Pokazywanie postów oznaczonych etykietą orientacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą orientacja. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 kwietnia 2012

Razem czy osobno?


Przy okazji Maratonu Terenowego Blisko Otwocka wspomniałam, że jechałyśmy wspólnie z Moniką i miałam wrażenie, że coraz lepiej współpracujemy na trasie. Gdy wracałyśmy do domu, Monika namówiła mnie, żebym napisała coś o wadach i zaletach wspólnej jazdy na tego typu zawodach. Startowałam zarówno samotnie, jak i z różnymi osobami. Czasem było to zaplanowane, czasem zupełnie spontaniczne - ot, spotkanie na trasie, które owocowało dalszym wspólnym napieraniem. Miałam przyjemność oglądać w akcji naprawdę wyśmienitych nawigatorów, zarówno na zawodach rowerowych, jak i pieszych. Jednak poniższy tekst dotyczy głównie długodystansowych zawodów rowerowych na orientację.

Regulaminy imprez rowerowych z cyklu PPM nie zakazują wspólnej jazdy. Jest ona jak najbardziej dozwolona (na Odysei istniała nawet konieczność startu w parach) i powiedzmy sobie szczerze - dla zawodników traktujących te zawody przede wszystkim jako dobrą zabawę i towarzyski piknik - to właśnie stanowi o uroku tego typu imprez. Według mnie bardzo fajne jest to, że obok „samotnych wilków” pokonujących trasę po optymalnych wariantach ze średnią powyżej 20 km/h można spotkać grupy znajomych, którzy właśnie znaleźli wspólnie punkt kontrolny, wyciągają z plecaków kanapki i pstrykają zdjęcia, korzystając ze słoneczka i pięknego krajobrazu. W takiej ekipie nawet wspólne łatanie dętki albo zgubienie się w lesie jest wesołą przygodą. I niech tak będzie. Myślę, że ci ostatni znają odpowiedź i mogą nie czytać przydługiej reszty - razem weselej, zabawniej, bezpieczniej.

Jeśli ktoś chce się jednak ścigać, to mogą go najść słuszne wątpliwości - razem czy z partnerem? A jeśli „z”, to z kim? Tekst podzieliłam na kilka aspektów i są to raczej luźne rozważania niż odpowiedź na tytułowe pytanie.

Partner
Jeśli decydujemy się na wspólną jazdę, to wybór partnera jest kluczowym zagadnieniem. Musi to być ktoś, kogo choć pobieżnie znamy - wiemy, jakie ma możliwości fizyczne, umiejętności nawigacyjne. Jednocześnie ktoś, z kim układ będzie jasny - w razie czego rozdzielamy się i każdy jedzie na swój wynik. Musimy mieć pewność, że jest to osoba, która poradzi sobie wówczas sama (oczywiście nie piszę tu o ekstremalnych sytuacjach w rodzaju poważnej kontuzji - w takiej sytuacji chyba każdy wie, co robić). Jeśli jest to ktoś, kogo znamy z treningów albo życiowy partner - to tym lepiej. Łatwiej wtedy zgrać tempo, nawigację, zrozumieć nastroje i kryzysy, które po kilku godzinach pojawią się po kilku godzinach. Można wyczuć, kiedy partner traci koncentrację nad mapą, a nawet zasypia, kiedy trzeba zwolnić, a kiedy wziąć go na ambicję. Jazda z przypadkową osobą jest pod tym względem trudniejsza. Zawody są dla wielu osób sytuacją ekstremalną, stresującą. Jednocześnie zmęczenie, konieczność koncentracji, różne mniejsze i większe błędy nawigacyjne łatwo mogą spowodować wybuch, nawet u miłego kolegi, z którym wcześniej świetnie dogadywaliśmy się na treningach. Warto być psychicznie przygotowanym na to, że można kogoś poznać od tej „ciemniejszej” strony.

