czwartek, 20 października 2011

Sekrety Bażantarni

Okolice pk19 na mapie Harpagana-42 (górna część) oraz na mapce do BnO (dolna część). Ta druga mapka pochodzi ze strony teamu 360. (Z podanego linku można ściągnąć mapę w doskonałej rozdzielczości.)

Po kliknięciu na obrazek możecie zobaczyć całość w powiększeniu. Miłej analizy!


EDIT: Na prośbę Drewniackiego próbuję tutaj umieścić odpowiedni fragment:

poniedziałek, 17 października 2011

Sześć błota stóp - Harpagan-42, Elbląg

Dziś długa opowieść, choć Harpagan rowerowy to tylko 12 godzin jazdy. Ale za to jakiej! Za ilustrację i najlepsze podsumowanie niech posłuży poniższe zdjęcie Marcina Nalazka. A tych, co lubią literki, zapraszam do lektury :)


Nie mogę rzec, że ta zabawa zaczęła się niewinnie. Zaczęła się złośliwą, mokrą pogodą, która nie dawała o sobie zapomnieć dzięki odpowiedniej architekturze sali gimnastycznej, na której spaliśmy. Tak, tak, ten piękny półokrągły daszek rezonował niczym bęben, gdy mżawki, kapuśniaki i nocne ulewy próbowały swych sił. W środku nocy wrócił z pieszej trasy Paweł i powiedział, że warunki są przechlapane - dosłownie.

Na starcie boli mnie brzuch, nie mam dobrego światła, pada deszcz, nie widzę dobrze mapy. Nienawidzę deszczu i godziny 6.30! Byle tylko dojechać do pierwszego punktu! Ba, ale do którego? Pk19 wydaje się na wyciągnięcie ręki, po chwili zasuwam pustymi ulicami, przez kałuże i boczne uliczki w stronę Nadleśnictwa. Z racji konszachtów z leśnikami takie miejsce dobrze mi się kojarzy. Z boku wyłania się spora grupa, jadąca na skróty. Próbuję utrzymać ich tempo, kalkulując, że może to miejscowi, obeznani z felernym terenem Bażantarni. Moje przypuszczenia potwierdziły wyniki - pierwsi na tym punkcie byli właśnie Elblążanie, a Monika dotarła tam prawie godzinę po mnie.

Po omacku na wyczucie próbuję utrzymać się na koszmarnym, rozjeżdżonym błocie. Cały czas pada, ale w kurtce jechać nie sposób. Do punktu dojeżdżam jak po sznurku. Zjeżdżam też wartko, choć zupełnie nieświadomie trafiam na szosę do Milejewa, zamiast do Kamiennika. Ech, ten kompas, gdyby mógł mówić, to by Wam opowiedział, co ja wyprawiam w lesie. W każdym razie stoję skonfudowana na poboczu, a pewien miły, wąsaty rowerzysta podśmiewa się ze mnie. Dobra, plan pierwotny idzie w diabły. Jadę na pk17, a z pk12 rozprawię się później.

To klasyczna sytuacja, gdy pozorna porażka zaowocowała korzyścią.

Na pk17 namierzam się bardzo, bardzo starannie. Po przejściu kilku cieków wodnych ląduję w młodniku... Zwarcie jest w nim tak gęste, że nie mieszczą się rogi. Po krótkiej szamotaninie wracam na drogę, która prowadzi prosto do punktu. Tu - wielka niespodzianka! Pierwszy raz w historii moich zabaw w orientację zdarza się, że jestem pierwszym zawodnikiem na punkcie!

Podbudowane morale dobrze wpływa na łydkę. W wiosce gawędzę z miejscowym o dalszej marszrucie, wbijam się między zagony. "Hola, hola, to nasze pola!" - wykrzykuje w swoim chrapliwym języku całe stado byków, od których odgradza mnie jeno wątły drut pastucha elektrycznego. Byki gnają wzdłuż tej wyobrażeniowej, bardziej mentalnej linii, towarzysząc mi wiernie aż do końca swego areału.

Tu mały lapsus - czytam opis punktu "Kwietnik, szczyt górki" i zastanawiam się, cóż to za oryginalny leśnik wśród puszcz swoich założył klomb? Zagadka się wyjaśnia, Kwietnik jest nazwą pobliskiej wioski, a na pagórku wokół pk12 tylko szumi buczyna.

