wiele zabranych batonów, zerową ilość gotówki, koszmarne duszne powietrze, to nic dziwnego, że odżyłam dopiero w domu po zimnym prysznicu i trzech ciepłych obiadach.
ATRAKCJE RADZIEJOWIC wg KRÓLIKA
Radziejowice, położone przy trasie Warszawa-Katowice, na pewno wielu z Was mijało samochodem. Warto zboczyć z ekspresówki (obecnie nie tak ekspresowej, jakbyśmy sobie tego mogli życzyć - remont trwa w najlepsze) i zajrzeć do miejscowości. Można tu posiedzieć sobie w zadbanym, przestronnym parku, który otacza klasycystyczny pałac Radziejowskich. Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o kawiarni, która ma własny park z rzeźbami i dziwną instalacją złożoną z poroży (może ktoś wie, o co chodzi?). Niestety tym razem z braku gotówki musiałam obejść się smakiem, przeżuwając odliczoną długość batonika popitego wodą z bidonu, patrząc smętnie na innych gości zajadających lody i ciastka, choć w dzień powszedni i tak gości było jakby mniej. Do atrakcji Radziejowic zaliczyłabym parkową zieleń, która jak wiadomo koi nerwy i wzrok, męczony nie tylko przy pomocy monitora komputera, ale i przez brzydkie widoki, na przykład śmieci w lesie. Oj, ten temat prześladował mnie dziś wielokrotnie... Wyjeżdżając z Radziejowic w stronę trasy katowickiej zauważyłam kątem oka jeszcze jedną restaurację, w budynku pamiętającym PRL, która wyglądała obiecująco - temat do wyeksplorowania na przyszłość.
Na koniec atrakcja dodatkowa czyli odbiór butów z firmy fabrykajuchtu.pl. Nie każdemu musi podobać się taki styl, ale ponieważ dwa inne modele butów Trek używam od ponad 10 lat, to powiem tyle - mocne, wygodne, całe ze skóry i szyte w Polsce. Jakoś ze szpilkami i czółenkami wyjątkowo się nie lubimy, ale myślę, że trzeba być sobą i nie ma sensu zmuszać się do noszenia „czegoś, co wszyscy noszą.” Te idealnie wpisują się w moją estetykę. Niby wzorowane na średniowiecznych, ale pasują do wszystkiego - i do dżinsów, i do sukienki. (Gdybyście chcieli coś zamówić, to lepiej brać o numer mniejsze niż normalnie - skóra, choć gruba, jest niesamowicie elastyczna i po kilku założeniach leżą na nodze jak ulał. Ja normalnie noszę 38, buty rowerowe i biegowe nawet 39, tymczasem treki zamówiłam w rozmiarze 37 i są w sam raz. Post nie jest sponsorowany, natomiast nie widzę powodu, by nie pisać o czymś, do czego ma się przekonanie.)
Jak dojechać do Radziejowic? Nie wiem, czy jestem właściwą osobą, by udzielić odpowiedzi. ;) W każdym razie z Nowej Iwicznej pojechałam tak: Lesznowola-Antoninów-Szczaki-Mroków-Jastrzębiec-Krakowiany-Żelechów-Kaleń-Skuły-Grzegorzewice-Zboiska-Radziejowice. Wróciłam podobnie, z tym że kawałek przejechałam trasą katowicką (drogą techniczną i poboczem - słaby pomysł): Radziejowice-Żabia Wola-Żelechów i dalej tak samo.
No cóż, albo coś mi się pomieszało, albo jechałam naokoło. Wyszło 50 km tam i 45 z powrotem, a jeśli dodać do tego niezbyt wiele zabranych batonów, zerową ilość gotówki, koszmarne duszne powietrze, to nic dziwnego, że odżyłam dopiero w domu po zimnym prysznicu i trzech ciepłych obiadach.
ATRAKCJE RADZIEJOWIC wg KRÓLIKA
Radziejowice, położone przy trasie Warszawa-Katowice, na pewno wielu z Was mijało samochodem. Warto zboczyć z ekspresówki (obecnie nie tak ekspresowej, jakbyśmy sobie tego mogli życzyć - remont trwa w najlepsze) i zajrzeć do miejscowości. Można tu posiedzieć sobie w zadbanym, przestronnym parku, który otacza klasycystyczny pałac Radziejowskich. Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o kawiarni, która ma własny park z rzeźbami i dziwną instalacją złożoną z poroży (może ktoś wie, o co chodzi?). Niestety tym razem z braku gotówki musiałam obejść się smakiem, przeżuwając odliczoną długość batonika popitego wodą z bidonu, patrząc smętnie na innych gości zajadających lody i ciastka, choć w dzień powszedni i tak gości było jakby mniej. Do atrakcji Radziejowic zaliczyłabym parkową zieleń, która jak wiadomo koi nerwy i wzrok, męczony nie tylko przy pomocy monitora komputera, ale i przez brzydkie widoki, na przykład śmieci w lesie. Oj, ten temat prześladował mnie dziś wielokrotnie... Wyjeżdżając z Radziejowic w stronę trasy katowickiej zauważyłam kątem oka jeszcze jedną restaurację, w budynku pamiętającym PRL, która wyglądała obiecująco - temat do wyeksplorowania na przyszłość.
Na koniec atrakcja dodatkowa czyli odbiór butów z firmy fabrykajuchtu.pl. Nie każdemu musi podobać się taki styl, ale ponieważ dwa inne modele butów Trek używam od ponad 10 lat, to powiem tyle - mocne, wygodne, całe ze skóry i szyte w Polsce. Jakoś ze szpilkami i czółenkami wyjątkowo się nie lubimy, ale myślę, że trzeba być sobą i nie ma sensu zmuszać się do noszenia „czegoś, co wszyscy noszą.” Te idealnie wpisują się w moją estetykę. Niby wzorowane na średniowiecznych, ale pasują do wszystkiego - i do dżinsów, i do sukienki. (Gdybyście chcieli coś zamówić, to lepiej brać o numer mniejsze niż normalnie - skóra, choć gruba, jest niesamowicie elastyczna i po kilku założeniach leżą na nodze jak ulał. Ja normalnie noszę 38, buty rowerowe i biegowe nawet 39, tymczasem treki zamówiłam w rozmiarze 37 i są w sam raz. Post nie jest sponsorowany, natomiast nie widzę powodu, by nie pisać o czymś, do czego ma się przekonanie.)Jak dojechać do Radziejowic? Nie wiem, czy jestem właściwą osobą, by udzielić odpowiedzi. ;) W każdym razie z Nowej Iwicznej pojechałam tak: Lesznowola-Antoninów-Szczaki-Mroków-Jastrzębiec-Krakowiany-Żelechów-Kaleń-Skuły-Grzegorzewice-Zboiska-Radziejowice. Wróciłam podobnie, z tym że kawałek przejechałam trasą katowicką (drogą techniczną i poboczem - słaby pomysł): Radziejowice-Żabia Wola-Żelechów i dalej tak samo.
niedziela, 15 lipca 2012
Trebusz, wineja, taran... czyli zamek rowerzystom przyjazny
Czersk jest dla mnie jednym z tych miejsc, których nie da się nie lubić, pomimo, że byłam tam już niezliczoną ilość razy (oczywiście rowerem!). Czasem jedziemy do Czerska wieczorem, szybko mknąc szosami, innym razem lasem, szlakiem, niespiesznie jedząc po drodze jagody.
