Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ludzie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ludzie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 listopada 2012

Jak zmotywował mnie Scott Jurek

Jakiś czas temu znajomi prowadzący Centrum Biegowe Ergo zorganizowali spotkanie z legendą amerykańskich ultramaratonów, Scottem Jurkiem. Gość na spotkaniu wydał mi się przesympatyczny i autentyczny. Wczoraj wpadła w moje ręce jego książka „Jedz i biegaj” - pożyczył mi ją kolega, który przypadkowo ma takie same inicjały jak Scott. Pewnie prawie cały świat biegowy właśnie ją czyta, więc nie będę pisać szczegółowych recenzji. Jedno mogę powiedzieć - jeśli połykam książkę w jeden wieczór, to znaczy, że nie może być zła! Wciągnęłam się, pomimo że nie utożsamiam się ze światem biegaczy (tym bardziej długodystansowych) w tak wielkim stopniu, w jakim sama bym chciała. Jedyną być może płaszczyzną porozumienia ze Scottem mógłby być dla mnie świat jedzenia, ale do tego jeszcze wrócę.

Tymczasem dziś (czyżby po lekturze?) przełamałam opór materii i wyszłam pobiegać pierwszy raz w „tym” sezonie. „Tym” czyli jak zwykle w moim anarchistycznym i spontanicznym kalendarzu treningowym obejmującym zimniejszą porę roku. Temperatury idealne. Zatem...

... SEZON BIEGOWY OGŁASZAM ZA ROZPOCZĘTY!


Przynajmniej we własnej głowie. Chciałabym po tej pierwszej przebieżce być mniej zmęczona. Ale cóż, co kto sieje, to i zbiera. Jak się głupio robi półroczne przerwy w bieganiu, to trudno chyb
a oczekiwać cudów? Czuję dziś solidarność z tymi wszystkimi, co pierwszy raz wytoczyli się z domu i łapiąc zadyszkę przebiegli pierwszy kilometr w życiu... (dobra, u mnie było ich kilka więcej, nie miałam też bawełnianego dresu, ale czy to ważne? zmęczyłam się!).

Wracając do Scotta i jego książki. Scott jest weganinem, ja od wielu lat jestem wegetarianką, a więc różni mnie spożywanie jajek i nabiału. W książce przeplatają się historie biegowe i przepisy. I do tych przepisów się przyczepię. Zawierają mnóstwo składników, całe długie listy. Już to może odrzucić kulinarnego laika, zwłaszcza mięsożercę. Poza tym część z tych składników można u nas w Polsce dostać tylko w wyspecjalizowanych sklepach, np. z żywnością orientalną albo w dużych supermarketach. O niektórych z nich nigdy nie słyszałam i podejrzewam, że dostępne są tyko na rynku amerykańskim. Wielka szkoda, bo w ten sposób, zamiast zachęcić do tego rodzaju diety, autor leje wodę na młyn tych, którzy twierdzą, że dieta wegańska (i wegetariańska) jest droga, skomplikowana i czasochłonna. A czy musi taka być? Jasne, że nie. Nie chcę tu rozwijać specjalnie tego tematu, nie jest to blog o żywieniu i dietach, nie chcę też wywoływać męczącej i do niczego nie prowadzącej dyskusji. Chciałabym tylko zaznaczyć, że żyjemy w przyjaznej strefie klimatycznej, w której udaje się mnóstwo roślin, duża część naszego rolnictwa to jeszcze ciągle „eko”, mamy lasy, w których możemy rozejrzeć się - za darmo - za wieloma roślinami jadalnymi. Zamiast kombinować z drogimi, egzotycznymi orzechami i olejami możemy spożywać orzechy włoskie i olej lniany. Zamiast syropu z agawy stosować swojskie miody. Szkoda, że redaktorzy wydania polskiego nie spróbowali we współpracy z autorem choć trochę dostosować tej kulinarnej treści do lokalnego rynku. Nie mam nic przeciwko glonom albo miso, sama od czasu do czasu je kupuję, bo mają dla mnie niezaprzeczalne walory smakowe. Jednak nie są to produkty, na których moglibyśmy oprzeć dietę.

Scott pisze też o podstawach diety, które mogą być uniwersalne, dla każdego, także dla osób jedzących mięso. Chociażby o tym, że warto zdawać sobie sprawę z pochodzenia żywności, którą jemy, żeby słuchać organizmu, żeby wybierać produkty jak najmniej przetworzone, że niektóre produkty pomagają w chorobach i regeneracji organizmu. I pod tym podpisuję się oczywiście obiema rękami.

A w następnym wpisie zabieram Was do Rumunii!

niedziela, 3 czerwca 2012

Krwawa Pętla - wywiad z samym sobą

Kolejny wpis o Krwawej Pętli? Króliku, litości!

