Zima jest fajna, śnieg też. Rower też jest fajny. Ale połączenie jednego z drugim?
Wiele osób nie chce jeździć zimą. Bo zimno, bo ślisko, bo ciemno. Nocna Masakra w wydaniu rowerowym to zawody dla tej garstki, która uważa, że na rower zawsze jest dobra pora. Żeby było zadość nazwie, rowerzyści startują o 16.30, a limit czasu to 15 godzin. To tak w skrócie. Imprezę organizuje Daniel Śmieja, więc wiadomo, że gdzieś na zachodnich rubieżach. W zeszłym roku byłam na Masakrze w Długiem koło Dobiegniewa. Tym razem padło na Barlinek.
Barlinek? Kojarzy mi się tylko z deską podłogową i z niczym więcej. Pewnie mają tam jakieś lasy, w których te deski strugają. Rzut oka na mapę i wszystko jasne, choć wyobraźnia budowniczego trasy wcale nie ograniczyła się do lasów - na północ od miasteczka rozpościerają się też pola i wioski. Daniel na odprawie odradza nam jednak tę część trasy. "Drogi tam zawiane, jedźcie do lasu". Lepszej reklamy nie trzeba, tym bardziej, że jadę sama i zwiedzanie wiosek wcale mi się nie uśmiecha.
Jazda po śniegu ma w sobie wiele uroku, choć podczas zawodów aspekt praktyczny przeważa nad romantycznym. Jest ciężko, nie można pozwolić sobie na beztroskie bujanie w obłokach. Kontrowanie poślizgów, to noga czujnie wypięta, to mocniejsze wdepnięcie, żeby wykaraskać rower z głębokiego, przemielonego śniegu. Po pewnym czasie przychodzi większa pewność, prędkość nieznacznie wzrasta, aż do... spektakularnej zwałki prosto w wielką zaspę! I tak w kółko, to asfalt z ubitym śniegiem, to lód, to śnieg przypominający mokry piasek, to suchy, to śnieg kopny, to koleiny... Brakuje mi tych wszystkich kilkudziesięciu określeń śniegu, którymi ponoć posługują się Inuici.
Rowerzystów wystartowało 22. Odkąd czerwone światełka Wikiego i Bronka zniknęły daleko w lesie, nie spotykam prawie nikogo. Parę razy mijamy się na punktach ze Stasiejem, zaliczając punkty w tej samej kolejności. Na drodze do Zdroiska spotykam pieszego, który zgubił mapę. Komórką robi zdjęcia mojej rowerówki, żeby wrócić do bazy.
W nocy pojawia się mgła. Jest pewnie -10°, może mniej, skąd ta mgła? Z jednej strony jest nieprzyjemna, zwłaszcza na odkrytym terenie. Widzę tylko mały kawałek drogi, zarys krzaków po bokach. Z drugiej strony bezwietrznie, niesamowita cisza, śnieg i ta mgła tłumią dźwięki. Z pola spogląda na mnie sarna. Cała scena ma w sobie coś nierealnego, magię i ulotne piękno. Do rzeczywistości przywołuje jednak szczypiące powietrze, wjeżdżam w las, do czwartego punktu.
To już mój ostatni punkt. Zza zakrętu wyłaniają się światełka - aż czterech jadących razem rowerzystów z krótszej trasy rowerowej! Do bazy mam jeszcze około 30 km, z czego większość po asfalcie, który wcale nie gwarantuje szybkiej jazdy. Jest 23.00, na liczniku prawie 50 km. To żaden wynik, jak na tyle godzin jazdy (i pchania!), ale tym razem nie przyjechałam się ścigać. Wrażenia, ten cały przedświąteczny klimat w oświetlonych wioskach, samotna jazda nocą, czas na własne rozmyślania, niezbyt trudna, ale jednak wymagająca precyzji nawigacja, testowanie zimowego sprzętu.
Ostatnie kilometry dłużą się nieznośnie, bolą różne części ciała od jazdy w ciągłym napięciu. Spotkanie pary lisów na drodze urasta do rangi ważnego wydarzenia. Podobnie wymiana akumulatora w lampce i łyk herbaty z małego termosu. Telefon do Sahiba - miły przerywnik.
I nareszcie z mgły wyłania się zielona tablica "Barlinek"! Nawierzchnia w miasteczku jest gorsza niż poza nim. Gdy mijam stację benzynową, przednie koło zarzuca i zataczam dziwną trajektorię. Licznik pokazuje zaledwie 78 km, a na karcie startowej widnieją tylko 4 przedziurkowane pola. Mimo mizernego sportowego wyniku mam jednak dużo satysfakcji z samotnego zmierzenia się z trasą. Mogło być lepiej, bo do limitu zostało parę godzin. Ale tak to już bywa, że na trasie patrzy się na te sprawy inaczej niż w domu, a wizja ciepłej bazy, do której można dojechać prawie odśnieżonym asfaltem działa lepiej niż magnes.
O sprzęcie, który zabrałam, o patentach podpatrzonych w bazie - będzie osobna notka. Stay tuned, jak mawiają :)
poniedziałek, 20 grudnia 2010
czwartek, 16 grudnia 2010
List do Mikołaja
Zbliża się Gwiazdka, a jak Gwiazdka, to wiadomo - prezenty. Nie będę długo nudzić o jakiś korbach ani super-smarach. Wyselekcjonowałam specjalnie dla Czytelników najfajniejsze pomysły. Kto odrobił grzecznie treningowe plany, po zawodach czyścił rower z błota i nie stawiał go w przeciągach :), ten na pewno znajdzie pod choinką to, o co poprosił Mikołaja w liście!
Na początek coś dla zarobionych, którym czasu nie starcza na zajęcia domowe i treningi. Taki gadżet znalazłam tutaj i zapożyczyłam fotkę. Rower z wbudowaną pralką pozwoli ubrania jednocześnie brudzić i prać. Fantastyczne!