Dziś przyświecał nam cel rekreacyjno-poznawczy, a pojechaliśmy stałą ekipą - Monika, Piotrek i ja. Na przestronnym dziedzińcu Zamku w Czersku przez całe lato można obejrzeć zrekonstruowane machiny oblężnicze. Wykonane według dawnych wzorów i podobno przy użyciu starodawnych technik. Wystawa jest skromna, zaledwie 8 obiektów, ale za to w skali 1:1 i wszystkiego można dotknąć. Brakuje trochę pokazów „jak to działa” czyli strzelania średniowiecznymi, 100-kilogramowymi pociskami w stronę okolicznych sadów. Być może wzbudziłoby to protesty mieszkańców, ale na pewno dobrze odstraszyło szpaki. ;)
ATRAKCJE CZERSKA wg KRÓLIKA
1. Piękne położenie i widoki na dolinę Wisły.
2. Zamek i stary kościół - jeśli ktoś lubi zabytki. Zamek jest miejscem przyjaznym rowerzystom - nie tylko na jego teren można wejść z rowerem, ale wstęp dla rowerzystów jest wręcz tańszy! 10 zł bilet normalny, 7 zł bilet z rowerem!!! Na zamku atrakcje dla dzieci (kucyki, lody).
3. Kilka fantastycznych podjazdów na skarpę Wisły, które docenią zwłaszcza osoby rzetelnie trenujące. Omówię je szczegółowo. Tuż pod zamkiem podjazd szosowy (ulica Warszawska). Bliżej Góry Kalwarii (ulica Dolna) podjazd gruntowy, pośród sadów. Z kolei na zielonym szlaku wiodącym z Czerska na południe (ulica Pólko) dość wymagający podjazd po kocich łbach - wygląda strasznie, ale podjechać się da. (W okolicy znajduje się także wspaniały, kręty podjazd po kocich łbach w Górze Kalwarii na czerwonym szlaku, fragment Krwawej Pętli - ulica św. Antoniego.)
4. Przyjemny ryneczek z ławkami.
5. Na ryneczku knajpa w starej, drewnianej chałupie - polecam mój stały zestaw: świeżą, pieczoną w sąsiednim obejściu szarlotkę (rewelacja!), buraczki zasmażane, naleśniki z serem oraz herbatę zieloną „ryżową” - proście o kubki dla motocyklistów - napijecie się po uszy. Miejsce przyjazne rowerzystom - z zacienionym ogródkiem.
6. Niewielka galeria z wyrobami ludowymi, od różnych rzemieślników z Polski, o czym właścicielka chętnie opowiada. Wolę co prawda oglądać i inspirować się niż kupować. Urzekł mnie stary wełniany łowicki pasiak i współczesne drewniane miski z Suchedniowa, a także niewielki ceramiczny durszlak - idealny na porzeczki.
7. Sady pod zamkiem. W sezonie warto się przejechać - można kupić wiśnie albo jabłka prosto z drzewa.
Chyba nie muszę Was przekonywać, że w wolny weekend warto zajrzeć do Czerska? Przydałyby się jakieś zdjęcia, niestety jak zwykle byłam bez aparatu.
Jak dojechać rowerem? Z Warszawy do Czerska nie jest daleko, od stacji metra Kabaty - około 30 km. Polecam kombinacje różnych szlaków pieszych i rowerowych, prowadzących między innymi przez urokliwy Konstancin i Lasy Chojnowskie. (Konstancin wymaga chyba osobnego omówienia na blogu, od jakiegoś czasu myślę o stworzeniu mini przewodnika po naszych okolicach.) Można też podjechać z Warszawy pociągiem podmiejskim na przykład do Czachówka Południowego - stąd do Czerska jest około 10 km, linia na Warkę/Radom.
PS. Przy okazji - to setny wpis na blogu.
Dziś przyświecał nam cel rekreacyjno-poznawczy, a pojechaliśmy stałą ekipą - Monika, Piotrek i ja. Na przestronnym dziedzińcu Zamku w Czersku przez całe lato można obejrzeć zrekonstruowane machiny oblężnicze. Wykonane według dawnych wzorów i podobno przy użyciu starodawnych technik. Wystawa jest skromna, zaledwie 8 obiektów, ale za to w skali 1:1 i wszystkiego można dotknąć. Brakuje trochę pokazów „jak to działa” czyli strzelania średniowiecznymi, 100-kilogramowymi pociskami w stronę okolicznych sadów. Być może wzbudziłoby to protesty mieszkańców, ale na pewno dobrze odstraszyło szpaki. ;)ATRAKCJE CZERSKA wg KRÓLIKA
1. Piękne położenie i widoki na dolinę Wisły.
2. Zamek i stary kościół - jeśli ktoś lubi zabytki. Zamek jest miejscem przyjaznym rowerzystom - nie tylko na jego teren można wejść z rowerem, ale wstęp dla rowerzystów jest wręcz tańszy! 10 zł bilet normalny, 7 zł bilet z rowerem!!! Na zamku atrakcje dla dzieci (kucyki, lody).
3. Kilka fantastycznych podjazdów na skarpę Wisły, które docenią zwłaszcza osoby rzetelnie trenujące. Omówię je szczegółowo. Tuż pod zamkiem podjazd szosowy (ulica Warszawska). Bliżej Góry Kalwarii (ulica Dolna) podjazd gruntowy, pośród sadów. Z kolei na zielonym szlaku wiodącym z Czerska na południe (ulica Pólko) dość wymagający podjazd po kocich łbach - wygląda strasznie, ale podjechać się da. (W okolicy znajduje się także wspaniały, kręty podjazd po kocich łbach w Górze Kalwarii na czerwonym szlaku, fragment Krwawej Pętli - ulica św. Antoniego.)
4. Przyjemny ryneczek z ławkami.
5. Na ryneczku knajpa w starej, drewnianej chałupie - polecam mój stały zestaw: świeżą, pieczoną w sąsiednim obejściu szarlotkę (rewelacja!), buraczki zasmażane, naleśniki z serem oraz herbatę zieloną „ryżową” - proście o kubki dla motocyklistów - napijecie się po uszy. Miejsce przyjazne rowerzystom - z zacienionym ogródkiem.