Droga do pk18 dłuży się, a od Rogowa jest już niemożebnie przeorana. Rower tańczy i chce stawać okoniem, a wszystko to w proteście przeciw złemu zaopatrzeniu w opony. Jakieś klocki, fantazyjne wypustki, głębszy bieżnik byłyby nie od rzeczy...

Po wchłonięciu dawki piękna natury w postaci wodospadu w cudownym zaczarowanym lesie, stawiam na wariant autorski. Do pk13 pojadę na skróty (choć już mistrz Tolkien napisał o skrótach, co trzeba). Droga zaraz się kończy. Prowadzę rower żwirowniami, polami, pastwiskami. Trafiam na labirynt elektrycznych pastuchów. Gdzieś tam po prawej stoją dwa byki - duży i mały. Po lewej galopuje krowa. Pośrodku, wpadając co i raz w miękki placek lawiruję z rowerem, aż wreszcie wśród ujadania psów docieram zaklęśnięciem terenu do wioskowej drogi. Wychylam się zza zaparkowanej ciężarówki, słyszę jak miejscowi dyskutują ze swoim sołtysem... Zanim poczęstują mnie radami dotyczącymi miejscowej topografii, uciekam czym prędzej - z Aniołowa do Leszczyny. Mapa nie dotrzymuje obietnic, utwardzona droga to kupa zarośli. Przedzieram się do wioski, która bezimienność swoją zawdzięcza położeniu na skraju mapy - a ja za ten skraj, hej!, niczym starożytny odkrywca! Tylko centymetr, ale jakie emocje!

Przy pk13 znajduję Monikę. Tak się cieszę! Teraz będzie asfalt, pogaduszki, wspólna jazda aż do pk14, a może dalej. Już nie pada, dalej wciągam beznadziejne jedzenie, od którego nie mam w ogóle siły. A Monika wyraźnie ciągnie do przodu. Kocie łby, ale potem już asfalt, długi zjazd do pk14. Tu się rozdzielamy, ale kto wie, może dane nam będzie jeszcze się spotkać, kiedyś, gdzieś. Przelot w kryzysowym tempie do pk2. Wyciągam chałwę i sezamki, sekretną broń. Do pk10 dojazd bez historii, no bo błoto to już nie liczy się jako "historia".

Za Fromborkiem szlak okazuje się fikcją, odbija z asfaltu dopiero w Narusie. A dalej jest ciężko, opony nijak nie mogą wgryźć się w pozostawione przez poprzedników błotniste trajektorie. Rozmowa z przygodnie spotkanym zawodnikiem jadącym w stronę opaczną daje mi do myślenia. W wyborze ścieżki utwierdza dwóch drwali. Piękny zjazd, istne cudo - wprost na pk20 "Święty Kamień".

Torami, plażą, torami, plażą, tak jakoś gna mnie do Tolkmicka, sennego miasteczka. U progów miasteczka, gdzie kończy się błoto, a zaczyna cywilizacja, stoją cztery kobiety, miejscowe, z rowerami. "Bo to widzicie właśnie jest sport!" - komentuje jedna. O rety, sport? To skakanie z rowerem od kałuży do kałuży?

W Kadynach gubię się wśród ścieżek, tablic przyrodniczych i klasztorów, lecz skromna strzałeczka "Wieża widokowa" wyjaśnia wszystko. Przy pk16 otrzymuję pomoc przy zsunięciu się ze skarpy wraz z rowerem od jednego sympatycznego uczestnika pieszej trasy. Pozdrawiam!

Po chwili wspinam się i wspinam asfaltem niczym na alpejskie przełęcze. Końca nie widać. Mam dość. To już końcówka, jeszcze tylko jeden, jeden pk! i będę mogła zalec w ciepłym, suchym śpiworku...

Godzinę później - błotnisty jar, strome ściany. Próbuję wyjść na górę, ciągnąc za sobą rower. Wbijam buty w błoto, jedną ręką łapię za rachitycznego buczka. Drugą ciągnę rower, jak jakieś zwłoki. Zaczyna się ściemniać, a nie mam nawet porządnego światła. Dookoła jary i rzeczki wezbrane po ulewach. Gdzieś w tym cholernym lesie musi być jakaś droga! Co ja tu robię? Nawet nie wiem, gdzie dokładnie jestem. Mapa nie pozostawia żadnych złudzeń - raczej się tego nie dowiem. Od tej walki z materią gleby i roślinności po raz pierwszy od prawie jedenastu godzin rozgrzewają mi się stopy.

