piątek, 11 maja 2012

W co się ubrać

„W co się ubrać” - przysłowiowy dylemat każdej kobiety męczy mnie przed każdymi zawodami, częściej niż przed wyjściem na miasto lub imprezę. Być może jestem nienormalna. Tłumaczy mnie jednak to, że na zawodach bywam ostatnio częściej niż na ekskluzywnych party w eleganckich strojach.

Dziś mamy 30 stopni, pracuję w pareo i popijam terere (tak, wiem, nie każdy ma tak dobrze), ale na jutro prognozy zapowiadają deszcze oraz wykres temperatury spadający niczym podczas krachu na giełdzie. Jutro, dla niewtajemniczonych, odbędzie się DyMnO, tym razem w Starym Bosewie.

Pomimo ciągłych, nieustannych i wytrwałych dążeń do minimalizmu, także w pakowaniu, musiałam pożyczyć trochę większy plecak Sahiba, który nadaje się na miesięczny wyjazd, choć planuję być poza domem ledwie półtora dnia. Nie mam pojęcia, jakie brać spodenki, jaką koszulkę, bidon czy camela. Ponieważ bardzo nie lubię jeździć z plecakiem, staram się na trasie mieć tylko to, co na sobie i w kieszonkach koszulki. Lub koszulek. Wigor zdradził mi kiedyś swój tajny patent na jazdę w podwójnej koszulce, aby zwiększyć liczbę kieszeni z trzech do sześciu.

Dobrze, że rowery mam tylko dwa. Koszulek najwyraźniej za dużo.

Taa... odblaskowe kolory są podobno modne w tym sezonie... 
jakby ktoś nie wiedział.

środa, 9 maja 2012

Majówka obrazkowo

Zaczęło się nietypowo jak dla nas - na wodzie. Od Przedborza do Inowłodzia, po drodze namiastka morza w postaci Zalewu Sulejowskiego. Parafrazując znane niektórym zaproszenia na MTBO - „polecam wszystkim, którzy mają kajak.”


Od czasu do czasu bywało nawet romantycznie. „Wszystko gdacze, skacze, lata” - jak stwierdził kiedyś nasz kolega inżynier. Wiosna.


Porzuciwszy kajaki, tę samą rzekę zwiedzaliśmy rowerowo. Most zbudowany z siatki drucianej, blachy, drewna i asfaltu. Szczytowe osiągnięcie inżynierii lądowej w powiecie białobrzeskim.


Ten sam most od góry. Sahib wcina pożywne rogaliki, kontemplując upływ czasu symbolizowany przez płynącą wodę.


Nic nie trwa wiecznie, zwłaszcza „rowerowa pogoda”. Kilka godzin później, między sadzonkami papryki a taczką przeczekujemy burzę, nomen omen koło miejscowości Grzmiąca. Po dwóch godzinach mamy dość i na mokro robimy jeszcze 70 km. Po drodze zjadamy 2 paczuszki sezamków i 2 cukierki.


Majówkę kończy akcent leśny. Rezerwat Modrzewina, który jest polskim odpowiednikiem zaczarowanej puszczy Lorien. Na rowerzystów czekają w nim różne atrakcje, pozwalające wyrobić bułę i korzystne cechy charakteru.


A jak Wam minął długi weekend? Sportowo czy imprezowo?

środa, 25 kwietnia 2012

Razem czy osobno?


Przy okazji Maratonu Terenowego Blisko Otwocka wspomniałam, że jechałyśmy wspólnie z Moniką i miałam wrażenie, że coraz lepiej współpracujemy na trasie. Gdy wracałyśmy do domu, Monika namówiła mnie, żebym napisała coś o wadach i zaletach wspólnej jazdy na tego typu zawodach. Startowałam zarówno samotnie, jak i z różnymi osobami. Czasem było to zaplanowane, czasem zupełnie spontaniczne - ot, spotkanie na trasie, które owocowało dalszym wspólnym napieraniem. Miałam przyjemność oglądać w akcji naprawdę wyśmienitych nawigatorów, zarówno na zawodach rowerowych, jak i pieszych. Jednak poniższy tekst dotyczy głównie długodystansowych zawodów rowerowych na orientację.

Regulaminy imprez rowerowych z cyklu PPM nie zakazują wspólnej jazdy. Jest ona jak najbardziej dozwolona (na Odysei istniała nawet konieczność startu w parach) i powiedzmy sobie szczerze - dla zawodników traktujących te zawody przede wszystkim jako dobrą zabawę i towarzyski piknik - to właśnie stanowi o uroku tego typu imprez. Według mnie bardzo fajne jest to, że obok „samotnych wilków” pokonujących trasę po optymalnych wariantach ze średnią powyżej 20 km/h można spotkać grupy znajomych, którzy właśnie znaleźli wspólnie punkt kontrolny, wyciągają z plecaków kanapki i pstrykają zdjęcia, korzystając ze słoneczka i pięknego krajobrazu. W takiej ekipie nawet wspólne łatanie dętki albo zgubienie się w lesie jest wesołą przygodą. I niech tak będzie. Myślę, że ci ostatni znają odpowiedź i mogą nie czytać przydługiej reszty - razem weselej, zabawniej, bezpieczniej.