6. Niewielka galeria z wyrobami ludowymi, od różnych rzemieślników z Polski, o czym właścicielka chętnie opowiada. Wolę co prawda oglądać i inspirować się niż kupować. Urzekł mnie stary wełniany łowicki pasiak i współczesne drewniane miski z Suchedniowa, a także niewielki ceramiczny durszlak - idealny na porzeczki.
7. Sady pod zamkiem. W sezonie warto się przejechać - można kupić wiśnie albo jabłka prosto z drzewa.
Chyba nie muszę Was przekonywać, że w wolny weekend warto zajrzeć do Czerska? Przydałyby się jakieś zdjęcia, niestety jak zwykle byłam bez aparatu.
Jak dojechać rowerem? Z Warszawy do Czerska nie jest daleko, od stacji metra Kabaty - około 30 km. Polecam kombinacje różnych szlaków pieszych i rowerowych, prowadzących między innymi przez urokliwy Konstancin i Lasy Chojnowskie. (Konstancin wymaga chyba osobnego omówienia na blogu, od jakiegoś czasu myślę o stworzeniu mini przewodnika po naszych okolicach.) Można też podjechać z Warszawy pociągiem podmiejskim na przykład do Czachówka Południowego - stąd do Czerska jest około 10 km, linia na Warkę/Radom.
PS. Przy okazji - to setny wpis na blogu.
wtorek, 10 lipca 2012
Rocznicowo-rowerowo-mieszkaniowo-blogowo
Wczoraj niepostrzeżenie minęły dwa lata bloga, zarazem i mnie minął kolejny rok. Okazji do świętowania było więcej - 11. rocznica odbioru kluczy do własnego M i drugie urodziny mojego roweru (choć rower składałam tak długo, że trudno ustalić precyzyjną datę jego powstania).
Nie obyło się bez symbolicznego toastu, takim oto stylowym trunkiem, który wypatrzył Sahib. Do późna w nocy ciągnęła się dyskusja w doborowym towarzystwie o tym, co wspólnego ma rower z organicznymi winogronami, o motywacji na trasie, o technice zjeżdżania i podjeżdżania, o karbonowych rowerach, o profilach górskich ścieżek oraz o profilach... kałuż (specjalistką jest Monika, która bada temat osobiście i z poświęceniem - być może pod kątem wydania kiedyś monografii na ten temat, o czym nie omieszkam zawiadomić Szanownych Czytelników), o biegaczkach i biegaczach, o nawigacji oraz o muzyce.
Mam nadzieję, że tematów na kolejne lata nie zabraknie, w każdym razie kilka tekstów mam już w głowie. ;)
Nie obyło się bez symbolicznego toastu, takim oto stylowym trunkiem, który wypatrzył Sahib. Do późna w nocy ciągnęła się dyskusja w doborowym towarzystwie o tym, co wspólnego ma rower z organicznymi winogronami, o motywacji na trasie, o technice zjeżdżania i podjeżdżania, o karbonowych rowerach, o profilach górskich ścieżek oraz o profilach... kałuż (specjalistką jest Monika, która bada temat osobiście i z poświęceniem - być może pod kątem wydania kiedyś monografii na ten temat, o czym nie omieszkam zawiadomić Szanownych Czytelników), o biegaczkach i biegaczach, o nawigacji oraz o muzyce.
Mam nadzieję, że tematów na kolejne lata nie zabraknie, w każdym razie kilka tekstów mam już w głowie. ;)
niedziela, 17 czerwca 2012
Sny o dwóch kółkach
Miewacie sny o jeździe rowerem?
Ja mam, nawet często. Nie wiem, czy przebieram nogami przez sen (Sahibowi zdarza się biegać). W każdym razie są one przeważnie niepokojące i dramatyczne.
Najczęściej jestem na zawodach. Dostaję mapę, która nie przypomina nawet mapy z tegorocznego DyMnO. Topograficzna - owszem, ale bez żadnej logiki. Zazwyczaj sporo tam bagien, rzek bez mostków i lasów bez dróg. Mnóstwo punktów, do których nie wiadomo jak dotrzeć! Na domiar złego, gdy już wyruszam w trasę, zawsze przytrafia mi się jakaś awaria, a to łapię gumę, a to hamulce nie działają...
Całe szczęście, że rzeczywistość jest zwykle łaskawsza niż sny. :)
Obrazek na podstawie fotki Łukasza Wasiewicza (MTBO w Wesołej).
Ja mam, nawet często. Nie wiem, czy przebieram nogami przez sen (Sahibowi zdarza się biegać). W każdym razie są one przeważnie niepokojące i dramatyczne.
Najczęściej jestem na zawodach. Dostaję mapę, która nie przypomina nawet mapy z tegorocznego DyMnO. Topograficzna - owszem, ale bez żadnej logiki. Zazwyczaj sporo tam bagien, rzek bez mostków i lasów bez dróg. Mnóstwo punktów, do których nie wiadomo jak dotrzeć! Na domiar złego, gdy już wyruszam w trasę, zawsze przytrafia mi się jakaś awaria, a to łapię gumę, a to hamulce nie działają...
Całe szczęście, że rzeczywistość jest zwykle łaskawsza niż sny. :)
Obrazek na podstawie fotki Łukasza Wasiewicza (MTBO w Wesołej).
wtorek, 12 czerwca 2012
Krwawa Pętla - jakie mapy
Dziś już ostatni wpis o Krwawej Pętli. Tym razem praktyczne informacje dotyczące nawigacji na Warszawskiej Obwodnicy Turystycznej. Być może informacje te przydadzą się komuś podczas wspólnego przejazdu organizowanego przez OGR. To już w najbliższy weekend, 16 czerwca o 5.00 rano, start z Otwocka.
Wcześniej już wspominałam, że jechałyśmy z Moniką jednocześnie korzystając z tracków GPS (które przygotowała i obsługiwała Monika) oraz z kilku map, którymi z kolei zajmowałam się ja. Mapy były między innymi odpowiednio poprzycinane (żeby nie wozić zbyt dużo), były na nich zaznaczone markerem wszystkie miejsca, w których track różnił się od przebiegu szlaku na mapie, miejsca trudne orientacyjnie, punkty kontrolne itp. Moim zdaniem warto przed wyruszeniem na tę trasę popytać, poczytać, pooglądać tracki (ideałem jest przejechać niektóre fragmenty wcześniej!), żeby później, już w terenie, nie tracić czasu. Oczywiście nikt nam nie urwie głowy, jeśli skręcimy uliczkę za wcześnie albo kawałek przejedziemy lasem równolegle do szlaku. No ale robimy to dla własnej satysfakcji, więc pewnie każdy ma ambicję, żeby jego przejazd był „jak najczystszy” czyli jak najbardziej zgodny ze szlakiem.