Styl jazdy, wytrzymałość
Każdy z nas ma nieco inny rytm na zawodach, związany z predyspozycjami, stylem swojej jazdy. Jedni szybko zaczynają, ale po jakimś czasie dopada ich kryzys. Inni jadą bardziej asekurancko, zawsze poniżej możliwości, ale za to równym tempem, a jeszcze stać ich na ostry finisz. Jedni to typowi „górale” i wolą podjechać 100 metrów, inni objadą nadkładając 5 km. Ktoś woli przez piach, ale krócej, inny dłużej, za to asfaltem. Czasem na wybór drogi wpływa sam sprzęt. Dlatego im większa grupa, tym będzie jechała mniej efektywnie, w końcu na każdym odcinku ten najwolniejszy stanowi o prędkości takiego peletonu.
Warto też nie dać się zajechać na początku, jeśli partner jest dużo mocniejszy.

Kryzysy
Czy w takim razie w ogóle jazda z drugą osobą ma sens? Według mnie tak. Słabszy będzie jednak się motywował i starał nadążyć. Nasze możliwości są często większe niż nam się wydaje, a druga osoba potrafi niesamowicie zmotywować. Poza tym kryzysy pojawiają się u różnych osób w innych momentach, więc takie „ciągnięcie się” na zmianę ma sens! Dochodzi do tego już typowo fizyczna pomoc, jak jazda na kole albo wspólne pokonywanie niezamierzonych przeszkód terenowych, jak strumyki, zwalone pnie, jary - o ile łatwiejsze, gdy ktoś pomoże, poda rowery.
Negatywny aspekt wspólnej jazdy jest taki, że gdy towarzysz z jakiegoś powodu rezygnuje, może się pojawić pokusa, żeby zrobić to samo.

Tempo
Na tempo wpływają wszystkie dodatkowe czynności (wyciąganie jedzenia, podbijanie punktu, przekładanie mapy, podnoszenie siodełka i tak, nawet sikanie), więc warto być zgranym. Dwie osoby wydają mi się optymalną grupą, jeśli chodzi o szybkość (choć zdarzają się wyjątki - bardzo szybkie kilkuosobowe peletony mocnych zawodników, spośród których tylko jeden nawiguje, a reszta nadaje tempo).

Charakter
Nie każdy jest w stanie znieść dłużej towarzystwo innej osoby, rozmowy, narzekania, dyskusje nad mapą, żarty. Niektórych to dekoncentruje i męczy. Są też tacy, którzy nie lubią jeździć samotnie, a nad mapą wręcz uwielbiają dyskutować w trakcie jazdy. Wiele zależy od charakteru i podzielności uwagi. Z drugiej strony taka wspólna jazda rozwija pewne społeczne cechy, co można uznać za zaletę. Jak w życiu. ;)

Koncentracja
Warto wspomnieć tu o tym, że gdy obie osoby nawigują, odpowiedzialność za sukces rozkłada się. Łatwo wtedy zdekoncentrować się, stracić kontrolę nad mapą i licznikiem. Jeśli przydarzy się to naraz obu zawodnikom, może ich spotkać przykra niespodzianka, łącznie ze zgubieniem się, przeoczeniem punktu itp.