Droga! Jest! Hura! Prowadzi na zachód - dobra, byle gdzie, byle do jakiejś szosy. Do końca limitu tylko 50 minut, a do mety szmat drogi. Nagle z naprzeciwka pojawia się para... jak jakieś anioły - zawodnik i zawodniczka, okazuje się, że jesteśmy tylko 200 m od tego ostatniego punktu, który przysporzył mi tyle zgryzot. W towarzystwie Elwiry i Jarka (jak się później okazało - znajomych Darlina, jaki ten świat mały) ryzykuję i jadę po pk15 na "polankę nad potokiem Kamienica". Brzmi to bardzo romantycznie, ale romantyczne nie jest. A potem już tylko mroczki przed oczami, gdy staram się trzymać za nimi na szosie do Elbląga. Mijają minuty i kilometry. Minuty szybciej, kilometry wolniej.

Ale Jarek zna Elbląg, potrafi przechytrzyć czas i na mecie mamy jeszcze 7 minut zapasu! A tam stoję w ciemności, w rozmiękłej trawie boiska i próbuję dojść do siebie, podczas gdy zewsząd otaczają mnie ludzie równie ubłoceni, ujechani, jeszcze rozentuzjazmowani mapą - jedyne w swoim rodzaju odczucie.

To już koniec przygodowej części. Wynik okazał się niezły. Przypadkowo obrana kolejność punktów, złe warunki glebowo-atmosferyczne (nie wierzcie prognozom) i słabe przygotowanie logistyczne muszę przeciwstawić sporej dawce szczęścia, który tego dnia przybrał postać przygodnie spotkanych miejscowych oraz licznych zawodników. Gdyby nie oni, pewnie ciągle jeszcze wgryzałabym się w glebę w tym czy innym jarze...

Dla ciekawych kolejność punktów w skrócie:
19-17-12-18-13-14-2-10-20-16-15-meta, łącznie 170 km


Zdjęcie: Marcin Nalazek, K.S.A.T.
Strona zawodów

wtorek, 11 października 2011

Pompka karłowata - Barbieri Nana

Pompka rowerowa - rzecz konieczna, lecz czasem jakże irytująca. Przypięta do ramy potrafi perfidnie odpaść w jakiś krzakach, a biedny biker, skoncentrowany na pokonaniu urokliwego single-tracka odkrywa jej brak wiele kilometrów dalej. Zwykłej pompki do kieszeni włożyć nie sposób, bo jest zbyt duża, nie mieści się również w torebce podsiodłowej.

Nic więc dziwnego, że od dawna marzyłam o ultramałej i ultralekkiej pompce, takiej, którą mogłabym zawsze przy sobie mieć. Spośród kilku dostępnych modeli zdecydowałam się na produkowaną przez Barbieri pompeczkę o wdzięcznej nazwie "Nana", co tłumaczy się jako "karlica" lub "karłowata". Gdy bierze się ją do ręki, trudno uwierzyć, że takie maleństwo nabije nam dętkę na twardo.


Po kilkukrotnym użyciu chętnie podzielę się wrażeniami. Zdecydowane zalety to rozmiary. Waga: około 30 g, wymiary: 140 x 17 mm. Spokojnie mieści się do kieszeni lub do torebki podsiodłowej. W komplecie jest również uchwyt i można ją przyczepić do ramy. Główka zaopatrzona jest w obrotową osłonę, która chroni zaworek przed zabrudzeniem w trakcie jazdy.


Pompka składa się tylko z jednego pompującego segmentu. Chodzi bardzo lekko, jednak mała objętość sprawia, że do pełnego napompowania koła trzeba się trochę namachać. Nie jest to jednak niemożliwe i jako pompka na sytuacje awaryjne w trasie sprawdza się dobrze. Pompowanie nie zajmuje więcej niż kilka minut. W domu, jako pompkę stacjonarną, warto mieć coś większego, solidniejszego i bardziej skutecznego.


Barbieri Nana obsługuje tylko wentyl Presta. Posiadacze "samochodowych" wentyli mogą więc obejść się smakiem. Wadą jest brak blokady wentyla po włożeniu do otworu pompki. To znaczy - blokada niby jest, ale polega tylko na właściwym "wkliknięciu" wentyla, nie ma natomiast żadnej odchylanej wajchy, znanej z większości pompek. Jest to według mnie największy mankament tej pompki i kilka razy nieźle się natrudziłam próbując odpowiednio wmanewrować wentylem w otwór. Bardzo pomocny okazuje się wentyl z nakrętką kontrującą przy obręczy (dzięki temu przy miękkim kole wentyl nie ucieka na zewnątrz obręczy). Tak czy inaczej, odpowiednie założenie pompki na wentyl wymaga trochę zręczności. Gdy jest już dobrze założona, to samo pompowanie idzie leciutko.