Szlak jest, wbrew pozorom, dość dobrze oznaczony na drzewach i obiektach. W zasadzie te znaki powinny być podstawą przejazdu, ale są miejsca, gdzie jest to bezsensowne (np. pole, o tym za chwilę). Bywa też kłopotliwe nocą. GPS i mapa dobrze uzupełniają się na tej trasie, choć jeśli ktoś ma wprawę w posługiwaniu się mapą, to poradzi sobie z samą papierową mapą.
Jakie mapy miałyśmy na trasie? Taką zbieraninę z szuflady:
„Mazowiecki Park Krajobrazowy” 1:50000 wyd. Compass
„Okolice Warszawy wschód" 1:75000 wyd. Demart
„Mapa turystyczna powiatu Legionowskiego” 1:40000 na podkładzie wyd. Compass
„Kampinoski Park Narodowy” 1:45000 wyd. Compass (starsze wydanie)
Mapa z zawodów Waypointrace 2008 1:75000 na podkładzie wyd. Demart
Z powyższych map najwyżej oceniam mapy Compassu z powodu najlepszej skali, dobrego przebiegu szlaku i ogólnej aktualności. O ile do jazdy po szosach i drogach wystarcza nawet skala 1:100000, to już przy pokrętnym przebiegu szlaku, głównie lasami, skala w okolicach 1:50000 wydaje się optymalna. Po przejechaniu Krwawej Pętli zwróciłam się zatem do firmy Compass o udostępnienie mi kompletu aktualnie wydawanych map okolic Warszawy i zaproponowałam aktualizację przebiegu szlaku. Przesyłka właśnie do mnie dotarła (to te ładne mapy na pierwszym zdjęciu). Serdecznie dziękuję!
Uczestnikom rozmaitych maratonów na orientację i rajdów przygodowych nie trzeba przedstawiać wydawnictwa Compass. Miałam także przyjemność uczestniczyć w imprezach organizowanych przez samo wydawnictwo i za każdym razem mapy były doskonałe - aktualne, dokładne, dodatkowo aktualizowane w okolicach punktów kontrolnych.
Mapy, które otrzymałam z Compassu i jaki fragment Krwawej Pętli obejmują (po rozłożeniu na podłodze zajmują cały pokój, a 3 z nich są dwustronne!):
„Południowo-wschodnie okolice Warszawy” 1:50000 - Zalesie Górne - Otwock - Rembertów - Zielonka
„Północno-wschodnie okolice Warszawy” 1:50000 - Rembertów - Zielonka - Chotomów - Nowy Dwór Mazowiecki (Modlin) - Czeczotki
„Kampinoski Park Narodowy” 1:50000 - Chotomów - Nowy Dwór Mazowiecki (Modlin) - Puszcza Kampinoska - Zaborów - Czubin
„Południowe okolice Warszawy” 1:50000 - Karolin - Zalesie Górne - Otwock - Rembertów
Brakuje niestety fragmentu Czubin - Brwinów - Podkowa Leśna - Karolin (w tej chwili wydawnictwo nie ma w ofercie mapy obejmującej ten teren). Bardzo wygodna jest natomiast jednolita skala map. To znacznie ułatwia nawigację!
Pamiętajmy, że praktycznie żadna mapa nie jest w pełni aktualna w momencie wydania. Zwłaszcza na terenach podmiejskich, rozbudowujących się, zmieniają się kategorie dróg, zasięgi lasów, zabudowy itp. Znikają nawet pomniki, o czym przekonałyśmy się w Czubinie. :) Wydawnictwa kartograficzne są zwykle otwarte na aktualizacje przysyłane przez samych użytkowników i warto, zwłaszcza na „swoim” terenie takie informacje kompletować i przesyłać do redaktorów. Sama pracowałam kiedyś w wydawnictwie kartograficznym i pamiętam, ile mieliśmy problemów właśnie z przebiegami szlaków...
Oto lista miejsc z niezgodnościami szlak/mapa. Są to zaledwie 4 miejsca na przestrzeni 250 km, co należy uznać za doskonały wynik!
1. Otwock Wielki - na zielono zaznaczyłam aktualny przebieg szlaku na zachód od szosy (jest tam droga gruntowa). Na wschód od szosy prawdopodobnie jest on dobrze oznaczony, tj. mapa gra z terenem, tyle że w terenie jest tam obsiane pole (z daleka widać znak szlaku na słupie na środku pola)... Musiał zmienić się przebieg miedz. W każdym razie ten fragment jest w różny sposób objeżdżany, na różowo i granatowo zaznaczyłam 2 alternatywne przejazdy, my jechałyśmy różowym.
2. Rembertów - szlak ma tutaj dwa warianty przebiegu od stacji
kolejowej na północ. Wersja zaznaczona na mapie to dawny przebieg szlaku
- obecnie znaki są częściowo zatarte lub zamalowane. Nowy przebieg to
główna ulica - Paderewskiego i tu są nowe znaki szlaku, zaznaczyłam na
zielono. Ulica jest dość ruchliwa, więc polecam starszą wersję - my tak
pojechałyśmy.
3. Suchocin/Skierdy. Szlak został odnowiony i namalowany na nowo. Nowy przebieg zaznaczyłam na zielono. Jest to zresztą wersja, którą już jeżdżono Krwawą Pętlę. Wzdłuż ul. Modlińskiej jest ścieżka rowerowa.
4. Sękocin. W wielu relacjach z Krwawej Pętli spotykam się z opisem przeskakiwania przez barierki na Szosie Krakowskiej czyli drodze krajowej nr 7. Tymczasem szlak jest od jakiegoś już czasu poprowadzony przez skrzyżowanie. Przebieg zaznaczyłam na zielono. Po zachodniej stronie, niedaleko skrzyżowania zostało w tym roku wycięte niewielkie gniazdo w lesie na tyłach IBL, można jego skrajem dojść do szosy i poboczem dojechać do przystanku. Po wschodniej stronie szlak prowadzi równolegle do czarnego, jedną ścieżkę dalej.