Jeśli ktoś chce się jednak ścigać, to mogą go najść słuszne wątpliwości - razem czy z partnerem? A jeśli „z”, to z kim? Tekst podzieliłam na kilka aspektów i są to raczej luźne rozważania niż odpowiedź na tytułowe pytanie.

Partner
Jeśli decydujemy się na wspólną jazdę, to wybór partnera jest kluczowym zagadnieniem. Musi to być ktoś, kogo choć pobieżnie znamy - wiemy, jakie ma możliwości fizyczne, umiejętności nawigacyjne. Jednocześnie ktoś, z kim układ będzie jasny - w razie czego rozdzielamy się i każdy jedzie na swój wynik. Musimy mieć pewność, że jest to osoba, która poradzi sobie wówczas sama (oczywiście nie piszę tu o ekstremalnych sytuacjach w rodzaju poważnej kontuzji - w takiej sytuacji chyba każdy wie, co robić). Jeśli jest to ktoś, kogo znamy z treningów albo życiowy partner - to tym lepiej. Łatwiej wtedy zgrać tempo, nawigację, zrozumieć nastroje i kryzysy, które po kilku godzinach pojawią się po kilku godzinach. Można wyczuć, kiedy partner traci koncentrację nad mapą, a nawet zasypia, kiedy trzeba zwolnić, a kiedy wziąć go na ambicję. Jazda z przypadkową osobą jest pod tym względem trudniejsza. Zawody są dla wielu osób sytuacją ekstremalną, stresującą. Jednocześnie zmęczenie, konieczność koncentracji, różne mniejsze i większe błędy nawigacyjne łatwo mogą spowodować wybuch, nawet u miłego kolegi, z którym wcześniej świetnie dogadywaliśmy się na treningach. Warto być psychicznie przygotowanym na to, że można kogoś poznać od tej „ciemniejszej” strony.

Styl jazdy, wytrzymałość
Każdy z nas ma nieco inny rytm na zawodach, związany z predyspozycjami, stylem swojej jazdy. Jedni szybko zaczynają, ale po jakimś czasie dopada ich kryzys. Inni jadą bardziej asekurancko, zawsze poniżej możliwości, ale za to równym tempem, a jeszcze stać ich na ostry finisz. Jedni to typowi „górale” i wolą podjechać 100 metrów, inni objadą nadkładając 5 km. Ktoś woli przez piach, ale krócej, inny dłużej, za to asfaltem. Czasem na wybór drogi wpływa sam sprzęt. Dlatego im większa grupa, tym będzie jechała mniej efektywnie, w końcu na każdym odcinku ten najwolniejszy stanowi o prędkości takiego peletonu.
Warto też nie dać się zajechać na początku, jeśli partner jest dużo mocniejszy.

Kryzysy
Czy w takim razie w ogóle jazda z drugą osobą ma sens? Według mnie tak. Słabszy będzie jednak się motywował i starał nadążyć. Nasze możliwości są często większe niż nam się wydaje, a druga osoba potrafi niesamowicie zmotywować. Poza tym kryzysy pojawiają się u różnych osób w innych momentach, więc takie „ciągnięcie się” na zmianę ma sens! Dochodzi do tego już typowo fizyczna pomoc, jak jazda na kole albo wspólne pokonywanie niezamierzonych przeszkód terenowych, jak strumyki, zwalone pnie, jary - o ile łatwiejsze, gdy ktoś pomoże, poda rowery.
Negatywny aspekt wspólnej jazdy jest taki, że gdy towarzysz z jakiegoś powodu rezygnuje, może się pojawić pokusa, żeby zrobić to samo.

Tempo
Na tempo wpływają wszystkie dodatkowe czynności (wyciąganie jedzenia, podbijanie punktu, przekładanie mapy, podnoszenie siodełka i tak, nawet sikanie), więc warto być zgranym. Dwie osoby wydają mi się optymalną grupą, jeśli chodzi o szybkość (choć zdarzają się wyjątki - bardzo szybkie kilkuosobowe peletony mocnych zawodników, spośród których tylko jeden nawiguje, a reszta nadaje tempo).