Nawigacja
Ogromnie ważnym aspektem wspólnej jazdy jest nawigacja. Składa się na nią wybór trasy (w przypadku scorelaufu), wariantów przejazdu pomiędzy punktami, a następnie realizacji zamierzonej trasy w terenie. Wspólne nawigowanie stwarza wiele ciekawych możliwości, takich jak podział zadań (na przykład jedna osoba kontroluje mapę, druga podaje wskazania licznika, albo jedna z osób ma zawsze na wierzchu opisy punktów, albo - jak kiedyś na DyMnO - jedna z osób wkłada do mapnika szczegółowe mapki, druga mapę zwykłą). Niesie też niestety możliwość konfliktu, gdy pomysły są różne. Na ogół jednak burza mózgów jest tu zaletą. Obie osoby przedstawiają swoje pomysły, i o ile ich umiejętności i preferencje terenowe są podobne, szybko decydują, który pomysł jest lepszy. Ważna jest otwartość na improwizacje (nie zawsze udaje się zrealizować plan co do joty, mapy bywają koszmarnie nieaktualne), umiejętność odnajdywania się w terenie, wzajemne kontrolowanie się (na przykład na skrzyżowaniach, gdy trzeba zmierzyć odległość, warto sobie o tym nawzajem przypomnieć).
Jadąc samemu łatwiej improwizować i podejmować szybkie decyzje o zmianie wariantu.
Nie zawsze jest tak idealnie, że jedzie ze sobą dwójka nawigatorów o identycznych umiejętnościach. Może być tak, że jedna osoba lepiej wymyśla warianty, druga je realizuje. Wiem, że moją mocniejszą stroną jest realizacja wariantów w terenie, dlatego na etapie planowania przelotu między punktami staram się słuchać Moniki albo Sahiba. Oboje mają bardzo fajne pomysły, które nie raz mnie zadziwiały. Innym sposobem na „podzielenie się nawigacją” jest naprzemienne realizowanie kolejnych przelotów między punktami.

Satysfakcja
Nierówny podział obowiązków nawigacyjnych w teamie (w skrajnych przypadkach nawiguje tylko jedna osoba) może powodować, że zawodnik wyłączony z tej czynności będzie po zawodach czuł niedosyt i brak satysfakcji z wyniku. W końcu startujemy w zawodach „na orientację” nie tylko dlatego, że mamy rowerową moc (wystarczyłby maraton MTB), ale także dlatego, że lubimy nawigacyjne szarady i niespodzianki, które wynajdują dla nas budowniczowie tras.

Przy punkcie kontrolnym
Na niektórych zawodach znalezienie punktu kontrolnego w postaci płaskiej kartki przyczepionej „z tyłu drzewa” może stanowić nie lada problem. Na pewno łatwiej „czesać las” w dwie lub więcej osób. Z drugiej strony łatwo wtedy o rozdzielenie się - a na szukanie się też traci się czas!
Jeśli konkurencja jest blisko, to w dwie osoby trudniej oddalić się z punktu niepostrzeżenie.

Kozackie pomysły
Jadąc z kimś dużo łatwiej decydować się na ryzykowne albo wręcz głupie pomysły, jak przeprawy przez bagna i rzeki. Co czasem się mści... Tak na zeszłorocznym Funex Orient straciłyśmy z Moniką około godziny zaplątane w bagno, którego ostatecznie i tak nie pokonałyśmy. Żadna z nas nie pakowałaby się tam samotnie!

Amok
Mając partnera łatwiej uchronić się przed pokusą, którą obserwuję u siebie często, zwłaszcza na początku zawodów - żeby w amoku pognać za jakąś szybką grupą (która zaraz się zgubi, albo mi się urwie i za chwilę nie będę wiedziała, gdzie w ogóle jestem).

Bezpieczeństwo
Rozumie się samo przez się. Razem jest bezpieczniej, zwłaszcza nocą, w górach albo w trudnych warunkach. Łatwiej wspólnie poradzić sobie z awariami. Łatwiej i sprawniej zrobić zakupy w przydrożnym sklepiku. Na szczęście wypadki zdarzają się rzadko (jazda na orientację jest mniej ryzykowna niż maratony MTB, w których startują tłumy) - i oby było ich jak najmniej. Jednak w razie kontuzji i braku zasięgu albo rozładowanej komórki, towarzystwo jest bezcenne!

Sprzęt, jedzenie
Jadąc z kimś można wymienić się batonikami, wesprzeć napojami albo jakimś ciuchem od niepogody. Pamiętam, jak na jednym Waypointrace uratował mi skórę  Paweł R., pożyczając w czasie ulewy kurtkę! W przypadku zgubienia tak kluczowych elementów jak mapa, licznik, światło (nocą) albo kompas, towarzystwo drugiej osoby umożliwia wciąż ukończenie zawodów, dotarcie do bazy.