Czy było nam dane spożyć te smakowite, lekko przypalone rogaliki? Czy ryba była delfinem? Czy Królik lubi gotować i co prześladowało go w dzieciństwie? - te wszystkie jakże frapujące kwestie wkrótce zostaną rozwiązane. Dzisiejszy wpis jest wyjątkowy. UWAGA! Po raz pierwszy na moim blogu wypowiada się Monika - nieco tajemnicza postać, która przewinęła się dotąd przez wiele opowieści. Odpowiedzi każda z nas pisała jak na klasówce, samodzielnie, bez podglądania, więc o niektórych rzeczach dowiedziałam się dopiero teraz. A poza tym nie ma to, jak megalomańskie robienie wywiadu z samym sobą, hej!

DLACZEGO POJECHAŁAŚ NA KRWAWĄ PĘTLĘ?

Monika: Głowię się nad jakąś inteligentną odpowiedzią w stylu „chciałam sprawdzić granicę moich możliwości”, a w tak naprawdę, gdy Ula zaszczepiła mi pomysł w 2010 roku, to bardzo mi się spodobał. W zeszłym roku dojrzewał - a teraz po prostu nadszedł jego czas.

Ula: Jak to dlaczego? Wyrwałam się na całą sobotę, aby uniknąć domowych obowiązków. Powiedzmy sobie szczerze - chyba lepiej jechać na rowerze przez dwadzieścia parę godzin niż odkurzać albo gotować krupnik. Kto jest za - ręka do góry! Jednocześnie chciałabym podkreślić, że jestem amatorem jazdy na rowerze, a zgodnie z definicją słownikową „amator to ten, kto zajmuje się czymś z upodobania, lubiący coś; miłośnik, zwolennik”. Nic dodać, nic ująć.

NAJWIĘKSZE ZASKOCZENIE?

Monika: Największym zaskoczeniem było to, że po 100 km trzeszczenia mój rower się wytrzeszczał i ucichł. Do tej pory nie trzeszczy!!! Nie wiem, co o tym myśleć. Spodziewałam się też, że będziemy prowadzić dyskusje w stylu „czy w prawo czy w lewo”, co mówi mapa, a co GPS, ale fajnie się zgrałyśmy i nawigacja okazała się prosta.

Ula: To już? Ledwo się rozpędziłyśmy, a już meta!

SUPER CHWILA?

Monika: Cała nasza wyprawa była super. Zjazd po kostce w Górze Kalwarii, łąki nadwiślańskie i kwiaty na wale przy Otwocku Wielkim o 7:00 rano (nawet mokre od rosy buty nie przeszkadzały), ścieżki w Mazowieckim PK, rynek w Nieporęcie, szybki Kampinos, rabatki w Łaźniewie w zachodzącym słońcu (chyba muszę popracować nad moim ogródkiem ;-)), wiata z siedmioma podporami i imprezą, itp. itp. - po prostu wszystko zagrało.

Ula: Podobało mi się, gdy w Nieporęcie siadłyśmy sobie na ławce i wytrzepałam piasek ze skarpetek. Był to prawdziwy, sielankowy, majowy piknik, będący jednocześnie takim backpakerskim podglądaniem życia miejscowej ludności. Na przykład tuż za naszymi plecami para młoda ładowała się właśnie do limuzyny. Kto wie, może nawet załapałyśmy się na sweet focie?

NAJCIEKAWSZE SPOTKANIE?

Monika: Zdecydowanie WIELKA RYBA, która objawiła się nam w moście w Modlinie. Skakała jak delfin po falach Narwi.

Ula: Nie było nudnych spotkań. Było ich po drodze tak mało, że każde było ciekawe. Na przykład seks-amator w kaloszach, Podkowianie spod wiaty (wymówcie to szybko), no i nasi koledzy: Bartek i Sahib. Ten ostatni to nawet kolega-mąż.

ULUBIONY KAWAŁEK SZLAKU?

Monika: Mam dwóch faworytów: Mazowiecki PK - a w szczególności Mienia (tu można poczuć legendarny flow) oraz Kampinos - żółty szlak w północnej części Kampinosu. Bardzo podobały mi się kawałki szlaku biegnące single-trackami, które były zarówno w MPK, Kampinosie oraz w lesie w okolicy Sękocina.

Ula: Każdy jest ulubiony, bo każdy jest inny. Gdyby to było 240 km asfaltu, to by było nudno. Gdyby było 240 km drogi leśnej tuż po trzebieży - też by było nudno. Gdyby było 240 km bagien, to wzięłybyśmy kajaki, a nie rowery. A tak, to co krok - niespodzianka!

ZNIENAWIDZONY KAWAŁEK SZLAKU?