Charakter
Nie każdy jest w stanie znieść dłużej towarzystwo innej osoby, rozmowy, narzekania, dyskusje nad mapą, żarty. Niektórych to dekoncentruje i męczy. Są też tacy, którzy nie lubią jeździć samotnie, a nad mapą wręcz uwielbiają dyskutować w trakcie jazdy. Wiele zależy od charakteru i podzielności uwagi. Z drugiej strony taka wspólna jazda rozwija pewne społeczne cechy, co można uznać za zaletę. Jak w życiu. ;)

Koncentracja
Warto wspomnieć tu o tym, że gdy obie osoby nawigują, odpowiedzialność za sukces rozkłada się. Łatwo wtedy zdekoncentrować się, stracić kontrolę nad mapą i licznikiem. Jeśli przydarzy się to naraz obu zawodnikom, może ich spotkać przykra niespodzianka, łącznie ze zgubieniem się, przeoczeniem punktu itp.

Nawigacja
Ogromnie ważnym aspektem wspólnej jazdy jest nawigacja. Składa się na nią wybór trasy (w przypadku scorelaufu), wariantów przejazdu pomiędzy punktami, a następnie realizacji zamierzonej trasy w terenie. Wspólne nawigowanie stwarza wiele ciekawych możliwości, takich jak podział zadań (na przykład jedna osoba kontroluje mapę, druga podaje wskazania licznika, albo jedna z osób ma zawsze na wierzchu opisy punktów, albo - jak kiedyś na DyMnO - jedna z osób wkłada do mapnika szczegółowe mapki, druga mapę zwykłą). Niesie też niestety możliwość konfliktu, gdy pomysły są różne. Na ogół jednak burza mózgów jest tu zaletą. Obie osoby przedstawiają swoje pomysły, i o ile ich umiejętności i preferencje terenowe są podobne, szybko decydują, który pomysł jest lepszy. Ważna jest otwartość na improwizacje (nie zawsze udaje się zrealizować plan co do joty, mapy bywają koszmarnie nieaktualne), umiejętność odnajdywania się w terenie, wzajemne kontrolowanie się (na przykład na skrzyżowaniach, gdy trzeba zmierzyć odległość, warto sobie o tym nawzajem przypomnieć).
Jadąc samemu łatwiej improwizować i podejmować szybkie decyzje o zmianie wariantu.
Nie zawsze jest tak idealnie, że jedzie ze sobą dwójka nawigatorów o identycznych umiejętnościach. Może być tak, że jedna osoba lepiej wymyśla warianty, druga je realizuje. Wiem, że moją mocniejszą stroną jest realizacja wariantów w terenie, dlatego na etapie planowania przelotu między punktami staram się słuchać Moniki albo Sahiba. Oboje mają bardzo fajne pomysły, które nie raz mnie zadziwiały. Innym sposobem na „podzielenie się nawigacją” jest naprzemienne realizowanie kolejnych przelotów między punktami.

Satysfakcja
Nierówny podział obowiązków nawigacyjnych w teamie (w skrajnych przypadkach nawiguje tylko jedna osoba) może powodować, że zawodnik wyłączony z tej czynności będzie po zawodach czuł niedosyt i brak satysfakcji z wyniku. W końcu startujemy w zawodach „na orientację” nie tylko dlatego, że mamy rowerową moc (wystarczyłby maraton MTB), ale także dlatego, że lubimy nawigacyjne szarady i niespodzianki, które wynajdują dla nas budowniczowie tras.

Przy punkcie kontrolnym
Na niektórych zawodach znalezienie punktu kontrolnego w postaci płaskiej kartki przyczepionej „z tyłu drzewa” może stanowić nie lada problem. Na pewno łatwiej „czesać las” w dwie lub więcej osób. Z drugiej strony łatwo wtedy o rozdzielenie się - a na szukanie się też traci się czas!
Jeśli konkurencja jest blisko, to w dwie osoby trudniej oddalić się z punktu niepostrzeżenie.

Kozackie pomysły
Jadąc z kimś dużo łatwiej decydować się na ryzykowne albo wręcz głupie pomysły, jak przeprawy przez bagna i rzeki. Co czasem się mści... Tak na zeszłorocznym Funex Orient straciłyśmy z Moniką około godziny zaplątane w bagno, którego ostatecznie i tak nie pokonałyśmy. Żadna z nas nie pakowałaby się tam samotnie!

Amok
Mając partnera łatwiej uchronić się przed pokusą, którą obserwuję u siebie często, zwłaszcza na początku zawodów - żeby w amoku pognać za jakąś szybką grupą (która zaraz się zgubi, albo mi się urwie i za chwilę nie będę wiedziała, gdzie w ogóle jestem).