Wadą jest brak manometru. Pamiętajmy jednak, że coś za coś, nie można oczekiwać, że pompka będzie miała wielkość długopisu i wszystkie możliwe funkcje.

Trudno mi na razie ocenić, ile pompka wytrzyma. Nie wygląda na bardzo solidną, choć na razie nic się jeszcze nie popsuło (dla ochrony przed błotem wożę ją w torebce podsiodłowej razem z dętkąi toolem). Na koniec warto wspomnieć o cenie, która jest dość wysoka jak na tak mały przyrząd (obecnie 85 zł za prezentowaną przeze mnie wersję karbonowo-tytanową, wersja plastikowa jest o 10 g cięższa i kosztuje około 35 zł).

Podsumowując: dla użytkowników Presty w trasę lub na zawody jako niezawadzający, nieodzowny element wyposażenia.
Zalety: niewielka waga i wymiary.
Wady: średnio wygodna w użyciu i stosunkowo droga.


Jeśli używaliście innych mini-pompek, to podzielcie się wrażeniami. Może ktoś z Was używał małej pompki do wentyli samochodowych?

środa, 5 października 2011

Odyseja Ponidziańska

Nie będę się rozpisywać. Tym razem będzie kilka obrazków. Zaczęło się od nierównej konfrontacji - my kontra mapa. Zwoje mózgowe szybko nam się poskręcały, co poskutkowało równie pokręconym wariantem... Obok nas główkuje tęga głowa Maćka.


Kolejność punktów od czapy, a nie był to koniec przeciwności losu. Sahib walczy z materią nieożywioną swojego siodełka...


Ba, nawet lampiony nie dały się łatwo podejść. W tle typowy krajobraz tych terenów.


Jeśli dodać do tego wiatr, wiejący zawsze w oczy, pokrzywy i piachy, wywrotkę Sahiba, skasowane kolano oraz mnóstwo bezdroży (Królika ciągnie na pola, zwłaszcza jesienią), tworzy to mniej więcej pełny obraz naszej wspólnej jazdy, zakończony wynikiem, oględnie mówiąc, mizernym.

Na szczęście był jeszcze dzień drugi. Sahib z rozbitym kolanem został w domku zakuwać "Hodowlę lasu". Postawiłam na szybkość i jazdę po drożni (naprawdę!). Jaki był skutek? Ano taki, że już jadąc do pierwszego punktu - a przypomnijmy, że kolejność była obowiązkowa, a więc do punktu zdążało wspólnie ponad 100 osób - znalazłam się w lesie zupełnie sama! I choć na punktach spotykałam licznie napieraczy, to po drodze zdarzały się chwile samotnego kontemplowania przyrody. Działo się, oj działo! W połowie trasy można było ochłodzić się w rzeczce. Z oddechem konkurencji na plecach i w sympatycznym towarzystwie Rafała pod koniec trasy, pokonałam ten drugi etap szybko, bez zbędnego kombinowania i z satysfakcją. Ostatni zjazd po kamieniach, Pińczów, meta i banan na twarzy :)

Zdjęcia z galerii organizatorów.
Strona zawodów.

czwartek, 15 września 2011

Myjnia łańcuchów według Barbieri

Dawno, dawno temu, bo pod choinkę 2010 dostałam od mojej wspaniałej rowerowej (i nie tylko) koleżanki Moniki taki oto sprzęt firmy Barbieri, który miał mi umilić i ułatwić jedną z najgorszych rowerowych prac czyli czyszczenie łańcucha:


Trochę czasu minęło i mogę podzielić się refleksjami. Jest to, jak widać - sprytna, kompaktowa myjka do łańcucha. W sam raz dla leni. W zestawie była też malutka buteleczka środka odtłuszczającego - wystarczająca na jedno mycie. Tak wygląda to w zbliżeniu:


Łańcuch przechodzi przez system obrotowych szczotek. Wystarczy pokręcić korbą do tyłu (nie trzeba podpierać tylnego koła, myjka ma haczyk, który zaczepia się o przerzutkę). Idzie to dość lekko.