Nauka
Startując z kimś można się bardzo dużo nauczyć. Mam tu przede wszystkim na myśli nawigację, ale nie tylko. Jeśli druga osoba sprawniej pokonuje techniczne odcinki, to siłą rzeczy próbujemy za nią nadążyć i pokonywać je podobnie.

Rutyna
Z drugiej strony częste startowanie tylko z jednym partnerem może prowadzić do zbyt dużej rutyny. Startujemy, dogrywamy się, znamy swoje słabe i mocne strony, każdy robi swoje. I nagle, gdy przyjdzie wystartować samemu, można poczuć się niepewnie i nieswojo.

Trening
Wiele osób traktuje wspólny start w zawodach indywidualnych jako trening przed innymi, zespołowymi imprezami, na przykład rajdami przygodowymi. Na pewno jest to trening bardziej miarodajny niż zwykła pojeżdżawka koło domu.

Etyka
Na koniec zostawiłam aspekt wcale nie najmniej ważny. O ile w przypadku osób luźno traktujących rywalizację i zajmujących dalekie miejsca, nie ma to znaczenia, to już w przypadku czołowych zawodników może pojawić się krytyka wspólnej jazdy. Z tego, co wymieniłam wcześniej wynika, że zalet jest mimo wszystko więcej niż wad. Zatem jadąc z odpowiednim partnerem o podobnych możliwościach, można uzyskać lepszy wynik niż jadąc samemu. Wspólna jazda zawodników z czołówki może (choć nie musi) prowokować krytyczne głosy.

A jakie jest Wasze zdanie - wolicie napierać razem czy osobno?

PS. Zdjęcie - już z myślą o majówce. :)

czwartek, 5 stycznia 2012

PPM 2011 - wyniki

W Sylwestra Bartek Bober (Sędzia Główny PPM, jednocześnie budowniczy trasy Harpagana) zaskoczył wszystkich rowerzystów, którzy stracili już nadzieję, że wyniki Pucharu Polski w Maratonach Rowerowych na Orientację kiedykolwiek się pojawią. A jednak! Dzięki temu niektórzy (w tym, nieskromnie mówiąc - ja sama) mogli dodatkowo świętować podczas sylwestrowej zabawy. ;)

Pokrótce (nie dajcie się zwieść temu „pokrótce” - i tak będzie długo!) omówię wyniki.

W kategorii męskiej wygrał Paweł Brudło, który miał na swoim koncie 5 zwycięstw oraz 2 drugie miejsca (do wyniku Pucharu liczone jest 7 najlepszych startów zawodnika). Pawła możecie zobaczyć w jednej z moich starszych notek, gdy prezentuje swój patent na zimową jazdę (a patentów Paweł ma mnóstwo - na każdych zawodach podpatruję, co przyczepia do swojego roweru albo jak jedzie ubrany). I choć nie od dziś wiadomo, że to nie sprzęt wygrywa, tylko głowa i nogi, to jednak ciekawe rozwiązania na pewno pomagają!
Za nim uplasował się Grzesiek Liszka z 4 zwycięstwami. Jesienią Grzesiek miał wypadek podczas treningu z psami (uprawia bikejoring) - przyjechał na Odyseję, ale tylko jako kibic. Na szczęście już na Funex Orient wrócił do gry - w dodatku wygrywając!
Trzeci był Piotrek Buciak z 3 zwycięstwami - w tym wypada wymienić sukces na niesamowicie mocno obstawionej Odysei Ponidziańskiej (Piotrek startował w teamie ze Zbigniewem Mossoczym).
Ta trójka, jeśli dobrze pamiętam, w nieco innej kolejności pojawiła się na pudle również rok temu. Gratulacje, Chłopaki! Warto tu wspomnieć, że rywalizacja wśród panów jest nieco bardziej intensywna niż w naszej kategorii, zawody mocniej obstawione, więc i o wynik trudniej (pierwsza dwudziestka ma tabelkę bardzo gęsto wypełnioną startami).