Bezpieczeństwo
Rozumie się samo przez się. Razem jest bezpieczniej, zwłaszcza nocą, w górach albo w trudnych warunkach. Łatwiej wspólnie poradzić sobie z awariami. Łatwiej i sprawniej zrobić zakupy w przydrożnym sklepiku. Na szczęście wypadki zdarzają się rzadko (jazda na orientację jest mniej ryzykowna niż maratony MTB, w których startują tłumy) - i oby było ich jak najmniej. Jednak w razie kontuzji i braku zasięgu albo rozładowanej komórki, towarzystwo jest bezcenne!

Sprzęt, jedzenie
Jadąc z kimś można wymienić się batonikami, wesprzeć napojami albo jakimś ciuchem od niepogody. Pamiętam, jak na jednym Waypointrace uratował mi skórę  Paweł R., pożyczając w czasie ulewy kurtkę! W przypadku zgubienia tak kluczowych elementów jak mapa, licznik, światło (nocą) albo kompas, towarzystwo drugiej osoby umożliwia wciąż ukończenie zawodów, dotarcie do bazy.

Nauka
Startując z kimś można się bardzo dużo nauczyć. Mam tu przede wszystkim na myśli nawigację, ale nie tylko. Jeśli druga osoba sprawniej pokonuje techniczne odcinki, to siłą rzeczy próbujemy za nią nadążyć i pokonywać je podobnie.

Rutyna
Z drugiej strony częste startowanie tylko z jednym partnerem może prowadzić do zbyt dużej rutyny. Startujemy, dogrywamy się, znamy swoje słabe i mocne strony, każdy robi swoje. I nagle, gdy przyjdzie wystartować samemu, można poczuć się niepewnie i nieswojo.

Trening
Wiele osób traktuje wspólny start w zawodach indywidualnych jako trening przed innymi, zespołowymi imprezami, na przykład rajdami przygodowymi. Na pewno jest to trening bardziej miarodajny niż zwykła pojeżdżawka koło domu.

Etyka
Na koniec zostawiłam aspekt wcale nie najmniej ważny. O ile w przypadku osób luźno traktujących rywalizację i zajmujących dalekie miejsca, nie ma to znaczenia, to już w przypadku czołowych zawodników może pojawić się krytyka wspólnej jazdy. Z tego, co wymieniłam wcześniej wynika, że zalet jest mimo wszystko więcej niż wad. Zatem jadąc z odpowiednim partnerem o podobnych możliwościach, można uzyskać lepszy wynik niż jadąc samemu. Wspólna jazda zawodników z czołówki może (choć nie musi) prowokować krytyczne głosy.

A jakie jest Wasze zdanie - wolicie napierać razem czy osobno?

PS. Zdjęcie - już z myślą o majówce. :)

niedziela, 22 kwietnia 2012

Na krótko

Z cyklu „wiosenna jazda na krótko”.

- Ojej, ale siniaki! Mąż cię bije?
- Nie, rower...

Udanej niedzieli!

niedziela, 15 kwietnia 2012

Otwockie bagna i... pomarańcze!


Pierwszy raz wybrałam się na słynnego Preharpa, który przemianowany został na Maraton Terenowy Blisko Otwocka. Zorganizowali go aktywiści z Otwockiej Grupy Rowerowej, już po raz 10. Powiem krótko - fajnie, że Wam się chce! Dla nas, startujących, to naprawdę kupa radochy. Dziękuję!

Radocha była spotęgowana przez warunki terenowe. Na które oczywiście w terenie utyskiwałam, klnąc na przemian błoto i piach, nie tylko ja zresztą.

- Monika, zdecyduj się, co w końcu wolisz - błoto czy piach?
- Yyy... Muszę wybierać?

No niestety. Dodatkowe opcje to nie zawsze udane skakanie przez rzeczki i rowy, single tracki na wydmach, drogi „ulepszone” gruzem oraz inne, w poprzek pól - zaorane. Wiadomo, jak to wiosną. Do tego zające, sarny i ropuchy. Zdjęcie na górze prezentuje rzadką sytuację, kiedy prułyśmy po twardej nawierzchni, a przyspieszenia dodawało nam tzw. „przyciąganie punktu”. Dobra, parę asfaltów też było. Do plusów koniecznie muszę zaliczyć brak pokrzyw i komarów!

Cóż mogę dodać? Do pierwszego punktu jechałyśmy z Moniką osobno. Równoczesne dotarcie do niego potwierdziło równy rozkład sił i dalej „pognałyśmy” już razem (początkowo brnąc 2 km w czarnym błocie po kostki). Generalnie Monika miała parę genialnych pomysłów na warianty, szkoda tylko, że nie zawsze chciałam jej słuchać. Nawet dojazd do pk1, który brałyśmy na końcu, wyszedł nam dość bezboleśnie. Współpraca ostatnio idzie nam coraz lepiej. Mimo typowo wiosennej formy - wynik dobry.