Monika: Lasy w okolicy Nieporętu - strasznie duuuużo piachu!

Ula: Podejrzewam, że Monika jako ulubiony kawałek wpisze „Szlak wzdłuż rzeczki Mieni” [zgadłam!]. Bartek też go uwielbia. W takim razie, ja dla równowagi napiszę, że go nie lubię. Urokliwy jest, to fakt, nawet spotkałam tam wiewiórkę. Ale zawsze się boję, że na śmierć walnę się w głowę albo wpadnę do rzeki. A Monika? Ona jest kamikadze i wyznaje zasadę: „Im szybciej się jedzie, tym mniej przeszkód się widzi".

MIEJSCE GROZY / NAJWYŻSZE HRmax?

Monika: No wiadomo co - oczywiście stado warchlaków pod Magdalenką. Jakoś tak nagle wychynęły w świetle lampki tuż przed rowerem, gdzieś mi się kołatało w głowie, że zaraz mnie zaatakuje szarżująca locha i muszę szybko uciekać z tego miejsca oraz robić hałas, aby je przestraszyć. Przy okazji Ula też się  trochę przestraszyła, ale warchlaki uciekły (nie wspominając o losze).

Ula: Zdecydowanie o północy, gdy zbliżałyśmy się do olbrzymiej nekropolii w Antoninowie, a jadąca z przodu Monika zaczęła gnać i krzyczeć „uciekaj, szybko, szybko!!!”  Serce skoczyło mi do gardła, a tętno na pewno powyżej 200. W wyobraźni widziałam coś na kształt tych strasznych wilków z „Akademii Pana Kleksa”, które prześladowały mnie przez całe trudne dzieciństwo.

NAJWIĘKSZY KRYZYS / TRUDNY MOMENT?


Monika: Kryzys: Kampinos - zaczął się już przy moim ulubionym Szczeblu i trwał do Leszna, apogeum w okolicy Julinka. Ciekawe, że obiektywnie szlak był bardzo fajny, szybki i prawie bez piachu. Trudny moment: to wtedy, gdy nie znalazłyśmy baru w MPK, który polecał nam Tomek. Straszne rozczarowanie. Chyba za szybko mknęłyśmy. Zobaczcie, co nas minęło (załączam zdjęcie z MMS-a - sorry za jakość).

Ula: W Podkowie, a więc 35 km przed metą pojechałyśmy złą uliczką. Tak ze 200 m za daleko, w dodatku przeze mnie, bo uparłam się, że mapa po ciemku jest na pewno lepsza niż podświetlony GPS Moniki. Pomyślałam sobie potem - cholera, to nas chyba zdyskwalifikuje! Trzeba będzie jechać drugi raz!

MOTYWACJA W TRAKCIE?

Monika: Przez pierwszą część dnia pędziłam, bo obawiałam się jechać w Kampinosie po zmierzchu i chciałam dotrzeć do Modlina do 18:00. Potem motywował mnie pomysł wizyty w Werandzie w Podkowie (szkoda, że zabrakło tortu bezowego).

Ula: Prawdę mówiąc, przy życiu trzymała mnie tylko wizja zacierek z groszkiem i kozim serem, wizja przybierająca coraz bardziej realną postać podczas ostatnich 200 km trasy, a zrealizowana dopiero w niedzielę.

ULUBIONE KALORIE NA TRASIE?


Monika: Czeski batonik Voltage Energy Cake (odkrycie z Rudawskiej Wyrypy), ciasteczka na rynku w Nieporęcie.

Ula: Pomarańcze! Na trasie zjadłam tylko dwie, dopiero w Kampinosie, ale myślałam o nich od początku. Potem w  niedzielę kupiłam sobie jeszcze dwa kilo, żeby się delektować. A teraz polecam taki eksperyment - włóżcie sobie po pomarańczy do każdej kieszeni Waszej kolarskiej koszulki i zapytajcie kogoś - najlepiej wielbiciela kreskówek - co mu to przypomina. Odważni mogą kompozycję uzupełnić kilkoma bananami.

środa, 25 kwietnia 2012

Razem czy osobno?


Przy okazji Maratonu Terenowego Blisko Otwocka wspomniałam, że jechałyśmy wspólnie z Moniką i miałam wrażenie, że coraz lepiej współpracujemy na trasie. Gdy wracałyśmy do domu, Monika namówiła mnie, żebym napisała coś o wadach i zaletach wspólnej jazdy na tego typu zawodach. Startowałam zarówno samotnie, jak i z różnymi osobami. Czasem było to zaplanowane, czasem zupełnie spontaniczne - ot, spotkanie na trasie, które owocowało dalszym wspólnym napieraniem. Miałam przyjemność oglądać w akcji naprawdę wyśmienitych nawigatorów, zarówno na zawodach rowerowych, jak i pieszych. Jednak poniższy tekst dotyczy głównie długodystansowych zawodów rowerowych na orientację.