W kategorii kobiet wygrała Ula Wojciechowska czyli ja ;) Bardzo się cieszę, tym bardziej, że latem musiałam odpuścić kilka fajnych startów ze względu na pracę i wyjazdy, dopiero jesienią mogłam uciułać trochę punktów.
Druga była Asia Stanek, moja zacna i mocna rywalka, z 4 wygranymi w zawodach. Asia startuje od kilku sezonów, niestraszne jej zimowe zawody, trudne warunki, noce na siodełku i poukrywane punkty, zwłaszcza u Wigora. ;)
Trzecie miejsce przypadło Monice Mróz - mojej rowerowej towarzyszce, z którą spędziłam w 2011 roku najwięcej godzin na rowerze. Niektóre z tych godzin zaliczyłyśmy na zawodach, ale większość podczas treningów i wycieczek po naszej okolicy. Bardzo się cieszę, że Monice spodobała się jazda na orientację, jazda w nocy, męczenie się na różnych Harpaganach i w błocie. Kiedy po zawodach wyciągamy mapy na stół, zaczynamy w podnieceniu analizować różne warianty, albo przeglądamy zdjęcia satelitarne „dlaczego-tam-nie-było-tej-drogi”, to Piotrek i Sahib, nasi dobrzy mężowie, tylko patrzą znacząco i pukają się w czoło. Na szczęście od czasu do czasu zapominają o swoich deklaracjach, składanych po każdej wycieczce, że to już ostatni raz z nami, i znowu dają się wciągnąć w jakieś bagienko, pokrzywy, albo chociaż przejazd po korzeniach.

Wspomnę jeszcze o dziewczynach, które choć poza pudłem, to mają na koncie zwycięstwa w pojedynczych imprezach. I tak, Agnieszka Kłopocińska wygrała Azymut Orient. Z Agnieszką jeździłyśmy rok wcześniej na WSS, fajnie nam się razem nawigowało. Kamila Truszkowska wygrała Grassora. Tu znów wracają wspomnienia - poprzedniego Grassora przejechałyśmy wspólnie i byłam pod wielkim wrażeniem wytrzymałości Kamili (i nawigacji również)! Magdalena Gruziel wygrała Izerską Wielką Wyrypę. O Magdzie bardzo dużo opowiadał mi Irek, który startował z nią w Zimowym Rajdzie 360 (rajd ukończyli, a samo ukończenie było już sukcesem), i z tego co wiem, mają zamiar powtórzyć w tym roku. Magda jest bardzo mocna i pewnie nie raz jeszcze zobaczymy ją na rowerowych trasach. Natalia Dubaj, jadąc w teamie ze swoim bratem Maćkiem (zawodnikiem z rajdowego zespołu Nawigator, obecnie code34), wygrała Odyseję - zawody niełatwe, bo bardzo górzyste.

Na tym kończę podsumowanie, które miało być krótkie, a okazało się długie. ;) Chciałoby się tak wymieniać i wymieniać różne osoby, a to poznane na trasach, a to w bazach zawodów, niekończące się rozmowy, zabawne sytuacje w terenie, wspólne szukanie punktów... W kolejnym wpisie będzie garstka wspomnień, już nie kronikarskich, ale bardzo subiektywnych.

środa, 7 grudnia 2011

Za co kocham MTBO

MTBO, czy inaczej RJnO to Rowerowa Jazda na Orientację. Odkąd odkryłam, że taka forma zawodów odbywa się co jakiś czas w okolicach Warszawy, staram się raz na jakiś czas wystartować. Są to zawody bardzo szybkie, gdy porównać je do maratonów na orientację. Organizują je profesjonaliści od orientacji sportowej - Jan Cegiełka i Henryk Marcinkiewicz. Nieraz można pościgać się z kadrowiczami, na przykład z sympatyczną Anią Kamińską, naszą Mistrzynią Świata z 2010 roku w RJnO.