Na mecie - muszę o tym koniecznie wspomnieć - urzekły mnie pomarańcze. Ponoć owoce to najlepszy izotonik. W mojej opinii były czymś absolutnie fantastycznym po kilku godzinach niedopijania.

Dla ciekawych nasza kolejność:
start-3-4-5-6-12-13-7-8-9-14-2-1-meta
Wyszło 92 km, czas samej jazdy 6.00, czas mety 6:36. Zajęłyśmy ex aequo pierwsze miejsce w kategorii kobiet.

Zdjęcia: strz

sobota, 24 marca 2012

Weźmij witek brzozowych przygarść

Dawno nic mi tak nie poprawiło humoru jak dzisiejsze umycie roweru. Czysty rower! Najtrudniejsze okazało się wyczyszczenie kasety. Czego tam nie było... „Weźmij witek brzozowych przygarść, a liści dębowych drugą, dziegciu garniec i takoż gliny, a tryby smaruj w każdą niedzielę i nie ustawaj, aż żaby na polach igrać poczną”.

Stoi sobie teraz dopieszczony (gdyby umiał mówić na pewno mruczał by z zadowoleniem), a w całym mieszkaniu unosi się ledwo uchwytny zapach smaru. Wiosna przyszła!

poniedziałek, 19 marca 2012

Śmieszne przedwiośnie na RDS

Dobra, pora się przyznać, co ciekawego robiłam na Rajdzie Dolnego Sanu. Pojawiły się bowiem zupełnie bezpodstawne pogłoski, że zaginęłam, jak to się mówi „w akcji”, a grupa poszukiwawcza już chciała sznurować buty, ale w tym momencie ich zaskoczyłam wpadając samodzielnie i żwawo na metę.

Zaginięcie było... hm, może nie planowane, ale przynajmniej kontrolowane. Ale po kolei. Hiubi, jak co roku, zamówił na ten weekend piękną pogodę, tak zwaną lampę. Przedobrzył jednak chłopak, bo zamiast przyjemnych do biegania +10° zamówił aż o 10° więcej. Panował zatem nieznośny upał premiujący biegaczy z ciepłych krajów, w dodatku takich, którzy nie mają ani grama warstwy tłuszczowej. Dla mnie, arktycznego królika - to moje totemiczne zwierzę - była to temperatura zdecydowanie spoza optimum, a czarne spodnie dobsomy potęgowały efekt, łapiąc chciwie wiosenne promyki niczym słoneczne baterie wygłodzone po zimie.

Janusz dogonił mnie, gdy dobiegałam do pierwszego punktu i spontanicznie połączyliśmy siły na kolejne 9 godzin, aby robić różne śmieszne rzeczy. Jakie? Ano na przykład realizować wariant na pk4 od wschodu, zwabieni napisem „Puszcza Sand” w rogu mapy.* Niestety nie było w lesie nikogo, kto mógłby ubawić się, widząc jak skaczemy po bagiennych kępach i przedzieramy się przez jeżyny i chaszcze, może z wyjątkiem stada jeleni, ale jelenie nie mają poczucia humoru i zaraz sobie poszły. Las był zresztą wart odwiedzenia i dłuższej kontemplacji - cudowna wiosenna buczyna, w której grasują wiewiórki i gdaczą pierwsze ptaszyny, a przecież człowiek potrzebuje doznań estetycznych, a nie tylko biec i biec, zagłuszając się endorfinami. Czy kogoś jeszcze dziwi, że spędziliśmy tam godzinę???

Po pk4 nastąpiła trwała już przewaga kontemplacji nad napieraniem. Spotkaliśmy Sławka i w takiej „trojce” wycięliśmy na północ do pk5. To był przelot, który przyniósł nam chwilową satysfakcję, choć każdemu z nieco innych powodów. Mnie na przykład bardzo podobało się przejście przez starorzecze po lodzie - skojarzyło mi się z różnymi zimowymi i przedwiosennymi wycieczkami w naszej okolicy.

Reszta minęła już bez historii, jeśli nie liczyć wizytacji u miejscowej ludności w celu tankowania bukłaków oraz wymiany Sławka (który na skrzyżowaniu dróg polnych udał się w inną stronę) na Bartka, aczkolwiek nie na długo (zdążyliśmy tylko przedyskutować temat butów biegowych), gdyż ten młody, wysportowany i nie zmęczony człowiek postanowił pokłusować w stronę zachodzącego słońca.

Nadszedł zmierzch. Punkt ostatni, dziewiąty, podbijaliśmy w łunie pożaru z pobliskiej łąki, cudem unikając przejechania przez kozackie motocykle z wyłączonymi światłami. Ostatnie 200 metrów przebiegliśmy dla fasonu i dla rozgrzewki, co nie miało już żadnego wpływu na lokatę, ale za to jakie fajne uczucie w nogach. A na mecie, wiadomo - wiwaty, jedzenie i opowieści dziwnej treści. Tak że Rajd Dolnego Sanu, pomimo mizernego wyniku, mogę uznać za niezwykle udany pod względem towarzysko-przyrodniczym.