Regulaminy imprez rowerowych z cyklu PPM nie zakazują wspólnej jazdy. Jest ona jak najbardziej dozwolona (na Odysei istniała nawet konieczność startu w parach) i powiedzmy sobie szczerze - dla zawodników traktujących te zawody przede wszystkim jako dobrą zabawę i towarzyski piknik - to właśnie stanowi o uroku tego typu imprez. Według mnie bardzo fajne jest to, że obok „samotnych wilków” pokonujących trasę po optymalnych wariantach ze średnią powyżej 20 km/h można spotkać grupy znajomych, którzy właśnie znaleźli wspólnie punkt kontrolny, wyciągają z plecaków kanapki i pstrykają zdjęcia, korzystając ze słoneczka i pięknego krajobrazu. W takiej ekipie nawet wspólne łatanie dętki albo zgubienie się w lesie jest wesołą przygodą. I niech tak będzie. Myślę, że ci ostatni znają odpowiedź i mogą nie czytać przydługiej reszty - razem weselej, zabawniej, bezpieczniej.

Jeśli ktoś chce się jednak ścigać, to mogą go najść słuszne wątpliwości - razem czy z partnerem? A jeśli „z”, to z kim? Tekst podzieliłam na kilka aspektów i są to raczej luźne rozważania niż odpowiedź na tytułowe pytanie.

Partner
Jeśli decydujemy się na wspólną jazdę, to wybór partnera jest kluczowym zagadnieniem. Musi to być ktoś, kogo choć pobieżnie znamy - wiemy, jakie ma możliwości fizyczne, umiejętności nawigacyjne. Jednocześnie ktoś, z kim układ będzie jasny - w razie czego rozdzielamy się i każdy jedzie na swój wynik. Musimy mieć pewność, że jest to osoba, która poradzi sobie wówczas sama (oczywiście nie piszę tu o ekstremalnych sytuacjach w rodzaju poważnej kontuzji - w takiej sytuacji chyba każdy wie, co robić). Jeśli jest to ktoś, kogo znamy z treningów albo życiowy partner - to tym lepiej. Łatwiej wtedy zgrać tempo, nawigację, zrozumieć nastroje i kryzysy, które po kilku godzinach pojawią się po kilku godzinach. Można wyczuć, kiedy partner traci koncentrację nad mapą, a nawet zasypia, kiedy trzeba zwolnić, a kiedy wziąć go na ambicję. Jazda z przypadkową osobą jest pod tym względem trudniejsza. Zawody są dla wielu osób sytuacją ekstremalną, stresującą. Jednocześnie zmęczenie, konieczność koncentracji, różne mniejsze i większe błędy nawigacyjne łatwo mogą spowodować wybuch, nawet u miłego kolegi, z którym wcześniej świetnie dogadywaliśmy się na treningach. Warto być psychicznie przygotowanym na to, że można kogoś poznać od tej „ciemniejszej” strony.

Styl jazdy, wytrzymałość
Każdy z nas ma nieco inny rytm na zawodach, związany z predyspozycjami, stylem swojej jazdy. Jedni szybko zaczynają, ale po jakimś czasie dopada ich kryzys. Inni jadą bardziej asekurancko, zawsze poniżej możliwości, ale za to równym tempem, a jeszcze stać ich na ostry finisz. Jedni to typowi „górale” i wolą podjechać 100 metrów, inni objadą nadkładając 5 km. Ktoś woli przez piach, ale krócej, inny dłużej, za to asfaltem. Czasem na wybór drogi wpływa sam sprzęt. Dlatego im większa grupa, tym będzie jechała mniej efektywnie, w końcu na każdym odcinku ten najwolniejszy stanowi o prędkości takiego peletonu.
Warto też nie dać się zajechać na początku, jeśli partner jest dużo mocniejszy.

Kryzysy
Czy w takim razie w ogóle jazda z drugą osobą ma sens? Według mnie tak. Słabszy będzie jednak się motywował i starał nadążyć. Nasze możliwości są często większe niż nam się wydaje, a druga osoba potrafi niesamowicie zmotywować. Poza tym kryzysy pojawiają się u różnych osób w innych momentach, więc takie „ciągnięcie się” na zmianę ma sens! Dochodzi do tego już typowo fizyczna pomoc, jak jazda na kole albo wspólne pokonywanie niezamierzonych przeszkód terenowych, jak strumyki, zwalone pnie, jary - o ile łatwiejsze, gdy ktoś pomoże, poda rowery.
Negatywny aspekt wspólnej jazdy jest taki, że gdy towarzysz z jakiegoś powodu rezygnuje, może się pojawić pokusa, żeby zrobić to samo.