Wcześniej już wspominałam, że jechałyśmy z Moniką jednocześnie korzystając z tracków GPS (które przygotowała i obsługiwała Monika) oraz z kilku map, którymi z kolei zajmowałam się ja. Mapy były między innymi odpowiednio poprzycinane (żeby nie wozić zbyt dużo), były na nich zaznaczone markerem wszystkie miejsca, w których track różnił się od przebiegu szlaku na mapie, miejsca trudne orientacyjnie, punkty kontrolne itp. Moim zdaniem warto przed wyruszeniem na tę trasę popytać, poczytać, pooglądać tracki (ideałem jest przejechać niektóre fragmenty wcześniej!), żeby później, już w terenie, nie tracić czasu. Oczywiście nikt nam nie urwie głowy, jeśli skręcimy uliczkę za wcześnie albo kawałek przejedziemy lasem równolegle do szlaku. No ale robimy to dla własnej satysfakcji, więc pewnie każdy ma ambicję, żeby jego przejazd był „jak najczystszy” czyli jak najbardziej zgodny ze szlakiem.Szlak jest, wbrew pozorom, dość dobrze oznaczony na drzewach i obiektach. W zasadzie te znaki powinny być podstawą przejazdu, ale są miejsca, gdzie jest to bezsensowne (np. pole, o tym za chwilę). Bywa też kłopotliwe nocą. GPS i mapa dobrze uzupełniają się na tej trasie, choć jeśli ktoś ma wprawę w posługiwaniu się mapą, to poradzi sobie z samą papierową mapą.
Jakie mapy miałyśmy na trasie? Taką zbieraninę z szuflady:
„Mazowiecki Park Krajobrazowy” 1:50000 wyd. Compass
„Okolice Warszawy wschód" 1:75000 wyd. Demart
„Mapa turystyczna powiatu Legionowskiego” 1:40000 na podkładzie wyd. Compass
„Kampinoski Park Narodowy” 1:45000 wyd. Compass (starsze wydanie)
Mapa z zawodów Waypointrace 2008 1:75000 na podkładzie wyd. Demart
Z powyższych map najwyżej oceniam mapy Compassu z powodu najlepszej skali, dobrego przebiegu szlaku i ogólnej aktualności. O ile do jazdy po szosach i drogach wystarcza nawet skala 1:100000, to już przy pokrętnym przebiegu szlaku, głównie lasami, skala w okolicach 1:50000 wydaje się optymalna. Po przejechaniu Krwawej Pętli zwróciłam się zatem do firmy Compass o udostępnienie mi kompletu aktualnie wydawanych map okolic Warszawy i zaproponowałam aktualizację przebiegu szlaku. Przesyłka właśnie do mnie dotarła (to te ładne mapy na pierwszym zdjęciu). Serdecznie dziękuję!
Uczestnikom rozmaitych maratonów na orientację i rajdów przygodowych nie trzeba przedstawiać wydawnictwa Compass. Miałam także przyjemność uczestniczyć w imprezach organizowanych przez samo wydawnictwo i za każdym razem mapy były doskonałe - aktualne, dokładne, dodatkowo aktualizowane w okolicach punktów kontrolnych.
Mapy, które otrzymałam z Compassu i jaki fragment Krwawej Pętli obejmują (po rozłożeniu na podłodze zajmują cały pokój, a 3 z nich są dwustronne!):„Południowo-wschodnie okolice Warszawy” 1:50000 - Zalesie Górne - Otwock - Rembertów - Zielonka
„Północno-wschodnie okolice Warszawy” 1:50000 - Rembertów - Zielonka - Chotomów - Nowy Dwór Mazowiecki (Modlin) - Czeczotki
„Kampinoski Park Narodowy” 1:50000 - Chotomów - Nowy Dwór Mazowiecki (Modlin) - Puszcza Kampinoska - Zaborów - Czubin
„Południowe okolice Warszawy” 1:50000 - Karolin - Zalesie Górne - Otwock - Rembertów
Brakuje niestety fragmentu Czubin - Brwinów - Podkowa Leśna - Karolin (w tej chwili wydawnictwo nie ma w ofercie mapy obejmującej ten teren). Bardzo wygodna jest natomiast jednolita skala map. To znacznie ułatwia nawigację!
Pamiętajmy, że praktycznie żadna mapa nie jest w pełni aktualna w momencie wydania. Zwłaszcza na terenach podmiejskich, rozbudowujących się, zmieniają się kategorie dróg, zasięgi lasów, zabudowy itp. Znikają nawet pomniki, o czym przekonałyśmy się w Czubinie. :) Wydawnictwa kartograficzne są zwykle otwarte na aktualizacje przysyłane przez samych użytkowników i warto, zwłaszcza na „swoim” terenie takie informacje kompletować i przesyłać do redaktorów. Sama pracowałam kiedyś w wydawnictwie kartograficznym i pamiętam, ile mieliśmy problemów właśnie z przebiegami szlaków...
Oto lista miejsc z niezgodnościami szlak/mapa. Są to zaledwie 4 miejsca na przestrzeni 250 km, co należy uznać za doskonały wynik!
1. Otwock Wielki - na zielono zaznaczyłam aktualny przebieg szlaku na zachód od szosy (jest tam droga gruntowa). Na wschód od szosy prawdopodobnie jest on dobrze oznaczony, tj. mapa gra z terenem, tyle że w terenie jest tam obsiane pole (z daleka widać znak szlaku na słupie na środku pola)... Musiał zmienić się przebieg miedz. W każdym razie ten fragment jest w różny sposób objeżdżany, na różowo i granatowo zaznaczyłam 2 alternatywne przejazdy, my jechałyśmy różowym.
2. Rembertów - szlak ma tutaj dwa warianty przebiegu od stacji
kolejowej na północ. Wersja zaznaczona na mapie to dawny przebieg szlaku
- obecnie znaki są częściowo zatarte lub zamalowane. Nowy przebieg to
główna ulica - Paderewskiego i tu są nowe znaki szlaku, zaznaczyłam na
zielono. Ulica jest dość ruchliwa, więc polecam starszą wersję - my tak
pojechałyśmy.3. Suchocin/Skierdy. Szlak został odnowiony i namalowany na nowo. Nowy przebieg zaznaczyłam na zielono. Jest to zresztą wersja, którą już jeżdżono Krwawą Pętlę. Wzdłuż ul. Modlińskiej jest ścieżka rowerowa.
4. Sękocin. W wielu relacjach z Krwawej Pętli spotykam się z opisem przeskakiwania przez barierki na Szosie Krakowskiej czyli drodze krajowej nr 7. Tymczasem szlak jest od jakiegoś już czasu poprowadzony przez skrzyżowanie. Przebieg zaznaczyłam na zielono. Po zachodniej stronie, niedaleko skrzyżowania zostało w tym roku wycięte niewielkie gniazdo w lesie na tyłach IBL, można jego skrajem dojść do szosy i poboczem dojechać do przystanku. Po wschodniej stronie szlak prowadzi równolegle do czarnego, jedną ścieżkę dalej.
niedziela, 10 czerwca 2012
Bike Orient i wesoła mapa
Odkryłam, że można przez całą trasę kogoś gonić, jednocześnie będąc gonionym. Tak to właśnie Pawrozik gonił Królika, a Królik - Pawrozika. Na koniec połączyli siły, by pruć asfaltem z wiatrem w kaskach i razem wpaść na metę. Cudownie!