Pora na laurki. Gratuluję tym, co byli szybsi, i tym, co byli wolniejsi, i jeszcze wszystkim setkowiczom, a zwłaszcza Sabinie, która choć niewielka, to jednak jest Wielka. Gratuluję również Hiubiemu, którego impreza z roku na rok coraz lepszą jest, choć wydaje się to niemożliwe, bo już pierwsze edycje były wspaniałe, a Sahib do dziś wspomina zupę Ewy z marca 2009 roku. Dziękuję Januszowi za fantastycznie spędzony dzień, Paniom Kierowniczkom za pizzę „bez mięsa i ryby”, a Marcinowi Bormanowi za tajemniczą miksturę iskiate przyrządzoną z chia, która wygląda jak skrzek, ale smakuje wybornie i błyskawicznie stawia do pionu.

* Wbrew pozorom nie było tam piasku ani George Sand.

środa, 8 lutego 2012

Bieganie czy rower?

Świat rowerzystów i świat biegaczy wydają się czasem dwoma odrębnymi rzeczywistościami, które rzadko się przenikają. Nie wiem, czy zauważyliście (może w innych miejscach na świecie jest inaczej), ale w naszej okolicy jest tak: biegacz pozdrawia innego biegacza, rowerzysta innego rowerzystę, ale żeby rowerzysta pozdrowił biegacza? Nie, takiej opcji po prostu nie ma! Tylko triatloniści i zawodnicy rajdów przygodowych traktują obie dyscypliny sprawiedliwie, przykładając się sumiennie do jak najbardziej urozmaiconych treningów. Trudno nawet znaleźć dobre plany treningowe, które uwzględniałyby równe traktowanie roweru i biegania.

Moje serce zdecydowanie skradł rower, nie mam więc wielkich ambicji związanych z bieganiem. Są to raczej ambicje długodystansowe niż bicie kolejnych życiówek na 5 czy 10 km. Nie planuję też maratonu, swoją przygodę z deptaniem asfaltu zakończyłam na półmaratonie i chyba mi wystarczy.

Mimo to ostra zima to dla mnie świetna okazja, by na chwile porzucić rower i przypomnieć sobie o bieganiu. Latem, gdy temperatura wzrasta powyżej 20°C porzucam z kolei bieganie - tylko na rowerze można poczuć wspaniale chłodzący pęd powietrza. Jednak zimą bieganie wydaje mi się dobrą opcją - rower oznacza walkę o niezamarznięcie albo o utrzymane się na śliskiej powierzchni. Tymczasem podczas biegania jest przyjemnie ciepło, a endorfiny te same!

Kontuzje

Ostatnio odbyłam rozmowę z jednym kolegą, bardzo mocnym rowerzystą, który co roku pokonuje kilkanaście tysięcy kilometrów, z czego część na długich, wymagających zawodach. Skarżył się jednak, że gdy próbuje biegać, od razu odzywają mu się kolana, nogi bolą, a przecież on jest taki mocny! Z czego może to wynikać? Trzeba pamiętać o tym, że nogi rowerzysty i biegacza pracują trochę inaczej. Mięśnie wykonują inne ruchy, a przy uprawianiu jednej tylko dyscypliny bardzo się specjalizują. Jedne mięśnie będą rozwinięte bardzo mocno, a inne nieproporcjonalnie słabo. Gdy taki rowerzysta nagle zapragnie pobiegać, zrazu nie poczuje zmęczenia - w końcu serce i płuca ma mocne. Jednak nogi - to zupełnie inna bajka. Achillesy i kolana, wszystkie ścięgna w stopach są po prostu nieprzyzwyczajone do wstrząsów, do amortyzowania ciała spadającego nagle z impetem. Łatwo wtedy o kontuzję.

Jeśli jednak bieganie kusi takiego rowerzystę, co może zrobić? Nie jestem specjalistką ani trenerem, jednak na zdrowy rozum trzeba po prostu słuchać organizmu. Zaczynać od krótkich, niezbyt szybkich treningów, w dobrze dobranych butach i po miękkiej nawierzchni. Kostki muszą się przyzwyczaić do korygowania uciekających na nierównościach stóp, a kolana, ścięgna, stawy itd. - do obciążeń.

Sama zaczynałam przygodę z zawodami sportowymi właśnie od zawodów biegowych. Był to styczniowy Bieg o Puchar Bielan - zaledwie 5 km, ale przygotowywałam się do niego całą jesień i zimę. Dystans wydawał mi się poważny, na treningach robiłam wtedy jednorazowo zaledwie 2-3 km. Dopiero pół roku później przebiegłam na zawodach dyszkę, a kolejnej wiosny półmaraton. Moje życiówki nie są imponujące (musiałabym się dobrze zastanowić, żeby je sobie w ogóle przypomnieć). Wyznaję zasadę, że lepiej być niedotrenowanym niż zrobić sobie krzywdę.