Tempo
Na tempo wpływają wszystkie dodatkowe czynności (wyciąganie jedzenia, podbijanie punktu, przekładanie mapy, podnoszenie siodełka i tak, nawet sikanie), więc warto być zgranym. Dwie osoby wydają mi się optymalną grupą, jeśli chodzi o szybkość (choć zdarzają się wyjątki - bardzo szybkie kilkuosobowe peletony mocnych zawodników, spośród których tylko jeden nawiguje, a reszta nadaje tempo).

Charakter
Nie każdy jest w stanie znieść dłużej towarzystwo innej osoby, rozmowy, narzekania, dyskusje nad mapą, żarty. Niektórych to dekoncentruje i męczy. Są też tacy, którzy nie lubią jeździć samotnie, a nad mapą wręcz uwielbiają dyskutować w trakcie jazdy. Wiele zależy od charakteru i podzielności uwagi. Z drugiej strony taka wspólna jazda rozwija pewne społeczne cechy, co można uznać za zaletę. Jak w życiu. ;)

Koncentracja
Warto wspomnieć tu o tym, że gdy obie osoby nawigują, odpowiedzialność za sukces rozkłada się. Łatwo wtedy zdekoncentrować się, stracić kontrolę nad mapą i licznikiem. Jeśli przydarzy się to naraz obu zawodnikom, może ich spotkać przykra niespodzianka, łącznie ze zgubieniem się, przeoczeniem punktu itp.

Nawigacja
Ogromnie ważnym aspektem wspólnej jazdy jest nawigacja. Składa się na nią wybór trasy (w przypadku scorelaufu), wariantów przejazdu pomiędzy punktami, a następnie realizacji zamierzonej trasy w terenie. Wspólne nawigowanie stwarza wiele ciekawych możliwości, takich jak podział zadań (na przykład jedna osoba kontroluje mapę, druga podaje wskazania licznika, albo jedna z osób ma zawsze na wierzchu opisy punktów, albo - jak kiedyś na DyMnO - jedna z osób wkłada do mapnika szczegółowe mapki, druga mapę zwykłą). Niesie też niestety możliwość konfliktu, gdy pomysły są różne. Na ogół jednak burza mózgów jest tu zaletą. Obie osoby przedstawiają swoje pomysły, i o ile ich umiejętności i preferencje terenowe są podobne, szybko decydują, który pomysł jest lepszy. Ważna jest otwartość na improwizacje (nie zawsze udaje się zrealizować plan co do joty, mapy bywają koszmarnie nieaktualne), umiejętność odnajdywania się w terenie, wzajemne kontrolowanie się (na przykład na skrzyżowaniach, gdy trzeba zmierzyć odległość, warto sobie o tym nawzajem przypomnieć).
Jadąc samemu łatwiej improwizować i podejmować szybkie decyzje o zmianie wariantu.
Nie zawsze jest tak idealnie, że jedzie ze sobą dwójka nawigatorów o identycznych umiejętnościach. Może być tak, że jedna osoba lepiej wymyśla warianty, druga je realizuje. Wiem, że moją mocniejszą stroną jest realizacja wariantów w terenie, dlatego na etapie planowania przelotu między punktami staram się słuchać Moniki albo Sahiba. Oboje mają bardzo fajne pomysły, które nie raz mnie zadziwiały. Innym sposobem na „podzielenie się nawigacją” jest naprzemienne realizowanie kolejnych przelotów między punktami.

Satysfakcja
Nierówny podział obowiązków nawigacyjnych w teamie (w skrajnych przypadkach nawiguje tylko jedna osoba) może powodować, że zawodnik wyłączony z tej czynności będzie po zawodach czuł niedosyt i brak satysfakcji z wyniku. W końcu startujemy w zawodach „na orientację” nie tylko dlatego, że mamy rowerową moc (wystarczyłby maraton MTB), ale także dlatego, że lubimy nawigacyjne szarady i niespodzianki, które wynajdują dla nas budowniczowie tras.

Przy punkcie kontrolnym
Na niektórych zawodach znalezienie punktu kontrolnego w postaci płaskiej kartki przyczepionej „z tyłu drzewa” może stanowić nie lada problem. Na pewno łatwiej „czesać las” w dwie lub więcej osób. Z drugiej strony łatwo wtedy o rozdzielenie się - a na szukanie się też traci się czas!
Jeśli konkurencja jest blisko, to w dwie osoby trudniej oddalić się z punktu niepostrzeżenie.

