„Tak właśnie rodzi się opętanie cyfrą. Dopada każdą szlachetną dyscyplinę: poezję, muzykę i trud naukowca. Cyfra jest podstępną alfonsicą, która w zamian za miłość naszego życia podsuwa ponętną kurwę - sławę. Ta dziwka czyni z nas wygłodzone widma pożądające jedynego ścierwa - uznania i zaszczytu. Wprawdzie ścierwo-zaszczyt karmi widmo, lecz głodu nie syci. W ten sposób obsuwamy się w wyścig wygłodzonych szczurów. Zatracamy się w durnym złudzeniu, że jesteśmy warci tyle, co wyłudzony od świata zaszczyt. Oto poklask, a poczucie własnej wartości nadyma się. Oto krytyka, a zraniona duma gorliwie szuka imponującej cyfry i kombinuje, jak korzystnie sprzedać miłość naszego życia. No i proszę, handlujemy własnymi duszami, a sztuka przestaje być sięganiem do gwiazd i staje się kupczeniem.”
Wojtek Kurtyka, „Chiński maharadża”, Wyd. Góry Books, Kraków 2013
Książka godna polecenia każdemu, kto zajmuje się sportem, zwłaszcza na pograniczu amatorki i profesjonalizmu. Choć osoba Narratora wzbudza ambiwalentne uczucia (ech, ta koncentracja na sobie!), a tematyka krąży wokół wspinaczki sportowej, czyta się ją z zapartym tchem. O walce z samym sobą, o wyborach między pasją a bliskimi, o biznesie, sławie, wynikach, ambicjach... Rozmawiałam z kilkoma czytelnikami tuż po lekturze i, co ciekawe, każdy odebrał ją zupełnie inaczej. Polecam.
wtorek, 11 marca 2014
niedziela, 22 grudnia 2013
Cudze chwalicie
Nasza okolica nie przestaje mnie zaskakiwać. Podczas wczorajszej przebieżki (!!!! leń się obudził z zimowego snu!) spotkałam i zagadnęłam Panią w kolorowym ludowym stroju, wystającym spod płaszcza. Okazało się, że to artystka z Zespołu Śpiewaczego Tęcza, który działa w sąsiedniej wsi. Muszę kiedyś wybrać się na jakiś koncert, w końcu „cudze chwalicie, swego nie znacie”, a bliska jest mi muzyka ludowa, zarówno w wersji surowej, jak i wszelkie jej jazzujące odmiany. Zespół występuje w strojach wilanowskich, o których - wstyd powiedzieć - usłyszałam pierwszy raz (mimo ponad 20 lat życia spędzonych na Wilanowie).Zdjęcie pochodzi ze strony zespołu.
Czy zdarzają Wam się w czasie treningów jakieś zaskakujące spotkania?
niedziela, 29 września 2013
piątek, 9 listopada 2012
Jak zmotywował mnie Scott Jurek
Jakiś czas temu znajomi prowadzący Centrum Biegowe Ergo zorganizowali spotkanie z legendą amerykańskich ultramaratonów, Scottem Jurkiem. Gość na spotkaniu wydał mi się przesympatyczny i autentyczny. Wczoraj wpadła w moje ręce jego książka „Jedz i biegaj” - pożyczył mi ją kolega, który przypadkowo ma takie same inicjały jak Scott. Pewnie prawie cały świat biegowy właśnie ją czyta, więc nie będę pisać szczegółowych recenzji. Jedno mogę powiedzieć - jeśli połykam książkę w jeden wieczór, to znaczy, że nie może być zła! Wciągnęłam się, pomimo że nie utożsamiam się ze światem biegaczy (tym bardziej długodystansowych) w tak wielkim stopniu, w jakim sama bym chciała. Jedyną być może płaszczyzną porozumienia ze Scottem mógłby być dla mnie świat jedzenia, ale do tego jeszcze wrócę.
Tymczasem dziś (czyżby po lekturze?) przełamałam opór materii i wyszłam pobiegać pierwszy raz w „tym” sezonie. „Tym” czyli jak zwykle w moim anarchistycznym i spontanicznym kalendarzu treningowym obejmującym zimniejszą porę roku. Temperatury idealne. Zatem...
... SEZON BIEGOWY OGŁASZAM ZA ROZPOCZĘTY!