Sezon biegowy

Co roku zaczynam sezon biegowy jesienią, praktycznie od nowa. Czy mi nie szkoda wcześniej wypracowanej formy? Chyba nie, w końcu przez cały rok mam mnóstwo radości z jazdy rowerem! Zaczynam zwykle od długich, spokojnych wybiegań. Kiedy jestem już w stanie przebiec bezboleśnie około 20 km, dokładam do tego treningi bardziej wyspecjalizowane - bieganie pod górę (siła), bieganie w trudnym terenie (technika), przebieżki na bieżni (szybkość). Filozofia treningu nie różni się specjalnie od tego, co znamy z roweru, choć robię to wszystko bez specjalnego planu. Raczej tak, by sprawiało mi radość.

Najbardziej lubię biegać oczywiście w terenie, zdecydowanie należę do "Ludzi Krzaków". Zimą często oznacza to bieganie z czołówką po lesie. Lubimy z Sahibem pobiec do Lasu Kabackiego (płasko i długo) albo podjeżdżamy samochodem do Magdalenki (wydmy). Czasem wzbudzamy zdziwienie napotkanych ludzi, bo Sahib holuje mnie na elastycznej lince, dzięki temu możemy choć trochę zniwelować dużą różnicę naszych możliwości.

Ponieważ bieganie jest dla mnie trudniejsze niż jazda rowerem i kojarzy mi się z wieloma kontuzjami, które dotknęły znajomych, wzbudza mój zdecydowanie większy respekt. Zawsze się rozciągam po powrocie do domu (przyznaję, po treningu rowerowym czasem tego zaniedbuję).

Bieganie zimą - w co się ubrać?

Pytanie "w co się ubrać" dręczy nie tylko kobiety wybierające się na spotkanie klasowe po latach albo na bal do remizy. To pytanie zadaje sobie prawie każdy wychodząc na trening w niesprzyjających warunkach, a nasze kapryśne zimy zdecydowanie można nazwać "niesprzyjającymi". Zacznijmy od dołu. W porównaniu z rowerzystą biegacz ma dobrze. Nie musi specjalnie kombinować z butami i ochraniaczami. Stopy fajnie się rozgrzewają w czasie biegu, nawet po śniegu. Zwykle biegam w letnich butach z dobrą trakcją, do środka cienka skarpetka wełniana. Ten zestaw na przystanku groziłby odmrożeniem, ale w czasie biegu bywa nawet za ciepło. Na nogi, w zależności od temperatury - długie legginsy biegowe, albo legginsy + dobsomy, albo legginsy + spodnie softshellowe (to już na prawdziwy mróz). Na górę zdecydowanie mniej warstw niż w tej samej temperaturze na rowerze. Mądre poradniki podają, aby ubrać się tak, jakby było o 10° więcej. Przy -17°C biegałam na przykład w 3 warstwach - bielizna termiczna, cienki polar Beri, bluza rowerowa. W tych warunkach na rowerze miałabym 5 warstw. Rękawiczki - dowolne, żeby było ciepło. Mogą być cienkie narciarskie, polarowe albo z membraną od wiatru. Na szyję buff albo dwa. W czasie dużych mrozów niestety bardzo się szronią. Na głowę cienka polarowa czapka albo buff. Trzeba próbować i dobrać sobie zestawy pasujące na różne temperatury.

Motywacja

Na koniec - motywacja. Dla mnie motywacją do zimowego biegania jest od paru lat Rajd Dolnego Sanu, który Hiubi organizuje w Stalowej Woli, zawsze w marcu. Krótka trasa ma 50 km i to w sam raz tyle, by pokonać ją szybkim marszem z elementami biegania. Do zobaczenia w lesie! ;)

czwartek, 5 stycznia 2012

PPM 2011 - wyniki

W Sylwestra Bartek Bober (Sędzia Główny PPM, jednocześnie budowniczy trasy Harpagana) zaskoczył wszystkich rowerzystów, którzy stracili już nadzieję, że wyniki Pucharu Polski w Maratonach Rowerowych na Orientację kiedykolwiek się pojawią. A jednak! Dzięki temu niektórzy (w tym, nieskromnie mówiąc - ja sama) mogli dodatkowo świętować podczas sylwestrowej zabawy. ;)

Pokrótce (nie dajcie się zwieść temu „pokrótce” - i tak będzie długo!) omówię wyniki.