Na czym polega RJnO? Podobnie jak w biegach na orientację punkty kontrolne są rozstawione bardzo gęsto, mapa jest specjalnie przygotowana do jazdy rowerem, uwzględnia m.in. możliwe prędkości na ścieżkach i ich szerokość. Dystanse, na których startowałam wahały się od kilkunastu do około 25 km. Lampiony tu i ówdzie prześwitują między drzewami, zwłaszcza w listopadzie, gdy nie ma już liści ;)

Nie jest to zatem dystans, na którym liczy się ekstremalna wytrzymałość. Raczej szybkość i dobra technika w jeździe po piasku, patykach, błocie. Maksymalnie dwie godziny jazdy to prosta taktyka - jak najszybciej do celu! Ale którędy? Punkty zwykle stoją w tak „złośliwych” miejscach, że na pierwszy rzut oka trudno ocenić, który wariant przejazdu jest korzystniejszy. Czy krótszy, ale przez wydmę, czy może okrężny, twardą, płaską ścieżką? Łatwiejszy nawigacyjnie, lecz dłuższy, czy śmiały skrót dziesiątkami małych ścieżek? Nie dość, że stale trzeba rozwiązywać tego typu łamigłówki, to jeszcze ani na chwilę nie można stracić koncentracji na mapie. Kilka chwil nieuwagi i już człowiek stoi w środku lasu i zastanawia się, gdzie właściwie jest!

O ile mapa nie sprawiałaby problemu, gdyby z nią sobie po prostu spacerować (jest bardzo dokładna i przedstawia wszystkie leśne ścieżki), to już przy nieco szybszej jeździe łatwo stracić głowę, wyłączyć się. Nawet obrotowy mapnik i kompas na ręku nie zawsze gwarantują płynną jazdę bez błędów. A decyzje trzeba podejmować naprawdę szybko!

Bardzo podoba mi się tak duży procent nawigacji w tak krótkich zawodach. Blisko domu można pogłówkować, trochę się zmęczyć. Atmosfera zawsze kameralna, wesoło. W jeden z listopadowych weekendów tak właśnie bawiliśmy się w Wesołej i w Lesie Sobieskiego. W kategorii kobiet wygrała Klara, mi udało się zająć drugie miejsce, z łączną stratą za dwa dni - 6 minut. Udało mi się nie zgubić, nie popełnić większych błędów i mimo nie zawsze optymalnych wariantów, uznaję zawody za udane. Dokładnie dwa lata temu pojechałam w "owczym pędzie" za innymi zawodnikami (błąd!), kompletnie się zgubiłam, nie wiedziałam, gdzie jestem, na metę przyjechałam po limicie i zostałam zdyskwalifikowana... Postęp jest!

Przede wszystkim miałam dużą motywację, żeby pomimo zachmurzonego, listopadowego dnia i temperatur tuż powyżej zera trochę pokręcić po lesie, a to zawsze cieszy :)

Zimą ta sama ekipa organizuje zawody na orientację na biegówkach. Zupełnie inaczej, ścieżki nie zawsze są przedeptane - jest przygoda! A na wiosnę kolejny sezon MTBO. Więcej informacji na stronie mtbo.pl.

czwartek, 10 listopada 2011

Orientacja piesza, orientacja rowerowa

Raz na jakiś czas, zwłaszcza w sezonie chłodniejszym, porzucam rower na rzecz pieszego zwiedzania krzaków, wykrotów, rowów i co tam jeszcze przyroda stworzyła, kartograf naniósł na mapę lub nie, a sprytny budowniczy trasy rzucił niby kłody pod nogi zawodników.

W ostatni weekend razem z Bartkiem J. (tym samym napieraczem, którego opisałam przy okazji pokonania przez niego Krwawej Pętli) zwiedzaliśmy nocą lasy pod Ponurzycą. Na zdjęciu kolejno Bartek, Damian, ja i Sahib na starcie. A wszystko to przy okazji Manewrów SKPB, które od tego roku zostały otwarte na oścież dla chętnej gawiedzi - chętnej, by się zmęczyć i kompletnie zakołować w lesie...