Kozackie pomysły
Jadąc z kimś dużo łatwiej decydować się na ryzykowne albo wręcz głupie pomysły, jak przeprawy przez bagna i rzeki. Co czasem się mści... Tak na zeszłorocznym Funex Orient straciłyśmy z Moniką około godziny zaplątane w bagno, którego ostatecznie i tak nie pokonałyśmy. Żadna z nas nie pakowałaby się tam samotnie!

Amok
Mając partnera łatwiej uchronić się przed pokusą, którą obserwuję u siebie często, zwłaszcza na początku zawodów - żeby w amoku pognać za jakąś szybką grupą (która zaraz się zgubi, albo mi się urwie i za chwilę nie będę wiedziała, gdzie w ogóle jestem).

Bezpieczeństwo
Rozumie się samo przez się. Razem jest bezpieczniej, zwłaszcza nocą, w górach albo w trudnych warunkach. Łatwiej wspólnie poradzić sobie z awariami. Łatwiej i sprawniej zrobić zakupy w przydrożnym sklepiku. Na szczęście wypadki zdarzają się rzadko (jazda na orientację jest mniej ryzykowna niż maratony MTB, w których startują tłumy) - i oby było ich jak najmniej. Jednak w razie kontuzji i braku zasięgu albo rozładowanej komórki, towarzystwo jest bezcenne!

Sprzęt, jedzenie
Jadąc z kimś można wymienić się batonikami, wesprzeć napojami albo jakimś ciuchem od niepogody. Pamiętam, jak na jednym Waypointrace uratował mi skórę  Paweł R., pożyczając w czasie ulewy kurtkę! W przypadku zgubienia tak kluczowych elementów jak mapa, licznik, światło (nocą) albo kompas, towarzystwo drugiej osoby umożliwia wciąż ukończenie zawodów, dotarcie do bazy.

Nauka
Startując z kimś można się bardzo dużo nauczyć. Mam tu przede wszystkim na myśli nawigację, ale nie tylko. Jeśli druga osoba sprawniej pokonuje techniczne odcinki, to siłą rzeczy próbujemy za nią nadążyć i pokonywać je podobnie.

Rutyna
Z drugiej strony częste startowanie tylko z jednym partnerem może prowadzić do zbyt dużej rutyny. Startujemy, dogrywamy się, znamy swoje słabe i mocne strony, każdy robi swoje. I nagle, gdy przyjdzie wystartować samemu, można poczuć się niepewnie i nieswojo.

Trening
Wiele osób traktuje wspólny start w zawodach indywidualnych jako trening przed innymi, zespołowymi imprezami, na przykład rajdami przygodowymi. Na pewno jest to trening bardziej miarodajny niż zwykła pojeżdżawka koło domu.

Etyka
Na koniec zostawiłam aspekt wcale nie najmniej ważny. O ile w przypadku osób luźno traktujących rywalizację i zajmujących dalekie miejsca, nie ma to znaczenia, to już w przypadku czołowych zawodników może pojawić się krytyka wspólnej jazdy. Z tego, co wymieniłam wcześniej wynika, że zalet jest mimo wszystko więcej niż wad. Zatem jadąc z odpowiednim partnerem o podobnych możliwościach, można uzyskać lepszy wynik niż jadąc samemu. Wspólna jazda zawodników z czołówki może (choć nie musi) prowokować krytyczne głosy.

A jakie jest Wasze zdanie - wolicie napierać razem czy osobno?

PS. Zdjęcie - już z myślą o majówce. :)

czwartek, 5 stycznia 2012

PPM 2011 - wyniki

W Sylwestra Bartek Bober (Sędzia Główny PPM, jednocześnie budowniczy trasy Harpagana) zaskoczył wszystkich rowerzystów, którzy stracili już nadzieję, że wyniki Pucharu Polski w Maratonach Rowerowych na Orientację kiedykolwiek się pojawią. A jednak! Dzięki temu niektórzy (w tym, nieskromnie mówiąc - ja sama) mogli dodatkowo świętować podczas sylwestrowej zabawy. ;)

Pokrótce (nie dajcie się zwieść temu „pokrótce” - i tak będzie długo!) omówię wyniki.