Przynajmniej we własnej głowie. Chciałabym po tej pierwszej przebieżce być mniej zmęczona. Ale cóż, co kto sieje, to i zbiera. Jak się głupio robi półroczne przerwy w bieganiu, to trudno chyba oczekiwać cudów? Czuję dziś solidarność z tymi wszystkimi, co pierwszy raz wytoczyli się z domu i łapiąc zadyszkę przebiegli pierwszy kilometr w życiu... (dobra, u mnie było ich kilka więcej, nie miałam też bawełnianego dresu, ale czy to ważne? zmęczyłam się!).
Wracając do Scotta i jego książki. Scott jest weganinem, ja od wielu lat jestem wegetarianką, a więc różni mnie spożywanie jajek i nabiału. W książce przeplatają się historie biegowe i przepisy. I do tych przepisów się przyczepię. Zawierają mnóstwo składników, całe długie listy. Już to może odrzucić kulinarnego laika, zwłaszcza mięsożercę. Poza tym część z tych składników można u nas w Polsce dostać tylko w wyspecjalizowanych sklepach, np. z żywnością orientalną albo w dużych supermarketach. O niektórych z nich nigdy nie słyszałam i podejrzewam, że dostępne są tyko na rynku amerykańskim. Wielka szkoda, bo w ten sposób, zamiast zachęcić do tego rodzaju diety, autor leje wodę na młyn tych, którzy twierdzą, że dieta wegańska (i wegetariańska) jest droga, skomplikowana i czasochłonna. A czy musi taka być? Jasne, że nie. Nie chcę tu rozwijać specjalnie tego tematu, nie jest to blog o żywieniu i dietach, nie chcę też wywoływać męczącej i do niczego nie prowadzącej dyskusji. Chciałabym tylko zaznaczyć, że żyjemy w przyjaznej strefie klimatycznej, w której udaje się mnóstwo roślin, duża część naszego rolnictwa to jeszcze ciągle „eko”, mamy lasy, w których możemy rozejrzeć się - za darmo - za wieloma roślinami jadalnymi. Zamiast kombinować z drogimi, egzotycznymi orzechami i olejami możemy spożywać orzechy włoskie i olej lniany. Zamiast syropu z agawy stosować swojskie miody. Szkoda, że redaktorzy wydania polskiego nie spróbowali we współpracy z autorem choć trochę dostosować tej kulinarnej treści do lokalnego rynku. Nie mam nic przeciwko glonom albo miso, sama od czasu do czasu je kupuję, bo mają dla mnie niezaprzeczalne walory smakowe. Jednak nie są to produkty, na których moglibyśmy oprzeć dietę.
Scott pisze też o podstawach diety, które mogą być uniwersalne, dla każdego, także dla osób jedzących mięso. Chociażby o tym, że warto zdawać sobie sprawę z pochodzenia żywności, którą jemy, żeby słuchać organizmu, żeby wybierać produkty jak najmniej przetworzone, że niektóre produkty pomagają w chorobach i regeneracji organizmu. I pod tym podpisuję się oczywiście obiema rękami.
A w następnym wpisie zabieram Was do Rumunii!
Tymczasem dziś (czyżby po lekturze?) przełamałam opór materii i wyszłam pobiegać pierwszy raz w „tym” sezonie. „Tym” czyli jak zwykle w moim anarchistycznym i spontanicznym kalendarzu treningowym obejmującym zimniejszą porę roku. Temperatury idealne. Zatem...
... SEZON BIEGOWY OGŁASZAM ZA ROZPOCZĘTY!
Przynajmniej we własnej głowie. Chciałabym po tej pierwszej przebieżce być mniej zmęczona. Ale cóż, co kto sieje, to i zbiera. Jak się głupio robi półroczne przerwy w bieganiu, to trudno chyba oczekiwać cudów? Czuję dziś solidarność z tymi wszystkimi, co pierwszy raz wytoczyli się z domu i łapiąc zadyszkę przebiegli pierwszy kilometr w życiu... (dobra, u mnie było ich kilka więcej, nie miałam też bawełnianego dresu, ale czy to ważne? zmęczyłam się!).