W kategorii męskiej wygrał Paweł Brudło, który miał na swoim koncie 5 zwycięstw oraz 2 drugie miejsca (do wyniku Pucharu liczone jest 7 najlepszych startów zawodnika). Pawła możecie zobaczyć w jednej z moich starszych notek, gdy prezentuje swój patent na zimową jazdę (a patentów Paweł ma mnóstwo - na każdych zawodach podpatruję, co przyczepia do swojego roweru albo jak jedzie ubrany). I choć nie od dziś wiadomo, że to nie sprzęt wygrywa, tylko głowa i nogi, to jednak ciekawe rozwiązania na pewno pomagają!
Za nim uplasował się Grzesiek Liszka z 4 zwycięstwami. Jesienią Grzesiek miał wypadek podczas treningu z psami (uprawia bikejoring) - przyjechał na Odyseję, ale tylko jako kibic. Na szczęście już na Funex Orient wrócił do gry - w dodatku wygrywając!
Trzeci był Piotrek Buciak z 3 zwycięstwami - w tym wypada wymienić sukces na niesamowicie mocno obstawionej Odysei Ponidziańskiej (Piotrek startował w teamie ze Zbigniewem Mossoczym).
Ta trójka, jeśli dobrze pamiętam, w nieco innej kolejności pojawiła się na pudle również rok temu. Gratulacje, Chłopaki! Warto tu wspomnieć, że rywalizacja wśród panów jest nieco bardziej intensywna niż w naszej kategorii, zawody mocniej obstawione, więc i o wynik trudniej (pierwsza dwudziestka ma tabelkę bardzo gęsto wypełnioną startami).

W kategorii kobiet wygrała Ula Wojciechowska czyli ja ;) Bardzo się cieszę, tym bardziej, że latem musiałam odpuścić kilka fajnych startów ze względu na pracę i wyjazdy, dopiero jesienią mogłam uciułać trochę punktów.
Druga była Asia Stanek, moja zacna i mocna rywalka, z 4 wygranymi w zawodach. Asia startuje od kilku sezonów, niestraszne jej zimowe zawody, trudne warunki, noce na siodełku i poukrywane punkty, zwłaszcza u Wigora. ;)
Trzecie miejsce przypadło Monice Mróz - mojej rowerowej towarzyszce, z którą spędziłam w 2011 roku najwięcej godzin na rowerze. Niektóre z tych godzin zaliczyłyśmy na zawodach, ale większość podczas treningów i wycieczek po naszej okolicy. Bardzo się cieszę, że Monice spodobała się jazda na orientację, jazda w nocy, męczenie się na różnych Harpaganach i w błocie. Kiedy po zawodach wyciągamy mapy na stół, zaczynamy w podnieceniu analizować różne warianty, albo przeglądamy zdjęcia satelitarne „dlaczego-tam-nie-było-tej-drogi”, to Piotrek i Sahib, nasi dobrzy mężowie, tylko patrzą znacząco i pukają się w czoło. Na szczęście od czasu do czasu zapominają o swoich deklaracjach, składanych po każdej wycieczce, że to już ostatni raz z nami, i znowu dają się wciągnąć w jakieś bagienko, pokrzywy, albo chociaż przejazd po korzeniach.

Wspomnę jeszcze o dziewczynach, które choć poza pudłem, to mają na koncie zwycięstwa w pojedynczych imprezach. I tak, Agnieszka Kłopocińska wygrała Azymut Orient. Z Agnieszką jeździłyśmy rok wcześniej na WSS, fajnie nam się razem nawigowało. Kamila Truszkowska wygrała Grassora. Tu znów wracają wspomnienia - poprzedniego Grassora przejechałyśmy wspólnie i byłam pod wielkim wrażeniem wytrzymałości Kamili (i nawigacji również)! Magdalena Gruziel wygrała Izerską Wielką Wyrypę. O Magdzie bardzo dużo opowiadał mi Irek, który startował z nią w Zimowym Rajdzie 360 (rajd ukończyli, a samo ukończenie było już sukcesem), i z tego co wiem, mają zamiar powtórzyć w tym roku. Magda jest bardzo mocna i pewnie nie raz jeszcze zobaczymy ją na rowerowych trasach. Natalia Dubaj, jadąc w teamie ze swoim bratem Maćkiem (zawodnikiem z rajdowego zespołu Nawigator, obecnie code34), wygrała Odyseję - zawody niełatwe, bo bardzo górzyste.

Na tym kończę podsumowanie, które miało być krótkie, a okazało się długie. ;) Chciałoby się tak wymieniać i wymieniać różne osoby, a to poznane na trasach, a to w bazach zawodów, niekończące się rozmowy, zabawne sytuacje w terenie, wspólne szukanie punktów... W kolejnym wpisie będzie garstka wspomnień, już nie kronikarskich, ale bardzo subiektywnych.