W kategorii męskiej wygrał Paweł Brudło, który miał na swoim koncie 5 zwycięstw oraz 2 drugie miejsca (do wyniku Pucharu liczone jest 7 najlepszych startów zawodnika). Pawła możecie zobaczyć w jednej z moich starszych notek, gdy prezentuje swój patent na zimową jazdę (a patentów Paweł ma mnóstwo - na każdych zawodach podpatruję, co przyczepia do swojego roweru albo jak jedzie ubrany). I choć nie od dziś wiadomo, że to nie sprzęt wygrywa, tylko głowa i nogi, to jednak ciekawe rozwiązania na pewno pomagają!
Za nim uplasował się Grzesiek Liszka z 4 zwycięstwami. Jesienią Grzesiek miał wypadek podczas treningu z psami (uprawia bikejoring) - przyjechał na Odyseję, ale tylko jako kibic. Na szczęście już na Funex Orient wrócił do gry - w dodatku wygrywając!
Trzeci był Piotrek Buciak z 3 zwycięstwami - w tym wypada wymienić sukces na niesamowicie mocno obstawionej Odysei Ponidziańskiej (Piotrek startował w teamie ze Zbigniewem Mossoczym).
Ta trójka, jeśli dobrze pamiętam, w nieco innej kolejności pojawiła się na pudle również rok temu. Gratulacje, Chłopaki! Warto tu wspomnieć, że rywalizacja wśród panów jest nieco bardziej intensywna niż w naszej kategorii, zawody mocniej obstawione, więc i o wynik trudniej (pierwsza dwudziestka ma tabelkę bardzo gęsto wypełnioną startami).

W kategorii kobiet wygrała Ula Wojciechowska czyli ja ;) Bardzo się cieszę, tym bardziej, że latem musiałam odpuścić kilka fajnych startów ze względu na pracę i wyjazdy, dopiero jesienią mogłam uciułać trochę punktów.
Druga była Asia Stanek, moja zacna i mocna rywalka, z 4 wygranymi w zawodach. Asia startuje od kilku sezonów, niestraszne jej zimowe zawody, trudne warunki, noce na siodełku i poukrywane punkty, zwłaszcza u Wigora. ;)
Trzecie miejsce przypadło Monice Mróz - mojej rowerowej towarzyszce, z którą spędziłam w 2011 roku najwięcej godzin na rowerze. Niektóre z tych godzin zaliczyłyśmy na zawodach, ale większość podczas treningów i wycieczek po naszej okolicy. Bardzo się cieszę, że Monice spodobała się jazda na orientację, jazda w nocy, męczenie się na różnych Harpaganach i w błocie. Kiedy po zawodach wyciągamy mapy na stół, zaczynamy w podnieceniu analizować różne warianty, albo przeglądamy zdjęcia satelitarne „dlaczego-tam-nie-było-tej-drogi”, to Piotrek i Sahib, nasi dobrzy mężowie, tylko patrzą znacząco i pukają się w czoło. Na szczęście od czasu do czasu zapominają o swoich deklaracjach, składanych po każdej wycieczce, że to już ostatni raz z nami, i znowu dają się wciągnąć w jakieś bagienko, pokrzywy, albo chociaż przejazd po korzeniach.

Wspomnę jeszcze o dziewczynach, które choć poza pudłem, to mają na koncie zwycięstwa w pojedynczych imprezach. I tak, Agnieszka Kłopocińska wygrała Azymut Orient. Z Agnieszką jeździłyśmy rok wcześniej na WSS, fajnie nam się razem nawigowało. Kamila Truszkowska wygrała Grassora. Tu znów wracają wspomnienia - poprzedniego Grassora przejechałyśmy wspólnie i byłam pod wielkim wrażeniem wytrzymałości Kamili (i nawigacji również)! Magdalena Gruziel wygrała Izerską Wielką Wyrypę. O Magdzie bardzo dużo opowiadał mi Irek, który startował z nią w Zimowym Rajdzie 360 (rajd ukończyli, a samo ukończenie było już sukcesem), i z tego co wiem, mają zamiar powtórzyć w tym roku. Magda jest bardzo mocna i pewnie nie raz jeszcze zobaczymy ją na rowerowych trasach. Natalia Dubaj, jadąc w teamie ze swoim bratem Maćkiem (zawodnikiem z rajdowego zespołu Nawigator, obecnie code34), wygrała Odyseję - zawody niełatwe, bo bardzo górzyste.

Na tym kończę podsumowanie, które miało być krótkie, a okazało się długie. ;) Chciałoby się tak wymieniać i wymieniać różne osoby, a to poznane na trasach, a to w bazach zawodów, niekończące się rozmowy, zabawne sytuacje w terenie, wspólne szukanie punktów... W kolejnym wpisie będzie garstka wspomnień, już nie kronikarskich, ale bardzo subiektywnych.

poniedziałek, 25 lipca 2011

Nie zawsze jest wesoło

Dziś, będąc w naszym serwisie rowerowym, dostaliśmy bardzo smutną wiadomość. Po długiej walce z chorobą odszedł Eryk - serwisant/mechanik/handlowiec w jednej osobie. Miał zaledwie 25 lat.

Już jako nastolatek dorabiał w sklepie, w którym kupowaliśmy nasze pierwsze górale. Był nieodłączną częścią tego miejsca. Składał nam rowery, nie raz doradzał w wyborze części. W naszej pamięci zostanie jako chłopak z wielką pasją, niezwykle pozytywny, zaangażowany, pomocny i życzliwy.