Motywujące były obie przesympatyczne i szybkie siostry Skompskie - Ania i Basia, z którymi na koniec zajęłyśmy wyimaginowane pudło, otrzymując cenne nagrody w postaci ręcznie wykonanych kwiatów oraz licznych map i wydawnictw. Ania była najszybszą osobą w kategorii startujących w polarku. ;)
Pierwszy raz bodajże od dwóch lat udało mi się przejechać całą zaprojektowaną przez organizatora tego typu zawodów trasę - szok. Dostałam wegetariańską wersję obiadu - ryż z jabłkiem i śmietaną, co nie zawsze się zdarza. Smakował znakomicie.
Co do samej trasy - były na niej nie tylko krzaki, ale też rowy z błotem, zwiedzanie zaplecza autostrady A2, którą otwarto specjalnie z okazji Bike Orient, żeby zawodnicy mogli szybko dojechać na zawody. Były ambony, górki, sarna, osty, pokrzywy, pomocni tubylcy („tutaj, tutaj, wszyscy koledzy tędy jechali!”). Czyli cała esencja tego typu jazdy.
Na mecie emocje wywołało analizowanie mapy, na której obok tradycyjnych nazw jak Trakt Bolimowski albo Białe Błota pojawiły się: Śmiejowa Droga, Las Buciaka, Brudło, Trakt Wikiego, Góra Sylwi, Boberowy strumień, Norka Kosmy i wiele, wiele innych. Mała rzecz, a ile radości. Gratuluję pomysłu!
Mój osiąg: 6.49 h, 111,9 km na kłamliwym liczniku. Powinnam w końcu go skalibrować, tak jak to robi Grzesiek L., który podobno przejeżdża tysiąc razy odcinek kilometrowy, wyciąga średnią, uwzględnia malejące ciśnienie w oponach, ścieranie się opon, temperaturę i być może jeszcze inne wskaźniki. No dobra, może nie tysiąc, tylko sto. ;) Ja raczej poprzestanę na domowych sposobach. Co prawda łatwo zmierzyć obwód koła, trudniej przypomnieć sobie, jak się go zapisuje w liczniku, do którego instrukcja zaginęła w odmętach historii...
Moja niezbyt trafna kolejność punktów: start-1-3-11-17-14-10-2-8-9-7-4-6-5-13-20-15-18-19-12-16-meta. Prawie o każdym z punktów mogłabym napisać, że przedzierałam się doń przez krzaki, rowy, pojechałam za daleko itp. Ale naprawdę nie ma się czym chwalić.
Strona zawodów
niedziela, 3 czerwca 2012
Krwawa Pętla - wywiad z samym sobą
Kolejny wpis o Krwawej Pętli? Króliku, litości!
Czy było nam dane spożyć te smakowite, lekko przypalone rogaliki? Czy ryba była delfinem? Czy Królik lubi gotować i co prześladowało go w dzieciństwie? - te wszystkie jakże frapujące kwestie wkrótce zostaną rozwiązane. Dzisiejszy wpis jest wyjątkowy. UWAGA! Po raz pierwszy na moim blogu wypowiada się Monika - nieco tajemnicza postać, która przewinęła się dotąd przez wiele opowieści. Odpowiedzi każda z nas pisała jak na klasówce, samodzielnie, bez podglądania, więc o niektórych rzeczach dowiedziałam się dopiero teraz. A poza tym nie ma to, jak megalomańskie robienie wywiadu z samym sobą, hej!
DLACZEGO POJECHAŁAŚ NA KRWAWĄ PĘTLĘ?
Monika: Głowię się nad jakąś inteligentną odpowiedzią w stylu „chciałam sprawdzić granicę moich możliwości”, a w tak naprawdę, gdy Ula zaszczepiła mi pomysł w 2010 roku, to bardzo mi się spodobał. W zeszłym roku dojrzewał - a teraz po prostu nadszedł jego czas.
Ula: Jak to dlaczego? Wyrwałam się na całą sobotę, aby uniknąć domowych obowiązków. Powiedzmy sobie szczerze - chyba lepiej jechać na rowerze przez dwadzieścia parę godzin niż odkurzać albo gotować krupnik. Kto jest za - ręka do góry! Jednocześnie chciałabym podkreślić, że jestem amatorem jazdy na rowerze, a zgodnie z definicją słownikową „amator to ten, kto zajmuje się czymś z upodobania, lubiący coś; miłośnik, zwolennik”. Nic dodać, nic ująć.
NAJWIĘKSZE ZASKOCZENIE?
Monika: Największym zaskoczeniem było to, że po 100 km trzeszczenia mój rower się wytrzeszczał i ucichł. Do tej pory nie trzeszczy!!! Nie wiem, co o tym myśleć. Spodziewałam się też, że będziemy prowadzić dyskusje w stylu „czy w prawo czy w lewo”, co mówi mapa, a co GPS, ale fajnie się zgrałyśmy i nawigacja okazała się prosta.
Ula: To już? Ledwo się rozpędziłyśmy, a już meta!
SUPER CHWILA?
Monika: Cała nasza wyprawa była super. Zjazd po kostce w Górze Kalwarii, łąki nadwiślańskie i kwiaty na wale przy Otwocku Wielkim o 7:00 rano (nawet mokre od rosy buty nie przeszkadzały), ścieżki w Mazowieckim PK, rynek w Nieporęcie, szybki Kampinos, rabatki w Łaźniewie w zachodzącym słońcu (chyba muszę popracować nad moim ogródkiem ;-)), wiata z siedmioma podporami i imprezą, itp. itp. - po prostu wszystko zagrało.
Ula: Podobało mi się, gdy w Nieporęcie siadłyśmy sobie na ławce i wytrzepałam piasek ze skarpetek. Był to prawdziwy, sielankowy, majowy piknik, będący jednocześnie takim backpakerskim podglądaniem życia miejscowej ludności. Na przykład tuż za naszymi plecami para młoda ładowała się właśnie do limuzyny. Kto wie, może nawet załapałyśmy się na sweet focie?
NAJCIEKAWSZE SPOTKANIE?
Monika: Zdecydowanie WIELKA RYBA, która objawiła się nam w moście w Modlinie. Skakała jak delfin po falach Narwi.
Ula: Nie było nudnych spotkań. Było ich po drodze tak mało, że każde było ciekawe. Na przykład seks-amator w kaloszach, Podkowianie spod wiaty (wymówcie to szybko), no i nasi koledzy: Bartek i Sahib. Ten ostatni to nawet kolega-mąż.