Wracając do Scotta i jego książki. Scott jest weganinem, ja od wielu lat jestem wegetarianką, a więc różni mnie spożywanie jajek i nabiału. W książce przeplatają się historie biegowe i przepisy. I do tych przepisów się przyczepię. Zawierają mnóstwo składników, całe długie listy. Już to może odrzucić kulinarnego laika, zwłaszcza mięsożercę. Poza tym część z tych składników można u nas w Polsce dostać tylko w wyspecjalizowanych sklepach, np. z żywnością orientalną albo w dużych supermarketach. O niektórych z nich nigdy nie słyszałam i podejrzewam, że dostępne są tyko na rynku amerykańskim. Wielka szkoda, bo w ten sposób, zamiast zachęcić do tego rodzaju diety, autor leje wodę na młyn tych, którzy twierdzą, że dieta wegańska (i wegetariańska) jest droga, skomplikowana i czasochłonna. A czy musi taka być? Jasne, że nie. Nie chcę tu rozwijać specjalnie tego tematu, nie jest to blog o żywieniu i dietach, nie chcę też wywoływać męczącej i do niczego nie prowadzącej dyskusji. Chciałabym tylko zaznaczyć, że żyjemy w przyjaznej strefie klimatycznej, w której udaje się mnóstwo roślin, duża część naszego rolnictwa to jeszcze ciągle „eko”, mamy lasy, w których możemy rozejrzeć się - za darmo - za wieloma roślinami jadalnymi. Zamiast kombinować z drogimi, egzotycznymi orzechami i olejami możemy spożywać orzechy włoskie i olej lniany. Zamiast syropu z agawy stosować swojskie miody. Szkoda, że redaktorzy wydania polskiego nie spróbowali we współpracy z autorem choć trochę dostosować tej kulinarnej treści do lokalnego rynku. Nie mam nic przeciwko glonom albo miso, sama od czasu do czasu je kupuję, bo mają dla mnie niezaprzeczalne walory smakowe. Jednak nie są to produkty, na których moglibyśmy oprzeć dietę.Scott pisze też o podstawach diety, które mogą być uniwersalne, dla każdego, także dla osób jedzących mięso. Chociażby o tym, że warto zdawać sobie sprawę z pochodzenia żywności, którą jemy, żeby słuchać organizmu, żeby wybierać produkty jak najmniej przetworzone, że niektóre produkty pomagają w chorobach i regeneracji organizmu. I pod tym podpisuję się oczywiście obiema rękami.
A w następnym wpisie zabieram Was do Rumunii!
środa, 3 października 2012
Pogórze Przemyskie - nareszcie zdjęcia
Na wstępie chciałabym podziękować wszystkim tym, którzy jeszcze zaglądają na mojego bloga, pomimo miesięcznej, lecz nie do końca zawinionej przerwy. Ze zdjęciami jest słabo - cały czas leżą na moim biurku dwie karty, do których nie mam szansy się dobrać. Potrafi to zrobić Sahib (a konkretnie jego laptop), który jest od kilku tygodni w lesie. Straciłam już nadzieję na te fotki.
Cóż... pozostaje mi zadowolić się kilkoma ujęciami z kamerki. Mam nadzieję, że podpisy wynagrodzą tragiczną jakość tych zdjęć i choć trochę pokażą klimat przygody i Pogórza Przemyskiego. Klimat, a nawet pogodę. :)
Chciałam umieścić bezpośrednio galerię Picasy tutaj, ale ta opcja u mnie nie działa, mimo wielokrotnych prób (ktoś wie, jak to zrobić?). Technologia, zamiast pomagać, powoduje niekiedy stratę czasu i nerwów... Dlatego zamieszczam linka i zapraszam do oglądania. Domyślna szybkość przeglądania to 3 sekundy na zdjęcie, ale można ją zmienić.
Z rowerowym pozdrowieniem!
„To on, to on! Wszystko przez niego!" ;)
Cóż... pozostaje mi zadowolić się kilkoma ujęciami z kamerki. Mam nadzieję, że podpisy wynagrodzą tragiczną jakość tych zdjęć i choć trochę pokażą klimat przygody i Pogórza Przemyskiego. Klimat, a nawet pogodę. :)
Chciałam umieścić bezpośrednio galerię Picasy tutaj, ale ta opcja u mnie nie działa, mimo wielokrotnych prób (ktoś wie, jak to zrobić?). Technologia, zamiast pomagać, powoduje niekiedy stratę czasu i nerwów... Dlatego zamieszczam linka i zapraszam do oglądania. Domyślna szybkość przeglądania to 3 sekundy na zdjęcie, ale można ją zmienić.
Z rowerowym pozdrowieniem!