Podczas kolejnych myć wlewałam tam różne inne chemikalia. Od profesjonalnych odtłuszczaczy (które na pewno są dla łańcucha najlepsze, bo wypierają z niego wodę) aż po home-made "sposób babuni" czyli mocny roztwór płynu do mycia naczyń.

Jak się spisuje myjka? Przy mocnym środku odtłuszczającym wystarczą 2-3 napełnienia myjki i mamy czyściutki łańcuch. Przy płynie do mycia naczyń trwa to nieco dłużej, no i dochodzi porządne suszenie łańcucha.

Rozwiązanie to muszę uznać za niezwykle wygodne i na doraźne potrzeby - w sam raz. Od czasu do czasu warto oczywiście rozpiąć łańcuch i potraktować go bardziej poważnie - benzyną, malutką precyzyjną szczoteczką itd. Jednak na mycie "codzienne" myjka Barbieri to fajne rozwiązanie.

Ten zielony pojemniczek po myciu się otwiera i można go przepłukać wodą. W warunkach polowych wystarczy nawet woda z bidonu. Nie wiem jeszcze, jak będzie z trwałością szczoteczek, na pewno po jakimś czasie zaczną tracić "ostrość". Póki co zasyfienie mojego łańcucha dzięki temu patentowi znacznie zmalało... Mogłaby ta myjka jeszcze grać i śpiewać, najlepiej w rytmie reggae, no ale nie wymagajmy zbyt wiele :)

A Wy - jak radzicie sobie z czyszczeniem łańcucha?

piątek, 26 sierpnia 2011

O szybkości słów parę

W ostatnim czasie uprawiam ciekawe treningi. Może nie są zbyt interesujące widokowo, ale i tak dają niezapomniane wrażenia. Otóż, za namową Moniki, która czyta pana Friela*, a także BikeBoard, postanowiłam trening urozmaicić. Po jeździe z sakwami (czyli treningu siły) oraz jeździe długiej (czyli treningu wytrzymałości) trzeba zadbać o trzecią, zaniedbaną nieco cechę, a więc... szybkość!

U pana Friela można zresztą znaleźć bardzo wymowny trójkąt cech, którego jednym z wierzchołków jest właśnie szybkość. Takie graficzne przedstawienie nawet dla mnie, a jestem z treningiem nieco na bakier, jest łatwe do przyswojenia.

Na razie bawię się na szosie, bo w terenie mogłoby to skończyć się źle. A jak wygląda taki trening szybkości? Małe obciążenie, wysoka kadencja, przy tym staram się pracować uczciwie podczas całego obrotu korbą, zarówno pchając, jak i ciągnąc. Wygląda to przekomicznie. Podejrzewam, że z boku nie przypominam jednak Armstronga, tylko wyglądam jak na komunijnym rowerze, w którym wysiadły przerzutki.

Zmotywować się do tak śmiesznej jazdy łatwo nie jest. Próbuję sobie wmawiać, że wyższych biegów już nie ma, a mnie goni groźny brytan. Skoro tak, to kręcę młynka, ile fabryka dała!

Już po chwili czuję przyjemne mrowienie w łydkach, tętno skacze jak szalone. I pomimo krótkiego treningu - satysfakcja jest naprawdę duża, a prędkości większe niż zwykle. Może więc coś z tego będzie?

* Joe Friel "Biblia treningu kolarza górskiego", wyd. Buk Rower, 2004

sobota, 20 sierpnia 2011

Południe-północ w sześciu odcinkach

Relacja z krótkiego wyjazdu z sakwami. Nietypowo - wyjechaliśmy prosto z domu, z Nowej Iwicznej, i tak samo wróciliśmy. Ta formuła bardzo nam się spodobała. Poczekaliśmy na okno pogodowe i ruszyliśmy przed siebie, na południe, właściwie bez konkretnego celu, czyli tak, jak najbardziej lubimy... Po trzech dniach dotarliśmy do Stalowej Woli, gdzie ugościł nas Hiubi, kolega od rajdów przygodowych oraz jego żona Ewa. Ale po kolei - oddaję głos Sahibowi, który miał na tym wyjeździe kronikarską wenę.


Pierwszego dnia dotarliśmy za Warkę, w okolice Brzózy.