Bo tak to z grubsza wyglądało. Choć trochę punktów kontrolnych w życiu się znalazło, to tutaj człowiek wątpił w jakikolwiek sens poprzednich doświadczeń. Nocą wszystkie wydmy są... piaszczyste. Punkty stowarzyszone wyskakują jak grzyby po deszczu. Zdecydowanie nawigacja w stylu InO szła nam kiepsko. Trasę, która miała mieć 20 km pokonaliśmy robiąc dokładnie dwukrotnie więcej, ominąwszy jeden punkt i z kilkoma pomyłkami. Zajęło nam to prawie 9 godzin, a na rozgrzewkę nawet potruchtaliśmy tu czy tam. To tak dla ciekawych statystyki. Nie byliśmy ani najlepsi, ani też najgorsi.

Ciekawymi akcentami było wycięcie fragmentu mapy w postaci butelki ;) - w takim miejscu, w którym przebiegały najlogiczniejsze drogi między punktami; a także zamieszczenie fragmentu w większej skali niż reszta i z usuniętą treścią poza poziomicami. Jeśli ktoś by zatem pytał, co robiliśmy przez 9 godzin w tym lesie, to właśnie odpowiedź - przerysowywaliśmy drogi, mierzyliśmy linijeczką odległości, a pod butelką azymuty. Aż mi się przypomniały ćwiczenia z geodezji na studiach.

Warto czasem, tak z pokorą, pojechać sobie na taką imprezę. Moja refleksja, ogólnie dotycząca pieszej nawigacji (i w dodatku nocą), jest taka, że to dużo trudniejsze niż podobne zawody na rowerze. Bo na rowerze to licznik, no i w miarę bezkarnie można te kilometry nadłożyć, szukając punktu tu i tam. Jeździ się jednak przeważnie drogami, a pieszo to zaraz pojawia się chętka, żeby tu las, tam pole, azymutem potraktować. I weź człowieku leć i czesz krzaki na sąsiednich pagórkach, jeszcze w międzyczasie licząc kroki. Kosmos!

Przy okazji muszę przyznać rację fanom GPS-owych tracków (fragment naszego powyżej). Analiza takiego tracka to wielce edukacyjne zajęcie. Każde głupie zawahanie, pomylona droga, szukanie punktu nie na tej górce, co trzeba, ale też śmiałe udane warianty - wszystko to widać jak na dłoni.

W najbliższym czasie zapowiada się i trochę pieszego latania, i rower też będzie. Z czego już się cieszę!

czwartek, 20 października 2011

Sekrety Bażantarni

Okolice pk19 na mapie Harpagana-42 (górna część) oraz na mapce do BnO (dolna część). Ta druga mapka pochodzi ze strony teamu 360. (Z podanego linku można ściągnąć mapę w doskonałej rozdzielczości.)

Po kliknięciu na obrazek możecie zobaczyć całość w powiększeniu. Miłej analizy!


EDIT: Na prośbę Drewniackiego próbuję tutaj umieścić odpowiedni fragment:

piątek, 17 czerwca 2011

Z mapą w kieszeni

Za chwilę wyjeżdżam na Bike Orient, ale mam jeszcze chwilkę, by podzielić się ostatnimi przemyśleniami o nawigacji. Ostatnio zdarzyła mi się wycieczka z mapą w kieszeni, podczas gdy Monika nawigowała ze swoją mapą w mapniku. W dodatku miałyśmy zupełnie inne mapy :)

Takie ćwiczenie nawigacyjne można porównać do pamięciówki. Nie mając mapy non-stop przed oczami, zapamiętuje się dużo więcej. Umysł skuteczniej koncentruje się nad mapą podczas tych krótkich momentów, gdy wyciąga się ją z kieszeni.