ULUBIONY KAWAŁEK SZLAKU?
Monika: Mam dwóch faworytów: Mazowiecki PK - a w szczególności Mienia (tu można poczuć legendarny flow) oraz Kampinos - żółty szlak w północnej części Kampinosu. Bardzo podobały mi się kawałki szlaku biegnące single-trackami, które były zarówno w MPK, Kampinosie oraz w lesie w okolicy Sękocina.
Ula: Każdy jest ulubiony, bo każdy jest inny. Gdyby to było 240 km asfaltu, to by było nudno. Gdyby było 240 km drogi leśnej tuż po trzebieży - też by było nudno. Gdyby było 240 km bagien, to wzięłybyśmy kajaki, a nie rowery. A tak, to co krok - niespodzianka!
ZNIENAWIDZONY KAWAŁEK SZLAKU?
Monika: Lasy w okolicy Nieporętu - strasznie duuuużo piachu!
Ula: Podejrzewam, że Monika jako ulubiony kawałek wpisze „Szlak wzdłuż rzeczki Mieni” [zgadłam!]. Bartek też go uwielbia. W takim razie, ja dla równowagi napiszę, że go nie lubię. Urokliwy jest, to fakt, nawet spotkałam tam wiewiórkę. Ale zawsze się boję, że na śmierć walnę się w głowę albo wpadnę do rzeki. A Monika? Ona jest kamikadze i wyznaje zasadę: „Im szybciej się jedzie, tym mniej przeszkód się widzi".
MIEJSCE GROZY / NAJWYŻSZE HRmax?
Monika: No wiadomo co - oczywiście stado warchlaków pod Magdalenką. Jakoś tak nagle wychynęły w świetle lampki tuż przed rowerem, gdzieś mi się kołatało w głowie, że zaraz mnie zaatakuje szarżująca locha i muszę szybko uciekać z tego miejsca oraz robić hałas, aby je przestraszyć. Przy okazji Ula też się trochę przestraszyła, ale warchlaki uciekły (nie wspominając o losze).
Ula: Zdecydowanie o północy, gdy zbliżałyśmy się do olbrzymiej nekropolii w Antoninowie, a jadąca z przodu Monika zaczęła gnać i krzyczeć „uciekaj, szybko, szybko!!!” Serce skoczyło mi do gardła, a tętno na pewno powyżej 200. W wyobraźni widziałam coś na kształt tych strasznych wilków z „Akademii Pana Kleksa”, które prześladowały mnie przez całe trudne dzieciństwo.
NAJWIĘKSZY KRYZYS / TRUDNY MOMENT?
Monika: Kryzys: Kampinos - zaczął się już przy moim ulubionym Szczeblu i trwał do Leszna, apogeum w okolicy Julinka. Ciekawe, że obiektywnie szlak był bardzo fajny, szybki i prawie bez piachu. Trudny moment: to wtedy, gdy nie znalazłyśmy baru w MPK, który polecał nam Tomek. Straszne rozczarowanie. Chyba za szybko mknęłyśmy. Zobaczcie, co nas minęło (załączam zdjęcie z MMS-a - sorry za jakość).
Ula: W Podkowie, a więc 35 km przed metą pojechałyśmy złą uliczką. Tak ze 200 m za daleko, w dodatku przeze mnie, bo uparłam się, że mapa po ciemku jest na pewno lepsza niż podświetlony GPS Moniki. Pomyślałam sobie potem - cholera, to nas chyba zdyskwalifikuje! Trzeba będzie jechać drugi raz!
MOTYWACJA W TRAKCIE?
Monika: Przez pierwszą część dnia pędziłam, bo obawiałam się jechać w Kampinosie po zmierzchu i chciałam dotrzeć do Modlina do 18:00. Potem motywował mnie pomysł wizyty w Werandzie w Podkowie (szkoda, że zabrakło tortu bezowego).
Ula: Prawdę mówiąc, przy życiu trzymała mnie tylko wizja zacierek z groszkiem i kozim serem, wizja przybierająca coraz bardziej realną postać podczas ostatnich 200 km trasy, a zrealizowana dopiero w niedzielę.
ULUBIONE KALORIE NA TRASIE?
Monika: Czeski batonik Voltage Energy Cake (odkrycie z Rudawskiej Wyrypy), ciasteczka na rynku w Nieporęcie.
Ula: Pomarańcze! Na trasie zjadłam tylko dwie, dopiero w Kampinosie, ale myślałam o nich od początku. Potem w niedzielę kupiłam sobie jeszcze dwa kilo, żeby się delektować. A teraz polecam taki eksperyment - włóżcie sobie po pomarańczy do każdej kieszeni Waszej kolarskiej koszulki i zapytajcie kogoś - najlepiej wielbiciela kreskówek - co mu to przypomina. Odważni mogą kompozycję uzupełnić kilkoma bananami.
Czy było nam dane spożyć te smakowite, lekko przypalone rogaliki? Czy ryba była delfinem? Czy Królik lubi gotować i co prześladowało go w dzieciństwie? - te wszystkie jakże frapujące kwestie wkrótce zostaną rozwiązane. Dzisiejszy wpis jest wyjątkowy. UWAGA! Po raz pierwszy na moim blogu wypowiada się Monika - nieco tajemnicza postać, która przewinęła się dotąd przez wiele opowieści. Odpowiedzi każda z nas pisała jak na klasówce, samodzielnie, bez podglądania, więc o niektórych rzeczach dowiedziałam się dopiero teraz. A poza tym nie ma to, jak megalomańskie robienie wywiadu z samym sobą, hej!
DLACZEGO POJECHAŁAŚ NA KRWAWĄ PĘTLĘ?
Monika: Głowię się nad jakąś inteligentną odpowiedzią w stylu „chciałam sprawdzić granicę moich możliwości”, a w tak naprawdę, gdy Ula zaszczepiła mi pomysł w 2010 roku, to bardzo mi się spodobał. W zeszłym roku dojrzewał - a teraz po prostu nadszedł jego czas.
Ula: Jak to dlaczego? Wyrwałam się na całą sobotę, aby uniknąć domowych obowiązków. Powiedzmy sobie szczerze - chyba lepiej jechać na rowerze przez dwadzieścia parę godzin niż odkurzać albo gotować krupnik. Kto jest za - ręka do góry! Jednocześnie chciałabym podkreślić, że jestem amatorem jazdy na rowerze, a zgodnie z definicją słownikową „amator to ten, kto zajmuje się czymś z upodobania, lubiący coś; miłośnik, zwolennik”. Nic dodać, nic ująć.
NAJWIĘKSZE ZASKOCZENIE?