„To on, to on! Wszystko przez niego!" ;)
poniedziałek, 20 sierpnia 2012
Pogórze Przemyskie - rowerowa włóczęga
W tym roku wyjazd blisko i na krótko. Tak się złożyło. Nie mam jednak poczucia, że to gorzej niż jakieś egzotyczne wyprawy, na które jeździ wielu znajomych. Po prostu inaczej. Wydaje mi się, że z podróżami bywa tak, że znajduje się w nich to, co się samemu przyniesie. I jeśli komuś dopisuje apetyt na życie i ciekawość świata, to nawet w lesie koło domu odkrywa magiczny świat.A Pogórze Przemyskie? Czy jest magiczne? Gdyby nie było, to nie jechałabym tam już czwarty raz (tak!). Ograniczone wielkim zakrętem Sanu, między Przemyślem a Bieszczadami, niższe niż one, ale miejscami nie mniej dzikie. Ba, dzikie nawet bardziej - bez tłumów turystów, z zarośniętymi szlakami i wsiami, w których trudno o zwykły spożywczak. Strome podjazdy, dziurawe szutrówki, zwierzyna, a do tego fantastyczna dolina Sanu, spięta kładkami i małymi promami jak klamerkami do prania.
Zaledwie po kilku dniach oderwaliśmy się od codzienności, tak jakby wyjazd trwał nie tydzień, lecz miesiąc. Stale mokry namiot (trafiła nam się najgorsza pogoda w całej Polsce), makaron z groszkiem, najtańszy chleb z dżemem, sakwy całe w błocie, życzliwi ludzie spotykani po drodze, drewniane zabytkowe cerkwie sprzed wieków, arłamowskie łąki pełne kwiatów i ostów, dzikie kwaśne jabłka - przysmak jeleni... I wiele innych smaków i zapachów drogi. To wszystko sprawiło, że teren ten zobaczyliśmy i odczuliśmy zupełnie inaczej niż ścigając się na Adventure Trophy w 2010 roku albo podczas poprzednich wyjazdów pieszych z namiotem.
Wyjazd zaczął się pechowo - po przyjeździe na miejsce okazało się, że mój sakwowy rower nie jest w pełni sprawny, a mi nawet do głowy nie przyszło sprawdzić to przed wyjazdem (przecież w maju działał bezawaryjnie!). Był piątkowy wieczór, sytuacja wydawała się beznadziejna - dzięki pomocy kilku życzliwych osób udało mi się umówić na spotkanie mechanikiem z Leska, Maćkiem Lochmanem, który uczynił cud i przywrócił piastę w tylnym kole może nie do stanu nowości, lecz przynajmniej do działania. Jeśli będziecie w okolicy, to polecam Wam to miejsce - jest to jedyny serwis w Lesku (Bike-Sport), przy głównej drodze, więc znaleźć go nietrudno. Pan Maciek (który sam startuje w maratonach MTB) niezwykle serdeczny, pomysłowy, cierpliwy, za swoją nieocenioną pomoc po godzinach wziął tylko parę złotych. A napęd wytrzymał do końca wyjazdu!
Z powodu pogody sportowy aspekt nie był najważniejszy - zrobiliśmy zaledwie około 290 kilometrów. Trochę zdjęć, trochę filmów, cały zeszyt zapisków, ale to co najważniejsze - w sercu, a tego nie da się zmierzyć. Mżawka, kury mokre mokre po rowach grasują, pani sklepowa robi nam kawę, herbatę. To uczucie szczęścia, gdy po kilku dniach deszczu wychodzi słońce, siądzie się przy drodze czekając na coś, patrzy na niebo, na kwiaty, na owady, a tu ktoś z wioski na rowerze przejedzie, a tu drewno zwożą, a tu ptak wielki przeleci, a tu strumień w dole od deszczówki brunatny. A potem podjazd, że dech zapiera i po pierniczku z marmoladą na górze. Albo wielka mleczna krówka, dwa razy większa niż u nas na nizinach.Zdjęć chwilowo nie ma z przyczyn technicznych (dlatego na razie tylko kilka rysunków z notatnika). Ale mam dla Was dodatek specjalny - pomysłowy poradnik, niezwykle błyskotliwy esej i wiersz kipiący od emocji. Enjoy! ;)
PORADNIK
p.t. JAK ZORGANIZOWAĆ SOBIE EKSTREMALNE WAKACJE W DOMU, A DOKŁADNIE NA BALKONIE
Potrzebne będą: zła pogoda (zimno, mżawka, deszcz), mokre ubrania, mokry rower, najtańszy chleb ze sklepu (może być krojony), serek topiony, mogą być krówki. Wychodzimy z tym wszystkim na balkon i najlepiej w kucki jemy śniadanie. Smacznego!
ESEJ
p.t. JAK POWSTAWAŁA SZTUKA LUDOWA
W dawnych czasach, jak nie było parasoli ani wiejskich świetlic, ani radia, ani książek, nie mówiąc już o telewizji, to jak padał deszcz, mieszkańcy wiosek siedzieli w swoich chałupach i jak już zrobili wszystko, co potrzeba, to z nudów tworzyli sztukę z tego, co mieli pod ręką, no bo co tu robić, jak pada i pada?