Warto tu wspomnieć, że zawodnicy orientacji sportowej często odbywają treningi pamięciowe, polegające na pokonywaniu zapamiętanej trasy z pamięci. Na zawodach są w stanie zapamiętać nawet kilka przelotów między punktami! Efekt? Podczas biegu czy jazdy mogą utrzymywać większą prędkość, koncentrować się na pokonywaniu przeszkód w terenie. Nie muszą co chwilę zerkać na mapę, by upewniać się, czy są na dobrej drodze.

Jadąc na wycieczkę możemy sami robić sobie treningi pamięci. Bezcenny jest oczywiście cierpliwy towarzysz, który nasze wtrącenia do nawigacji (lub zupełne pomylenie trasy) potraktuje z dystansem ;) Czego wszystkim Czytelnikom życzę.

wtorek, 31 maja 2011

Nawigacja na własnym podwórku


Zanim podzielę się wrażeniami z WaypointRace, krótka refleksja na temat nawigowania w znanym terenie. Obejrzałam sobie przejazd zwycięzców WaypointRace i naszła mnie refleksja - czy aby na pewno w znanym terenie łatwiej jechać na orientację?

Przyznaję, że znałam kilka miejsc, w których stały waypointy. Mimo to mam wrażenie, że właśnie ta znajomość terenu czasem przeszkadzała mi wybierać optymalne warianty, a im lepiej znałam dane miejsce, tym dłużej szukałam lampionu ;)

Mam swoje ulubione ścieżki. Kiedy zamieszkaliśmy z Sahibem pod Piasecznem 10 lat temu, ochoczo zabraliśmy się za poznawanie okolicy. Prawie każdy weekend spędzaliśmy na rowerze, a to jadąc do Magdalenki, a to do Zalesia, a to do Złotokłosu. Zaopatrzeni w topograficzne pięćdziesiątki mieliśmy wielkie ambicje omijać wszelkie asfalty, jeździć tylko bocznymi, najlepiej leśnymi dróżkami.

Ale drogi, jak to drogi. Zmieniają się. Tu wiosną pojawi się bagienko, tu gruz wywalą, a jeszcze inną miedzę zagrodzą płotami. A czasem drogi nie było w ogóle i lądowaliśmy pośród pól marchewki. Po jakimś czasie mieliśmy już swoje ulubione, sprawdzone trasy, którymi jeździliśmy - już bez map (a raczej z mentalną mapą okolicy w głowie).

Kiedy zobaczyłam mapę WatpointRace, ucieszyłam się, że znowu zobaczę kilka takich "zapomnianych miejsc". Na przykład dolinę Jeziorki, którą kiedyś z uporem maniaków przedzieraliśmy się przez chaszcze i bagna. Jednak nie jest to trasa, którą wybierałabym na co dzień (zwłaszcza gdy chcę gdzieś szybko dojechać). Wybierając wariant podczas WaypointRace decydowałam się na drogi, których stan w miarę aktualnie znam. Widzę, że Łukasz i spółka nawigowali czasem śmielej, a czasem bardziej asekurancko (ale może po asfalcie szybciej?), w każdym razie zupełnie inaczej! W wielu miejscach skrócili trasę wybierając dróżki, za którymi po prostu nie przepadam.

Oczywiście orientowanie się w znanym terenie ma szereg zalet - nie trzeba tak często patrzeć na mapę, niektóre przeloty można zrobić z pamięci, w razie nawet niewielkiego zagubienia się bardzo łatwo dojechać w miejsce, które się już zna itd.

Wydaje mi się, że gdyby teren był mi zupełnie nieznany, to potrafiłabym częściej zagrać va-bank, więcej zaryzykować. Byłoby na pewno bardziej przygodowo (może nawet z przeprawami przez rzeczki) i być może wiele przelotów zrobiłabym po optymalnej, zamierzonej przez Budowniczego trasie. :)

Fot. Adam Wojciechowski/Waypointrace

PS. Zdjęcie zainspirowało mnie do zmiany koloru tła ;)