Nie potrafię napisać nic mądrego, jest mi po prostu cholernie smutno.

czwartek, 30 grudnia 2010

M jak Mistrzowie

To będzie krótkie podsumowanie rowerowe roku 2010. Nie znajdziecie tu znanych nazwisk, ani Mai Włoszczowskiej, ani naszych świetnych kolarzy szosowych zasilających szeregi zagranicznych teamów. To będzie takie króciutkie, subiektywne zestawienie znajomych, którzy w minionym roku zrobili coś rowerowo-niesamowitego. Jak to mówią "każdy ma swój Crocodile"...

Zacznę nietypowo od panów, według klucza, którym jest dystans. Wszystkich na głowę bije Damian Fac, nasz teamowy kolega, który zadebiutował w szosowym wyścigu Bałtyk-Bieszczady Tour, znanym wcześniej jako Imagis Tour. Dla przypomnienia - to 1008 km ze Świnoujścia do Ustrzyk Górnych w formule non-stop. O wyścigu pisałam latem na blogu. Damianowi przejechanie tego niewyobrażalnego dystansu zajęło 62.48 h. Byli szybsi od niego, no ale to jest nasz Damian, z którym imprezujemy i robimy mnóstwo niesportowych rzeczy... więc robi to wrażenie! Zresztą dla mnie wszyscy, którzy kończą tę trasę są prawdziwymi Mistrzami przez duże M. Fotka z ostatniego punktu kontrolnego przed metą.


Długi dystans to nie tylko męska domena. Ela Molenda, startująca w barwach teamu Funexport, w tym roku zagięła naszych, i nie tylko naszych, chłopaków na Mazovii 24 h. To dobowy wyścig, w którym chodzi o przejechanie jak najdłuższego dystansu po kilkunastokilometrowych pętlach. Trasa ma charakter łatwego technicznie MTB . Ela na pewno wykorzystała rajdowe doświadczenie, odporność na sen i umiejętność jazdy nocą. Przejechała 24 okrążenia (po 15 km, co daje 360 km!), wygrywając kobiecą kategorię solo. Tylko 15 mężczyzn mogło pochwalić się lepszymi wynikami. Brawa dla Eli i spóźnione, lecz szczere gratulacje! Autorem zdjęcia jest Łukasz Sompoliński.


Nie wszystkie wyzwania mają charakter oficjalny. Taka jest na przykład legendarna Krwawa Pętla, czyli objechanie Warszawy dookoła czerwonym szlakiem. Trasa liczy ponad 240 km, limit czasowy to doba. Dystans nie jest jedynym przeciwnikiem. Źle oznakowany, zarośnięty szlak, którego sekrety skrywają tajne archiwa PTTK, to prawdziwa zmora. Zwłaszcza, gdy mija już doba od wyjechania z domu. Krwawa Pętla padła w tym roku łupem Bartka Jachymka, z którym miałam przyjemność kilka razy startować tu i ówdzie. Było to już drugie podejście Bartka do tematu. Na forum Otwockiej Grupy Rowerowej znajdziecie relację Bartka z tej przejażdżki wraz z sugestywnymi fotkami i historią pewnego spotkania... "Przed Zielonką zrobiło się widno i przez to fotka z mety wygląda tak samo jak ze startu. Jakbym nigdzie nie był. "

Na koniec mistrzyni wytypowana przez Sahiba. Podczas rajdu Adventure Trophy Marcin miał okazję wielokrotnie mijać się na trasie z zespołem Basi Muzyki i wspomnianego kolegi Bartka. Basia to wyśmienita biegaczka, jednak jazda rowerem, zwłaszcza po górach, była dla niej sporym wyzwaniem. Mimo to właśnie ten zespół w efekcie był pierwszy na mecie, a Basia pokonała ponoć wiele swoich uprzedzeń do górskiej jazdy, zapędzając Marcina i jego partnera Olka w rowerowe kompleksy. Autorem zdjęcia jest Piotr Siliniewicz.

Mogłabym tak wymieniać i wymieniać, bo przecież wyzwań, których stawialiśmy sobie w tym roku, było bez liku. Czasami mam wrażenie, że otaczają mnie sami Mistrzowie. Mam nadzieję, że ci, których nie wymieniłam, nie pogniewają się za to :)

Życzę wszystkim noworocznie wielu ciekawych tras, sprawdzonego towarzystwa, samoczyszczącego się napędu, pogody wedle uznania ciepłej lub bardzo ciepłej, prężnej łydki, wygodnego siodełka i smacznych batoników, a przede wszystkim niezliczonych rowerowych inspiracji!