Coś dla prawdziwych elegantów. Fotka pochodzi z aukcji internetowej, która niestety się skończyła, ale wiecie - Mikołaj może wszystko!

Coś dla sprzętowych minimalistów - pompka mniejsza od długopisu. Fotka mojego autorstwa (a recenzja w przyszłości).

Dla rowerzystów-filatelistów. Na pewno tacy się znajdą. Świetny podarek, bo nie zajmuje zbyt wiele miejsca. Fotka pochodzi z aukcji internetowej.

Pralkę już mam, pompkę zresztą też, znaczków nie zbieram, a w krawatach nie chodzę. Ale zamierzam poprosić mojego Mikołaja o coś zupełnie innego - o wspólną przejażdżkę w święta. Albo nawet dwie!
A Wy napisaliście już listy?
Na początek coś dla zarobionych, którym czasu nie starcza na zajęcia domowe i treningi. Taki gadżet znalazłam tutaj i zapożyczyłam fotkę. Rower z wbudowaną pralką pozwoli ubrania jednocześnie brudzić i prać. Fantastyczne!

Coś dla prawdziwych elegantów. Fotka pochodzi z aukcji internetowej, która niestety się skończyła, ale wiecie - Mikołaj może wszystko!

Coś dla sprzętowych minimalistów - pompka mniejsza od długopisu. Fotka mojego autorstwa (a recenzja w przyszłości).

Dla rowerzystów-filatelistów. Na pewno tacy się znajdą. Świetny podarek, bo nie zajmuje zbyt wiele miejsca. Fotka pochodzi z aukcji internetowej.