WIERSZ
p.t. DESZCZ
Mokną rowery i moknie las,mokrą nasze sny i moknie czas,
ale chatka nie przecieka i woda w kranie -
zjedzmy zatem świąteczne śniadanie!
czwartek, 26 lipca 2012
Radziejowice - wyprawa po średniowieczne buty
Jakiś czas temu zamówiłam buty do uszycia - okazało się, że można je odebrać w Radziejowicach. Super, pomyślałam, przy okazji zrobię sobie fajną wycieczkę i/lub trening. Do Radziejowic czasem jeździliśmy całą ekipą (czyli z Moniką, Piotrkiem i Sahibem) - nie wydawało się daleko. 30 km w jedną stronę z Piaseczna?
No cóż, albo coś mi się pomieszało, albo jechałam naokoło. Wyszło 50 km tam i 45 z powrotem, a jeśli dodać do tego niezbyt wiele zabranych batonów, zerową ilość gotówki, koszmarne duszne powietrze, to nic dziwnego, że odżyłam dopiero w domu po zimnym prysznicu i trzech ciepłych obiadach.
ATRAKCJE RADZIEJOWIC wg KRÓLIKA
Radziejowice, położone przy trasie Warszawa-Katowice, na pewno wielu z Was mijało samochodem. Warto zboczyć z ekspresówki (obecnie nie tak ekspresowej, jakbyśmy sobie tego mogli życzyć - remont trwa w najlepsze) i zajrzeć do miejscowości. Można tu posiedzieć sobie w zadbanym, przestronnym parku, który otacza klasycystyczny pałac Radziejowskich. Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o kawiarni, która ma własny park z rzeźbami i dziwną instalacją złożoną z poroży (może ktoś wie, o co chodzi?). Niestety tym razem z braku gotówki musiałam obejść się smakiem, przeżuwając odliczoną długość batonika popitego wodą z bidonu, patrząc smętnie na innych gości zajadających lody i ciastka, choć w dzień powszedni i tak gości było jakby mniej. Do atrakcji Radziejowic zaliczyłabym parkową zieleń, która jak wiadomo koi nerwy i wzrok, męczony nie tylko przy pomocy monitora komputera, ale i przez brzydkie widoki, na przykład śmieci w lesie. Oj, ten temat prześladował mnie dziś wielokrotnie... Wyjeżdżając z Radziejowic w stronę trasy katowickiej zauważyłam kątem oka jeszcze jedną restaurację, w budynku pamiętającym PRL, która wyglądała obiecująco - temat do wyeksplorowania na przyszłość.
Na koniec atrakcja dodatkowa czyli odbiór butów z firmy fabrykajuchtu.pl. Nie każdemu musi podobać się taki styl, ale ponieważ dwa inne modele butów Trek używam od ponad 10 lat, to powiem tyle - mocne, wygodne, całe ze skóry i szyte w Polsce. Jakoś ze szpilkami i czółenkami wyjątkowo się nie lubimy, ale myślę, że trzeba być sobą i nie ma sensu zmuszać się do noszenia „czegoś, co wszyscy noszą.” Te idealnie wpisują się w moją estetykę. Niby wzorowane na średniowiecznych, ale pasują do wszystkiego - i do dżinsów, i do sukienki. (Gdybyście chcieli coś zamówić, to lepiej brać o numer mniejsze niż normalnie - skóra, choć gruba, jest niesamowicie elastyczna i po kilku założeniach leżą na nodze jak ulał. Ja normalnie noszę 38, buty rowerowe i biegowe nawet 39, tymczasem treki zamówiłam w rozmiarze 37 i są w sam raz. Post nie jest sponsorowany, natomiast nie widzę powodu, by nie pisać o czymś, do czego ma się przekonanie.)
Jak dojechać do Radziejowic? Nie wiem, czy jestem właściwą osobą, by udzielić odpowiedzi. ;) W każdym razie z Nowej Iwicznej pojechałam tak: Lesznowola-Antoninów-Szczaki-Mroków-Jastrzębiec-Krakowiany-Żelechów-Kaleń-Skuły-Grzegorzewice-Zboiska-Radziejowice. Wróciłam podobnie, z tym że kawałek przejechałam trasą katowicką (drogą techniczną i poboczem - słaby pomysł): Radziejowice-Żabia Wola-Żelechów i dalej tak samo.