Monika: Największym zaskoczeniem było to, że po 100 km trzeszczenia mój rower się wytrzeszczał i ucichł. Do tej pory nie trzeszczy!!! Nie wiem, co o tym myśleć. Spodziewałam się też, że będziemy prowadzić dyskusje w stylu „czy w prawo czy w lewo”, co mówi mapa, a co GPS, ale fajnie się zgrałyśmy i nawigacja okazała się prosta.
Ula: To już? Ledwo się rozpędziłyśmy, a już meta!
SUPER CHWILA?
Monika: Cała nasza wyprawa była super. Zjazd po kostce w Górze Kalwarii, łąki nadwiślańskie i kwiaty na wale przy Otwocku Wielkim o 7:00 rano (nawet mokre od rosy buty nie przeszkadzały), ścieżki w Mazowieckim PK, rynek w Nieporęcie, szybki Kampinos, rabatki w Łaźniewie w zachodzącym słońcu (chyba muszę popracować nad moim ogródkiem ;-)), wiata z siedmioma podporami i imprezą, itp. itp. - po prostu wszystko zagrało.
Ula: Podobało mi się, gdy w Nieporęcie siadłyśmy sobie na ławce i wytrzepałam piasek ze skarpetek. Był to prawdziwy, sielankowy, majowy piknik, będący jednocześnie takim backpakerskim podglądaniem życia miejscowej ludności. Na przykład tuż za naszymi plecami para młoda ładowała się właśnie do limuzyny. Kto wie, może nawet załapałyśmy się na sweet focie?
NAJCIEKAWSZE SPOTKANIE?
Monika: Zdecydowanie WIELKA RYBA, która objawiła się nam w moście w Modlinie. Skakała jak delfin po falach Narwi.
Ula: Nie było nudnych spotkań. Było ich po drodze tak mało, że każde było ciekawe. Na przykład seks-amator w kaloszach, Podkowianie spod wiaty (wymówcie to szybko), no i nasi koledzy: Bartek i Sahib. Ten ostatni to nawet kolega-mąż.
ULUBIONY KAWAŁEK SZLAKU?
Monika: Mam dwóch faworytów: Mazowiecki PK - a w szczególności Mienia (tu można poczuć legendarny flow) oraz Kampinos - żółty szlak w północnej części Kampinosu. Bardzo podobały mi się kawałki szlaku biegnące single-trackami, które były zarówno w MPK, Kampinosie oraz w lesie w okolicy Sękocina.
Ula: Każdy jest ulubiony, bo każdy jest inny. Gdyby to było 240 km asfaltu, to by było nudno. Gdyby było 240 km drogi leśnej tuż po trzebieży - też by było nudno. Gdyby było 240 km bagien, to wzięłybyśmy kajaki, a nie rowery. A tak, to co krok - niespodzianka!
ZNIENAWIDZONY KAWAŁEK SZLAKU?
Monika: Lasy w okolicy Nieporętu - strasznie duuuużo piachu!
Ula: Podejrzewam, że Monika jako ulubiony kawałek wpisze „Szlak wzdłuż rzeczki Mieni” [zgadłam!]. Bartek też go uwielbia. W takim razie, ja dla równowagi napiszę, że go nie lubię. Urokliwy jest, to fakt, nawet spotkałam tam wiewiórkę. Ale zawsze się boję, że na śmierć walnę się w głowę albo wpadnę do rzeki. A Monika? Ona jest kamikadze i wyznaje zasadę: „Im szybciej się jedzie, tym mniej przeszkód się widzi".
MIEJSCE GROZY / NAJWYŻSZE HRmax?
Monika: No wiadomo co - oczywiście stado warchlaków pod Magdalenką. Jakoś tak nagle wychynęły w świetle lampki tuż przed rowerem, gdzieś mi się kołatało w głowie, że zaraz mnie zaatakuje szarżująca locha i muszę szybko uciekać z tego miejsca oraz robić hałas, aby je przestraszyć. Przy okazji Ula też się trochę przestraszyła, ale warchlaki uciekły (nie wspominając o losze).
Ula: Zdecydowanie o północy, gdy zbliżałyśmy się do olbrzymiej nekropolii w Antoninowie, a jadąca z przodu Monika zaczęła gnać i krzyczeć „uciekaj, szybko, szybko!!!” Serce skoczyło mi do gardła, a tętno na pewno powyżej 200. W wyobraźni widziałam coś na kształt tych strasznych wilków z „Akademii Pana Kleksa”, które prześladowały mnie przez całe trudne dzieciństwo.
NAJWIĘKSZY KRYZYS / TRUDNY MOMENT?
Monika: Kryzys: Kampinos - zaczął się już przy moim ulubionym Szczeblu i trwał do Leszna, apogeum w okolicy Julinka. Ciekawe, że obiektywnie szlak był bardzo fajny, szybki i prawie bez piachu. Trudny moment: to wtedy, gdy nie znalazłyśmy baru w MPK, który polecał nam Tomek. Straszne rozczarowanie. Chyba za szybko mknęłyśmy. Zobaczcie, co nas minęło (załączam zdjęcie z MMS-a - sorry za jakość).
Ula: W Podkowie, a więc 35 km przed metą pojechałyśmy złą uliczką. Tak ze 200 m za daleko, w dodatku przeze mnie, bo uparłam się, że mapa po ciemku jest na pewno lepsza niż podświetlony GPS Moniki. Pomyślałam sobie potem - cholera, to nas chyba zdyskwalifikuje! Trzeba będzie jechać drugi raz!
MOTYWACJA W TRAKCIE?
Monika: Przez pierwszą część dnia pędziłam, bo obawiałam się jechać w Kampinosie po zmierzchu i chciałam dotrzeć do Modlina do 18:00. Potem motywował mnie pomysł wizyty w Werandzie w Podkowie (szkoda, że zabrakło tortu bezowego).
Ula: Prawdę mówiąc, przy życiu trzymała mnie tylko wizja zacierek z groszkiem i kozim serem, wizja przybierająca coraz bardziej realną postać podczas ostatnich 200 km trasy, a zrealizowana dopiero w niedzielę.
ULUBIONE KALORIE NA TRASIE?
Monika: Czeski batonik Voltage Energy Cake (odkrycie z Rudawskiej Wyrypy), ciasteczka na rynku w Nieporęcie.
Ula: Pomarańcze! Na trasie zjadłam tylko dwie, dopiero w Kampinosie, ale myślałam o nich od początku. Potem w niedzielę kupiłam sobie jeszcze dwa kilo, żeby się delektować. A teraz polecam taki eksperyment - włóżcie sobie po pomarańczy do każdej kieszeni Waszej kolarskiej koszulki i zapytajcie kogoś - najlepiej wielbiciela kreskówek - co mu to przypomina. Odważni mogą kompozycję uzupełnić kilkoma bananami.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