Pralkę już mam, pompkę zresztą też, znaczków nie zbieram, a w krawatach nie chodzę. Ale zamierzam poprosić mojego Mikołaja o coś zupełnie innego - o wspólną przejażdżkę w święta. Albo nawet dwie!
A Wy napisaliście już listy?
sobota, 4 grudnia 2010
Biegówki czas odkurzyć
I stało się - Pani Zima już na dobre rozgościła się w okolicy. Oczywiście rowerem da się jeździć po wszystkim (no, prawie), ale na rower będzie jeszcze czas. A póki śnieg, to trzeba korzystać!!! Zresztą biegówki to zimą ulubiony sport kolarzy - podobno angażują te same mięśnie, co jazda rowerem.Białe szaleństwo zaczęłam już w poniedziałek, czyli jeszcze w listopadzie. A dziś wybrałam się na biegówkowe BnO. To dzięki Krzyśkowi, znajomemu od rajdów, który mieszka niedaleko i obiecał mnie zabrać. Pojechaliśmy na drugi koniec Warszawy, żeby poszusować po kompletnie zaśnieżonym lesie za lampionami, które wiszą tam jako pozostałość po zeszłotygodniowym MTBO. Były to zawody tylko z nazwy, bo nikt nie liczył czasu, a każdy mógł zebrać tyle punktów, ile chciał albo na ile starczyło mu siły.
Dwie godziny jazdy po wydmach były absolutnie fantastyczne. Od czasu do czasu z drzew spadały czapy śniegu. Nie obyło się bez przygód - bagienka jeszcze nie wszędzie zamarzły i można było się zapaść w wodę. A narty tego nie lubią - kleją się później jak jasna cholera. Pomimo, że w tym terenie jeździłam już kilka razy na zawodach MTBO, to i tak udało mi się trochę zgubić (uprzedzę ewentualne pytanie - według mojej własnej skali można zgubić się troszeczkę, troszkę, trochę, trochę bardziej i bardzo). Dzięki temu mogłam w pewnej chwili poczuć się jak w środku zasypanej tajgi, torując własny ślad w dziewiczym, głębokim śniegu na zapomnianej wydmie. Mmmmmmm..... :)
PS. Zauważyliście, że mapy do BnO są takie trochę... zimowe?
wtorek, 30 listopada 2010
Biało w Zalesiu
Kilka zdjęć z niedzielnego wypadu do Żabieńca i Zalesia.
Jazda po świeżym śniegu jest najprzyjemniejsza. Monika w akcji.

Niektóre leśne drogi rozjeżdżone. Mimo to jest bajkowo!

Powoli łapię jaką-taką równowagę :) Zamarznięty na kość lewy pedał nie ułatwia sprawy.

Nieco błota. Słońce coraz niżej, pora wracać.

W domu czeka jeszcze mycie roweru :(
Jazda po świeżym śniegu jest najprzyjemniejsza. Monika w akcji.

Niektóre leśne drogi rozjeżdżone. Mimo to jest bajkowo!

Powoli łapię jaką-taką równowagę :) Zamarznięty na kość lewy pedał nie ułatwia sprawy.

Nieco błota. Słońce coraz niżej, pora wracać.

W domu czeka jeszcze mycie roweru :(
niedziela, 28 listopada 2010
Zimowy tuning
Po spożyciu śniadania mistrzów...

... i wyjęciu z szafy dawno nie używanych zimowych ciuszków...

... wyciągnięciu "zimówki", przesmarowaniu jej i zaopatrzeniu w błotnik tylny, przyszła dziś pora na pierwszą w tym sezonie jazdę po śniegu!
Zabawa w lesie wyśmienita. Śnieg miejscami ubity na gładko, śliski, gdzie indziej dziewiczy i miękki, pryskający spod przedniego koła. Roślinność przykryta białymi poduszeczkami, słońce przebijające się przez chmury i złocące czarne kałuże. Dla takich widoków warto się trochę utaplać :) Zdjęcia niebawem.
P.S. Jak Wam się podoba blog w zimowej szacie?

... i wyjęciu z szafy dawno nie używanych zimowych ciuszków...