No cóż, albo coś mi się pomieszało, albo jechałam naokoło. Wyszło 50 km tam i 45 z powrotem, a jeśli dodać do tego niezbyt wiele zabranych batonów, zerową ilość gotówki, koszmarne duszne powietrze, to nic dziwnego, że odżyłam dopiero w domu po zimnym prysznicu i trzech ciepłych obiadach.
ATRAKCJE RADZIEJOWIC wg KRÓLIKA
Radziejowice, położone przy trasie Warszawa-Katowice, na pewno wielu z Was mijało samochodem. Warto zboczyć z ekspresówki (obecnie nie tak ekspresowej, jakbyśmy sobie tego mogli życzyć - remont trwa w najlepsze) i zajrzeć do miejscowości. Można tu posiedzieć sobie w zadbanym, przestronnym parku, który otacza klasycystyczny pałac Radziejowskich. Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o kawiarni, która ma własny park z rzeźbami i dziwną instalacją złożoną z poroży (może ktoś wie, o co chodzi?). Niestety tym razem z braku gotówki musiałam obejść się smakiem, przeżuwając odliczoną długość batonika popitego wodą z bidonu, patrząc smętnie na innych gości zajadających lody i ciastka, choć w dzień powszedni i tak gości było jakby mniej. Do atrakcji Radziejowic zaliczyłabym parkową zieleń, która jak wiadomo koi nerwy i wzrok, męczony nie tylko przy pomocy monitora komputera, ale i przez brzydkie widoki, na przykład śmieci w lesie. Oj, ten temat prześladował mnie dziś wielokrotnie... Wyjeżdżając z Radziejowic w stronę trasy katowickiej zauważyłam kątem oka jeszcze jedną restaurację, w budynku pamiętającym PRL, która wyglądała obiecująco - temat do wyeksplorowania na przyszłość.
Na koniec atrakcja dodatkowa czyli odbiór butów z firmy fabrykajuchtu.pl. Nie każdemu musi podobać się taki styl, ale ponieważ dwa inne modele butów Trek używam od ponad 10 lat, to powiem tyle - mocne, wygodne, całe ze skóry i szyte w Polsce. Jakoś ze szpilkami i czółenkami wyjątkowo się nie lubimy, ale myślę, że trzeba być sobą i nie ma sensu zmuszać się do noszenia „czegoś, co wszyscy noszą.” Te idealnie wpisują się w moją estetykę. Niby wzorowane na średniowiecznych, ale pasują do wszystkiego - i do dżinsów, i do sukienki. (Gdybyście chcieli coś zamówić, to lepiej brać o numer mniejsze niż normalnie - skóra, choć gruba, jest niesamowicie elastyczna i po kilku założeniach leżą na nodze jak ulał. Ja normalnie noszę 38, buty rowerowe i biegowe nawet 39, tymczasem treki zamówiłam w rozmiarze 37 i są w sam raz. Post nie jest sponsorowany, natomiast nie widzę powodu, by nie pisać o czymś, do czego ma się przekonanie.)Jak dojechać do Radziejowic? Nie wiem, czy jestem właściwą osobą, by udzielić odpowiedzi. ;) W każdym razie z Nowej Iwicznej pojechałam tak: Lesznowola-Antoninów-Szczaki-Mroków-Jastrzębiec-Krakowiany-Żelechów-Kaleń-Skuły-Grzegorzewice-Zboiska-Radziejowice. Wróciłam podobnie, z tym że kawałek przejechałam trasą katowicką (drogą techniczną i poboczem - słaby pomysł): Radziejowice-Żabia Wola-Żelechów i dalej tak samo.
niedziela, 15 lipca 2012
Trebusz, wineja, taran... czyli zamek rowerzystom przyjazny
Czersk jest dla mnie jednym z tych miejsc, których nie da się nie lubić, pomimo, że byłam tam już niezliczoną ilość razy (oczywiście rowerem!). Czasem jedziemy do Czerska wieczorem, szybko mknąc szosami, innym razem lasem, szlakiem, niespiesznie jedząc po drodze jagody.