"Kwaśne jabłka ze zdziczałej jabłoni, dziurawe asfalty donikąd, wsie kryte eternitem. Rowerzysta w gumofilcach, kostki słomy i zapach gnojówki, ale przede wszystkim plaga komarów, gdy tylko zatrzymywaliśmy się gdzieś w lesie. Na deser czarne jeżyny i kawa Anatol, a na niebie ołowiane chmury."


Drugiego dnia dojechaliśmy w okolice Solca nad Wisłą. Po drodze z zaciekawieniem rejestrowaliśmy, jak zmnieniają się uprawy. Sady stały się większe, pojawiły się plantacje malin i porzeczek.

"A jednak można jeszcze spotkać czarne WSK-i na polskiej wsi. Ich młodzi właściciele jak zwykle z obłędem w oczach. Daszek przystanku w Pionkach w sam raz, aby schronić przed letnią ulewą dwójkę rowerzystów z ich rowerami. Zapachy lata? Świeżo położony asfalt, tym razem tzw. unijny... Bez obawy można po nim jechać - nie oblepi roweru jak ten z dawnych czasów. No i kulinarnie: restauracja przy krajówce w Lipsku. Porcja ogórkowej podana na talerzu wielkości wazy! Dałem radę, i to z chlebem. Jak zwykle licznik nabił więcej niż planowaliśmy."

Na każdym wyjeździe przychodzi taki moment, że jedzenie staje się głównym tematem rozmów i przemyśleń. Tym razem osiągnęliśmy ten stan już drugiego dnia. Po noclegu w krzakach zjechaliśmy do bardzo urokliwego Solca...


"Promocyjne połączenie między Polską cywilizowaną, a tą 'opóźnioną' - 5 złotych od rowerzysty. Magiczna granica rzeki [Wisły] i przekracza się linię pośpiechu i nijakości, cofając się do strefy, gdzie czas płynie dużo wolniej. Rzędy słupów telegraficznych, pomiędzy którymi będą pięły się ku słońcu łodygi chmielu. Rumiana twarz babci w Popowie. Dwóch staruszków na ławce przed drewnianym domkiem.


Stare, murowane, bogato zdobione domki z początku zeszłego wieku - ślady żydowskiej przeszłości Radomyśla. Szczerze zdziwieni miejscowi smakosze tanich trunków pod GS-em. Naprawdę nie mogą zrozumieć, po co ludzie tak się męczą w słoneczny dzień na rowerze. Kolejne kilkadziesiąt kilometrów prowadzi nas lewym brzegiem Wisły - tym razem aż do Stalowej Woli."



Ewa, żona Hiubiego, zapytała nas, jaki właściwie jest cel naszej wycieczki. Cel? No właśnie jesteśmy u celu! Stalową Wolę zwykle widujemy przejazdem. Tym razem przejechaliśmy się spokojnie ulicami, zajrzeliśmy do sklepu. Przez chwilę poczuliśmy praskie dejavu w Rozwadowie (zdziwienie Sahiba - w monopolu tylko tanie wina!?). Ogólnie Stalówka bardzo mi się podoba. Otoczona lasami, ulice przestronne, nowe ścieżki rowerowe, czysto, zresztą zerknijcie na fotkę. Jeśli macie skojarzenia z posępnym, przemysłowym miastem, to chyba warto przyjechać tu na wycieczkę ;) Po nocy spędzonej na gościnnym łóżku (!) w towarzystwie dwóch sierściuchów, ruszyliśmy z powrotem do domu... (Swoją drogą - nieczęsto zdarza się gospodarz, który rozumie, że goście spędziwszy kilka dni pod gołym niebem mogą mieć problem ze spaniem w pomieszczeniu. Na różnych rajdowo-przygodowo-górskich opowieściach upłynął nam bardzo miło wieczór.)


"W środku Lasów Janowskich znakarz szlaków z sakwą wygryzioną przez wioskowego psa [dobra rada - nie woźcie kiełbasy w sakwie!]. Ślady dawnej świetności wąskotorówki do wywozu drewna nagle zakrywa chmura kurzu z rozpędzonego samochodu z dłużycami. Koszmarnie dziurawa droga asfaltowa przez las z kiczowatą kapliczką, ozdobioną bukietami plastikowych kwiatów. W stronę Kraśnika pracowite podjazdy i karkołomne zjazdy do kolejnych wąwozów. Lessowy garb w dolinie Wyżnicy poprzecinany koleinami dróg, wciśnięty pomiędzy plantacje malin i aronii. Spomiędzy rzędów dochodzą rozmowy Ukrainek. Stawka na skupie to 2 złote za kilo - ciekawe, czy dostają chociaż 1 zł..."