... wyciągnięciu "zimówki", przesmarowaniu jej i zaopatrzeniu w błotnik tylny, przyszła dziś pora na pierwszą w tym sezonie jazdę po śniegu!
Zabawa w lesie wyśmienita. Śnieg miejscami ubity na gładko, śliski, gdzie indziej dziewiczy i miękki, pryskający spod przedniego koła. Roślinność przykryta białymi poduszeczkami, słońce przebijające się przez chmury i złocące czarne kałuże. Dla takich widoków warto się trochę utaplać :) Zdjęcia niebawem.
P.S. Jak Wam się podoba blog w zimowej szacie?
poniedziałek, 22 listopada 2010
Jabłkowa stolica i gość z kosmosu
Jesień zapanowała już niepodzielnie. Kto wie, czy nagle nie zastąpi jej Pani Zima. Dzisiejszą notkę postanowiłam zatem przekornie zilustrować zdjęciem zrobionym w pełni lata. Niestety nie mam żadnych optymistycznych wieści "z terenu".Wczorajsza przejażdżka z Moniką i Piotrkiem do Tarczyna przekonała mnie, że pora już porzucić letni styl. Klockowe opony, błotnik, jakaś wiatróweczka i ochraniacze na buty bardzo by się wczoraj przydały. Cóż, nie miałam ich i przez pewien czas rozmyślałam całkiem na serio o starym patencie kolarskim w postaci gazety za pazuchą ;)
Z ciekawostek krajoznawczych - Tarczyn to jabłkowa stolica. Na rynku mają tam nawet pomnik-fontannę w kształcie tego owocu. W pobliskiej Baszkówce w 1994 r. spadł meteoryt. Możecie go zobaczyć tutaj. Ładny, prawda? Meteoryty to takie przypominacze, że na naszej planetce dryfujemy przez wielką i ciemną przestrzeń. A my nie zawsze mamy czas spojrzeć w niebo albo spoglądamy, a tam chmury, chmury i chmury (jak od paru dni). Niestety miejsce upadku meteorytu w Baszkówce zostało już prawdopodobnie wyeksplorowane i zasypane. Do ciekawych miejsc należy pobliski Złotokłos, w którym zachowało się (jeszcze!) sporo przedwojennej podmiejskiej architektury, która niestety znika bardzo szybko. Latem można tu podjechać odrestaurowaną wąskotorówką z Piaseczna. Przyznaję, że stałym celem naszych wycieczek jest pewna cukiernia przy głównej ulicy Złotokłosu. A wczoraj nie byliśmy w niej jedynymi przedstawicielami sekty lajkrowców!*
* Poza Piotrkiem, który nadal twierdzi, że najlepsze lajkry to bojówki.
piątek, 12 listopada 2010
Dżinn i tajemnicza kaplica
Święto narodowe wypada jakoś uczcić, a my zrobiliśmy to oczywiście rowerowo. My, to znaczy przygodowa ekipa: Monika, jej mąż Piotrek, który konsekwentnie odmawia przebierania się za rowerzystę, ale i tak jeździ najszybciej z nas, no i ja. Wystartowaliśmy spod fabryki Piotrka w Chynowie, przemierzając krainę przystrojoną nieco zmokłymi flagami, łopoczącymi na istnie listopadowym wietrze, jakby importowanym prosto z islandzkiego interioru. Tylko żółte liście przyklejające się do opon i pojedyncze zapomniane jabłka przypominały, że jesteśmy w krainie sadowników, która ciągnie się hen, aż za Warkę.

Mżawka, chmury jak z kina grozy, zamknięte bary i sklepy nie odstraszyły nas. Wszak napisałam, że jest to przygodowa ekipa - jedna z najbardziej przygodowych, z którymi bywam na rowerze.
Najpierw w samym środku lasu natknęliśmy się na duży zielony termos. Dokładniej w kolorze mięty. Spekulacje nad jego zawartością były dużo ciekawsze niż otwarcie go. Wśród propozycji pojawił się dżinn (nie dżin), herbata, kawa, potwór, schłodzona wódka. Znalezienie termosu sprowokowało dyskusję o drwalach i ich zwyczajach. Ani się obejrzeliśmy, a las się skończył.
Samotny termos stanowił tylko preludium dalszej przygody. Otóż po wyjechaniu z lasu, znaleźliśmy ni mniej, ni więcej, tylko tajemniczą kaplicę! Nie była to jakaś tam mała kapliczka-figurka, tylko solidny murowany budynek, otoczony wiekowymi lipami. Ciekawostką jest, że została postawiona dosłownie w szczerym polu. Nie prowadzi do niej żadna droga, w zasięgu wzroku nie ma domu ani zagrody. Miejsce niesamowite, zresztą popatrzcie na zdjęcie:

Skąd taki budynek pośród pól i sadów, w zupełnie odludnym miejscu? W okolicy były dawniej dwa duże majątki ziemskie - Rytomoczydła i Nowa Wieś. Poszperałam w internecie, choć łatwo nie było. Ale opłaciło się, bo znalazłam naprawdę przewrotną historię. Był sobie pewien dziedzic, który dbał o rozgłos. Nie to, żeby był hulaką czy rozrabiaką, chodziło mu raczej o popularność. Nazywał się Tomasz Gąsiorowski i nabył w 1821 r. majątek Nowa Wieś. Kiedy już rozgościł się na dobre w nowej siedzibie, postanowił zaskarbić sobie szacunek okolicy i wyremontować kościół w pobliskich Boglewicach, kompletną ruinę. Na ten cel urządził wielką kwestę pośród bogatych sąsiadów. Gdy zebrał już wystarczające środki, powziął jednak nowy plan. Postanowił wybudować nowy kościół na terenie własnego majątku, w odludnym miejscu, w przysiółku Franulin (?) koło Gołębiewa. Jak postanowił, tak zrobił. Nie był to wielki budynek, raczej kaplica niż kościół, jednak krok ten ściągnął na niego zrozumiały gniew całej okolicy! Żeby tego było mało, sprowadził tu wyposażenie kościoła w Boglewicach, który miał remontować. Wkrótce szczęście odwróciło się od niego i jego rodziny i po kilku latach musiał sprzedać całą posiadłość.
Przez okolicę przetoczyło się Powstanie Styczniowe i dziejowe burze. Ale kaplica przetrwała, i choć wewnątrz zrujnowana, do dziś przypomina dziedzica-defraudatora. Gdybym robiła jakiś rajd w okolicy, na pewno postawiłabym obok niej PK :)
Wracając do wycieczki, pogoda robiła się coraz gorsza. Browar w Warce objechaliśmy od kuchni, spekulując nad możliwościami przejęcia jakiegoś transportu, najlepiej kolejowego. Po zwiedzeniu jeszcze jednej strasznej sakralnej budowli w Michalczewie* wróciliśmy najkrótszą droga do Chynowa.
PS. Fotki zrobiłam dzięki udostępnieniu mi przez Monikę telefonu. Lokalizacja kaplicy na Google Earth tutaj.
* Nie będę się rozpisywać, ale bez trudu znajdziecie mnóstwo fotek w internecie. Polecam zwłaszcza młodym architektom - warto!

Mżawka, chmury jak z kina grozy, zamknięte bary i sklepy nie odstraszyły nas. Wszak napisałam, że jest to przygodowa ekipa - jedna z najbardziej przygodowych, z którymi bywam na rowerze.
Najpierw w samym środku lasu natknęliśmy się na duży zielony termos. Dokładniej w kolorze mięty. Spekulacje nad jego zawartością były dużo ciekawsze niż otwarcie go. Wśród propozycji pojawił się dżinn (nie dżin), herbata, kawa, potwór, schłodzona wódka. Znalezienie termosu sprowokowało dyskusję o drwalach i ich zwyczajach. Ani się obejrzeliśmy, a las się skończył.
Samotny termos stanowił tylko preludium dalszej przygody. Otóż po wyjechaniu z lasu, znaleźliśmy ni mniej, ni więcej, tylko tajemniczą kaplicę! Nie była to jakaś tam mała kapliczka-figurka, tylko solidny murowany budynek, otoczony wiekowymi lipami. Ciekawostką jest, że została postawiona dosłownie w szczerym polu. Nie prowadzi do niej żadna droga, w zasięgu wzroku nie ma domu ani zagrody. Miejsce niesamowite, zresztą popatrzcie na zdjęcie:

Skąd taki budynek pośród pól i sadów, w zupełnie odludnym miejscu? W okolicy były dawniej dwa duże majątki ziemskie - Rytomoczydła i Nowa Wieś. Poszperałam w internecie, choć łatwo nie było. Ale opłaciło się, bo znalazłam naprawdę przewrotną historię. Był sobie pewien dziedzic, który dbał o rozgłos. Nie to, żeby był hulaką czy rozrabiaką, chodziło mu raczej o popularność. Nazywał się Tomasz Gąsiorowski i nabył w 1821 r. majątek Nowa Wieś. Kiedy już rozgościł się na dobre w nowej siedzibie, postanowił zaskarbić sobie szacunek okolicy i wyremontować kościół w pobliskich Boglewicach, kompletną ruinę. Na ten cel urządził wielką kwestę pośród bogatych sąsiadów. Gdy zebrał już wystarczające środki, powziął jednak nowy plan. Postanowił wybudować nowy kościół na terenie własnego majątku, w odludnym miejscu, w przysiółku Franulin (?) koło Gołębiewa. Jak postanowił, tak zrobił. Nie był to wielki budynek, raczej kaplica niż kościół, jednak krok ten ściągnął na niego zrozumiały gniew całej okolicy! Żeby tego było mało, sprowadził tu wyposażenie kościoła w Boglewicach, który miał remontować. Wkrótce szczęście odwróciło się od niego i jego rodziny i po kilku latach musiał sprzedać całą posiadłość.
Przez okolicę przetoczyło się Powstanie Styczniowe i dziejowe burze. Ale kaplica przetrwała, i choć wewnątrz zrujnowana, do dziś przypomina dziedzica-defraudatora. Gdybym robiła jakiś rajd w okolicy, na pewno postawiłabym obok niej PK :)
Wracając do wycieczki, pogoda robiła się coraz gorsza. Browar w Warce objechaliśmy od kuchni, spekulując nad możliwościami przejęcia jakiegoś transportu, najlepiej kolejowego. Po zwiedzeniu jeszcze jednej strasznej sakralnej budowli w Michalczewie* wróciliśmy najkrótszą droga do Chynowa.
PS. Fotki zrobiłam dzięki udostępnieniu mi przez Monikę telefonu. Lokalizacja kaplicy na Google Earth tutaj.
* Nie będę się rozpisywać, ale bez trudu znajdziecie mnóstwo fotek w internecie. Polecam zwłaszcza młodym architektom - warto!
piątek, 5 listopada 2010
Migawki z Pruszkowa
Dziś na Pruszkowskim torze kolarskim rozpoczynają się Mistrzostwa Europy Elity w Kolarstwie Torowym. Rano byłam razem z niezawodną Moniką Strojny na eliminacjach. Pomimo, że to jazda w kółko, to dostarcza sporych emocji. Kibiców nie było wielu, ale godna zanotowania była obecność uczniów okolicznych szkół. Najgłośniejszy doping od najmłodszych kibiców mieli więc zapewniony nasi. W sprincie drużynowym nasi panowie zakwalifikowali się do walki o brąz, z czego bardzo się cieszymy i będziemy nadal kibicować, choć niestety już wirtualnie. A więcej fotek niebawem pojawi się na stronie Moni. Wszystkie te świetne migawki są Jej autorstwa (dziękuję!). Kolarze torowi w swoich malowniczych strojach przypominają egzotyczne owady lub "obcych", stanowią więc smaczny kąsek dla fotoreportera. A poszukiwaczom satelitarnym polecam spojrzenie na Tor z kosmosu - wygląda niczym chrabąszcz, który przysiadł koło Pęcickich Stawów ;)
czwartek, 4 listopada 2010
Wydmy przetestowane!
Magdalenka otwiera podwoje - zabrałam na nowo "odkryte" wydmy najpierw Monikę, później Sahiba. Oboje byli zachwyceni! Nowy poligon treningowy to:
- wydma nr 1 niedaleko gajówki, fajny singletrack,
- tor XC, o którym już pisałam,
- wydma nr 2 być może koło ul. Leszczynowej (nie mam dobrej mapy niestety), krótki, stromy singletrack,
- wydmy nr 3 i 4 koło między ul. Sosnową a Brzozową, wjazd od strony pomnika, zjazd w stronę placu zabaw,
- wydma nr 5 wzdłuż ul. Brzozowej, łagodny podjazd, kręty, krótki zjazd wzdłuż ul. Lipowej,
- i jeszcze kilka nie poznanych ścieżek, wiodących w leśne ostępy.
Monika wymyśliła, że opracujemy pętlę łączącą te górki i będziemy pokonywać ją na czas. A co! Skoro Bracia P. mają swój track w Zalesiu, to my nie będziemy gorsze ;)
- wydma nr 1 niedaleko gajówki, fajny singletrack,
- tor XC, o którym już pisałam,
- wydma nr 2 być może koło ul. Leszczynowej (nie mam dobrej mapy niestety), krótki, stromy singletrack,
- wydmy nr 3 i 4 koło między ul. Sosnową a Brzozową, wjazd od strony pomnika, zjazd w stronę placu zabaw,
- wydma nr 5 wzdłuż ul. Brzozowej, łagodny podjazd, kręty, krótki zjazd wzdłuż ul. Lipowej,
- i jeszcze kilka nie poznanych ścieżek, wiodących w leśne ostępy.
Monika wymyśliła, że opracujemy pętlę łączącą te górki i będziemy pokonywać ją na czas. A co! Skoro Bracia P. mają swój track w Zalesiu, to my nie będziemy gorsze ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)