Dziś przyświecał nam cel rekreacyjno-poznawczy, a pojechaliśmy stałą ekipą - Monika, Piotrek i ja. Na przestronnym dziedzińcu Zamku w Czersku przez całe lato można obejrzeć zrekonstruowane machiny oblężnicze. Wykonane według dawnych wzorów i podobno przy użyciu starodawnych technik. Wystawa jest skromna, zaledwie 8 obiektów, ale za to w skali 1:1 i wszystkiego można dotknąć. Brakuje trochę pokazów „jak to działa” czyli strzelania średniowiecznymi, 100-kilogramowymi pociskami w stronę okolicznych sadów. Być może wzbudziłoby to protesty mieszkańców, ale na pewno dobrze odstraszyło szpaki. ;)
ATRAKCJE CZERSKA wg KRÓLIKA
1. Piękne położenie i widoki na dolinę Wisły.
2. Zamek i stary kościół - jeśli ktoś lubi zabytki. Zamek jest miejscem przyjaznym rowerzystom - nie tylko na jego teren można wejść z rowerem, ale wstęp dla rowerzystów jest wręcz tańszy! 10 zł bilet normalny, 7 zł bilet z rowerem!!! Na zamku atrakcje dla dzieci (kucyki, lody).
3. Kilka fantastycznych podjazdów na skarpę Wisły, które docenią zwłaszcza osoby rzetelnie trenujące. Omówię je szczegółowo. Tuż pod zamkiem podjazd szosowy (ulica Warszawska). Bliżej Góry Kalwarii (ulica Dolna) podjazd gruntowy, pośród sadów. Z kolei na zielonym szlaku wiodącym z Czerska na południe (ulica Pólko) dość wymagający podjazd po kocich łbach - wygląda strasznie, ale podjechać się da. (W okolicy znajduje się także wspaniały, kręty podjazd po kocich łbach w Górze Kalwarii na czerwonym szlaku, fragment Krwawej Pętli - ulica św. Antoniego.)
4. Przyjemny ryneczek z ławkami.
5. Na ryneczku knajpa w starej, drewnianej chałupie - polecam mój stały zestaw: świeżą, pieczoną w sąsiednim obejściu szarlotkę (rewelacja!), buraczki zasmażane, naleśniki z serem oraz herbatę zieloną „ryżową” - proście o kubki dla motocyklistów - napijecie się po uszy. Miejsce przyjazne rowerzystom - z zacienionym ogródkiem.
6. Niewielka galeria z wyrobami ludowymi, od różnych rzemieślników z Polski, o czym właścicielka chętnie opowiada. Wolę co prawda oglądać i inspirować się niż kupować. Urzekł mnie stary wełniany łowicki pasiak i współczesne drewniane miski z Suchedniowa, a także niewielki ceramiczny durszlak - idealny na porzeczki.
7. Sady pod zamkiem. W sezonie warto się przejechać - można kupić wiśnie albo jabłka prosto z drzewa.
Chyba nie muszę Was przekonywać, że w wolny weekend warto zajrzeć do Czerska? Przydałyby się jakieś zdjęcia, niestety jak zwykle byłam bez aparatu.
Jak dojechać rowerem? Z Warszawy do Czerska nie jest daleko, od stacji metra Kabaty - około 30 km. Polecam kombinacje różnych szlaków pieszych i rowerowych, prowadzących między innymi przez urokliwy Konstancin i Lasy Chojnowskie. (Konstancin wymaga chyba osobnego omówienia na blogu, od jakiegoś czasu myślę o stworzeniu mini przewodnika po naszych okolicach.) Można też podjechać z Warszawy pociągiem podmiejskim na przykład do Czachówka Południowego - stąd do Czerska jest około 10 km, linia na Warkę/Radom.
PS. Przy okazji - to setny wpis na blogu.
Dziś przyświecał nam cel rekreacyjno-poznawczy, a pojechaliśmy stałą ekipą - Monika, Piotrek i ja. Na przestronnym dziedzińcu Zamku w Czersku przez całe lato można obejrzeć zrekonstruowane machiny oblężnicze. Wykonane według dawnych wzorów i podobno przy użyciu starodawnych technik. Wystawa jest skromna, zaledwie 8 obiektów, ale za to w skali 1:1 i wszystkiego można dotknąć. Brakuje trochę pokazów „jak to działa” czyli strzelania średniowiecznymi, 100-kilogramowymi pociskami w stronę okolicznych sadów. Być może wzbudziłoby to protesty mieszkańców, ale na pewno dobrze odstraszyło szpaki. ;)ATRAKCJE CZERSKA wg KRÓLIKA
1. Piękne położenie i widoki na dolinę Wisły.
2. Zamek i stary kościół - jeśli ktoś lubi zabytki. Zamek jest miejscem przyjaznym rowerzystom - nie tylko na jego teren można wejść z rowerem, ale wstęp dla rowerzystów jest wręcz tańszy! 10 zł bilet normalny, 7 zł bilet z rowerem!!! Na zamku atrakcje dla dzieci (kucyki, lody).