Teren noclegowo niezbyt przyjazny, ale znaleźliśmy kawałek nieużyku. Wokół namiotu kręcił się rogacz, głośno porykując. Nikt nie lubi intruzów na swoim terytorium. Rankiem znowu ruszyliśmy na północ. Kazimierz podczas długiego weekendu był miejscem strasznym, z którego uciekliśmy czym prędzej.


"Stroma, kręta droga z polnych kamieni wijąca się dnem wąwozu. Sejmik bociani na łąkach pod Kazimierzem. Gdzieś pod Zakładami Azotowymi przeciekający daszek nastawni Azoty-Puławy daje wystarczający azyl na przeczekanie letniej burzy. Komary tego lata są wszędzie, nawet w kawiarni w środku Puław. Na jednym z domów w Wilkowie na świeżym tynku ściany frontowej pozioma linia i napis 'POWÓDŹ 2010'. Ktoś musiał stanąć na drabinie, aby upamiętnić to wydarzenie..."

Ostatniego dnia poczuliśmy "przyciąganie domu". Spod Dęblina zostało nam już tylko 120 km. Droga, nudna, szosowa, nużąca, bolący tyłek, mimo to satysfakcja - udało się dojechać!


"Upiorna pobudka: problemy żołądkowe + komary + deszcz. Na otarcie łez kilka garści kurek. Wieprz w okolicach Dęblina to całkiem malownicza rzeka. Szosa z płyt betonowych pomiędzy Wilgą a Sobieniami - obowiązkowy masaż pośladków dla każdego turysty rowerowego. Most na Wiśle w Górze Kalwarii - łamigłówka rowerowa. Po sześciu dniach w siodełku nastąpiło przewartościowanie terenu do wycieczek rowerowych realizowanych od drzwi domu. Turystyka sakwowa ma jedną niezaprzeczalną zaletę - mało bagażu, a więc mało sprzątania po powrocie!"

Zdjęcia nieco słabsze niż zwykle, bo robione telefonem. Takie amatorskie kino drogi. Dziękujemy za uwagę :)

poniedziałek, 25 lipca 2011

Nie zawsze jest wesoło

Dziś, będąc w naszym serwisie rowerowym, dostaliśmy bardzo smutną wiadomość. Po długiej walce z chorobą odszedł Eryk - serwisant/mechanik/handlowiec w jednej osobie. Miał zaledwie 25 lat.

Już jako nastolatek dorabiał w sklepie, w którym kupowaliśmy nasze pierwsze górale. Był nieodłączną częścią tego miejsca. Składał nam rowery, nie raz doradzał w wyborze części. W naszej pamięci zostanie jako chłopak z wielką pasją, niezwykle pozytywny, zaangażowany, pomocny i życzliwy.

Nie potrafię napisać nic mądrego, jest mi po prostu cholernie smutno.

niedziela, 24 lipca 2011

Rower a gry planszowe

Po niewyobrażalnie długiej, 3-tygodniowej (!) przerwie od roweru wracam nie tylko na siodełko, ale i na bloga.

Miałam jako dziecko grę planszową pt. "Wakacyjna wyprawa". Była to jedna z tych zabawek, które kształtują gust, aspiracje i wyobrażenia o świecie na długie lata. Dziewczynka i chłopiec wspólnie podróżowali po planszy, robiąc różne fajne rzeczy. Na przykład - wiewiórka pokazuje Ci skrót przez las - posuwasz się 5 pól do przodu. Przewrócił Ci się kajak - suszysz się i czekasz dwie kolejki. I tak dalej w ten deseń.

Dlaczego dziś sobie o tym przypomniałam? Pojechaliśmy z Sahibem po południu (bo do południa spaliśmy) na taki ni to trening, i na stawy zajrzeć, i na ciastko. No i było jak w tej grze:

- zbyt długo delektujesz się kawą i ciastkiem - tracisz dwie kolejki,
- kurki w lesie znajdziesz - tracisz kolejkę,
- wymyślasz nowe skróty przez bagna (o których doskonale wiesz, że tam są!) - tracisz trzy kolejki,

wracasz do domu w mokrych butach i w dodatku załapujesz się na deszcz. Chyba trzeba będzie zacząć wstawać z kurami, ech...