3. Kilka fantastycznych podjazdów na skarpę Wisły, które docenią zwłaszcza osoby rzetelnie trenujące. Omówię je szczegółowo. Tuż pod zamkiem podjazd szosowy (ulica Warszawska). Bliżej Góry Kalwarii (ulica Dolna) podjazd gruntowy, pośród sadów. Z kolei na zielonym szlaku wiodącym z Czerska na południe (ulica Pólko) dość wymagający podjazd po kocich łbach - wygląda strasznie, ale podjechać się da. (W okolicy znajduje się także wspaniały, kręty podjazd po kocich łbach w Górze Kalwarii na czerwonym szlaku, fragment Krwawej Pętli - ulica św. Antoniego.)
4. Przyjemny ryneczek z ławkami.
5. Na ryneczku knajpa w starej, drewnianej chałupie - polecam mój stały zestaw: świeżą, pieczoną w sąsiednim obejściu szarlotkę (rewelacja!), buraczki zasmażane, naleśniki z serem oraz herbatę zieloną „ryżową” - proście o kubki dla motocyklistów - napijecie się po uszy. Miejsce przyjazne rowerzystom - z zacienionym ogródkiem.
6. Niewielka galeria z wyrobami ludowymi, od różnych rzemieślników z Polski, o czym właścicielka chętnie opowiada. Wolę co prawda oglądać i inspirować się niż kupować. Urzekł mnie stary wełniany łowicki pasiak i współczesne drewniane miski z Suchedniowa, a także niewielki ceramiczny durszlak - idealny na porzeczki.
7. Sady pod zamkiem. W sezonie warto się przejechać - można kupić wiśnie albo jabłka prosto z drzewa.
Chyba nie muszę Was przekonywać, że w wolny weekend warto zajrzeć do Czerska? Przydałyby się jakieś zdjęcia, niestety jak zwykle byłam bez aparatu.
Jak dojechać rowerem? Z Warszawy do Czerska nie jest daleko, od stacji metra Kabaty - około 30 km. Polecam kombinacje różnych szlaków pieszych i rowerowych, prowadzących między innymi przez urokliwy Konstancin i Lasy Chojnowskie. (Konstancin wymaga chyba osobnego omówienia na blogu, od jakiegoś czasu myślę o stworzeniu mini przewodnika po naszych okolicach.) Można też podjechać z Warszawy pociągiem podmiejskim na przykład do Czachówka Południowego - stąd do Czerska jest około 10 km, linia na Warkę/Radom.
PS. Przy okazji - to setny wpis na blogu.
wtorek, 10 lipca 2012
Rocznicowo-rowerowo-mieszkaniowo-blogowo
Wczoraj niepostrzeżenie minęły dwa lata bloga, zarazem i mnie minął kolejny rok. Okazji do świętowania było więcej - 11. rocznica odbioru kluczy do własnego M i drugie urodziny mojego roweru (choć rower składałam tak długo, że trudno ustalić precyzyjną datę jego powstania).
Nie obyło się bez symbolicznego toastu, takim oto stylowym trunkiem, który wypatrzył Sahib. Do późna w nocy ciągnęła się dyskusja w doborowym towarzystwie o tym, co wspólnego ma rower z organicznymi winogronami, o motywacji na trasie, o technice zjeżdżania i podjeżdżania, o karbonowych rowerach, o profilach górskich ścieżek oraz o profilach... kałuż (specjalistką jest Monika, która bada temat osobiście i z poświęceniem - być może pod kątem wydania kiedyś monografii na ten temat, o czym nie omieszkam zawiadomić Szanownych Czytelników), o biegaczkach i biegaczach, o nawigacji oraz o muzyce.
Mam nadzieję, że tematów na kolejne lata nie zabraknie, w każdym razie kilka tekstów mam już w głowie. ;)
Nie obyło się bez symbolicznego toastu, takim oto stylowym trunkiem, który wypatrzył Sahib. Do późna w nocy ciągnęła się dyskusja w doborowym towarzystwie o tym, co wspólnego ma rower z organicznymi winogronami, o motywacji na trasie, o technice zjeżdżania i podjeżdżania, o karbonowych rowerach, o profilach górskich ścieżek oraz o profilach... kałuż (specjalistką jest Monika, która bada temat osobiście i z poświęceniem - być może pod kątem wydania kiedyś monografii na ten temat, o czym nie omieszkam zawiadomić Szanownych Czytelników), o biegaczkach i biegaczach, o nawigacji oraz o muzyce.
Mam nadzieję, że tematów na kolejne lata nie zabraknie, w każdym razie kilka tekstów mam już w głowie. ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)



